Piekło na ziemi. „Mały Oświęcim” - niemiecki obóz dla polskich dzieci w Łodzi

Pod pretekstem potrzeby „izolacji małoletnich Polaków i wychowywania ich poprzez pracę, aby nie demoralizowali niemieckich dzieci”, w 1942 r. Niemcy stworzyli w Łodzi przy ul. Przemysłowej obóz. Nie chodziło jednak o demoralizację, lecz to, że byli Polakami. Przez Kinder-KL Litzmannstadt przeszło od 2 do ponad 3 tys. polskich dzieci. Ze względu na dużą śmiertelność miejsce to nazywano „Małym Oświęcimiem”.
"Apel w Obozie wychowawczym dla młodych Polaków Policji Bezpieczeństwa w Łodzi" / wikipedia/public_domain

 

Koncepcja obozu wg pomysłu kierownika Krajowego Urzędu ds. Młodzieży w Katowicach Alvina Brockmanna pojawiła się latem 1941 r., a projektem zainteresowali się główny inspektor niemieckich obozów koncentracyjnych Oswald Pohl oraz Heinrich Himmler. Niemcy wzorowali się na funkcjonującym od 1941 r. obozie dla nieletnich Niemców w Moringen w Dolnej Saksonii, gdzie więziono również młodzież z Czechosłowacji oraz Polski.

„W niemieckiej terminologii obóz określano mianem Polenjugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt, eksponując jego narodowościowy charakter i wiek więźniów. Natomiast strona polska opisując znaczenie obozu, eksponowała jego cel, wiek osadzonych i charakter podległości, stosując nazwę: Prewencyjny Obóz Policji Bezpieczeństwa dla Młodzieży Polskiej w Łodzi” – wskazuje w rozmowie z PAP Artur Ossowski, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej IPN w Łodzi. Na potrzeby obozu w czerwcu 1942 r. Niemcy wyłączyli z Litzmannstadt Ghetto 5-hektarową działkę. Zamkniętą strefę wyznaczono w kwartale ul. Górniczej, Emilii Plater, Brackiej i Przemysłowej, a teren otoczono trzymetrowym płotem zwieńczonym drutem kolczastym. „Izolacja getta była istotnym argumentem, ponieważ uniemożliwiała ucieczkę z miejsca odosobnienia oraz nie pozwalała na skuteczną infiltrację obozu przez polski ruch oporu” – zauważa Artur Ossowski.

Pierwszych więźniów przywieziono na początku grudnia 1942 r.; oficjalnie obóz został otwarty 11 grudnia. Mali więźniowie mieli mieć 12–16 lat, ale w transportach coraz częściej były umieszczane kilkuletnie dzieci. W ocenie Niemców dzieci te były potomstwem „niebezpiecznych bandytów”, co oznaczało, że ich rodzice lub opiekunowie należeli do ruchu oporu. Posługiwano się również terminem „element aspołeczny”, którym określano m.in. przestępców kryminalnych, włóczęgów, ulicznych handlarzy, chuliganów, złodziei czy osoby nieprzestrzegające godziny policyjnej i unikające pracy. Oprócz dzieci z Łodzi w obozie umieszczono te ze Śląska, Kujaw, Wielkopolski czy Pomorza Gdańskiego.

Jednym z więźniów był Jerzy Jeżewicz, którego rodzice byli zaangażowani w działalność w ruchu oporu. Do Łodzi został wywieziony z Mosiny k. Poznania. „To był rok 1943, dokładnie 10 września. Ja miałem wtedy dwa i pół roku, a mój brat trzy i pół. Rodzice działali w ruchu oporu, w organizacji dr. Franciszka Witaszka. Cały oddział został zdradzony, a kiedy Niemcy dostali nazwiska uczestników tego ruchu, następowało aresztowanie całych rodzin. Z tego powodu myśmy zostali aresztowani. Rodzice byli aresztowani w nocy 9 września. Ojciec został zabrany najpierw do Fortu VII w Poznaniu, potem został wywieziony do Mauthausen-Gusen, z kolei matka została wywieziona do obozu Auschwitz. 10 września przyszli po nas” – wspomina w rozmowie z PAP Jerzy Jeżewicz. Rodzeństwo Jeżewiczów zostało aresztowane razem z rodzoną siostrą ojca, Gabrysią, która miała wtedy 14 lat. „Ciocia wiedziała, że naszych rodziców już nie ma w domu, więc przyszła, aby nas zabrać i ukryć. Kiedy weszła do naszego domu, Niemcy już tam byli. Zapytali o nazwisko, a ono się zgadzało. Aresztowali naszą trójkę i pojechaliśmy do obozu dla małoletnich w Łodzi” – opowiada Jeżewicz.

Obóz podzielono na dwie części. Strefa dla chłopców stanowiła ok. 75 proc. obszaru, zaś część dla dziewcząt oraz najmniejszych dzieci obojga płci zajmowała resztę przestrzeni i powstała dopiero wiosną 1943 r. Dzieci od 2 do 8 lat znajdowały się w dwóch budynkach i nie były zatrudniane do żadnej pracy, ponieważ, jak mówi Jerzy Jeżewicz, były przeznaczone na zniemczenie. Natomiast dzieci od 8 do 16 lat pracowały na terenie obozu, a także były wywożone do pracy poza obóz, do majątku rolnego w Dzierżąznej.

W tym samym czasie co Jerzy Jeżewicz, do obozu trafiła Urszula Grenda, która miała 10 lat, kiedy we wrześniu 1943 r. razem z braćmi Jerzym i Eugeniuszem oraz 5-letnią siostrą Domicelą trafiła do obozu na Przemysłowej. „Jak tam przyjechaliśmy, to trudno to sobie wyobrazić – dziecko zabrane z normalnej rodziny, a tutaj łóżka piętrowe, dzieci pogolone, wychudzone. To było coś strasznego. Na drugi dzień poszliśmy do zdjęć – mam je zrobione w sukience, w której zostałam aresztowana – a potem obcinano nam włosy i dano szare mundurki” – wspomina Urszula Grenda. Dzieci w obozie pracowały od rana do wieczora. Jak opowiada Grenda: „Rano był apel, potem szliśmy do pracy, w szeregach szliśmy następnie na stołówkę, gdzie mieliśmy zupę, a potem znowu szliśmy do pracy. Na pewno pracowaliśmy do godz. 18. Potem znowu był apel. Strugaliśmy ziemniaki, prostowaliśmy igły, z celofanu pletliśmy sznurki, starsze dzieci robiły torby oraz sztuczne kwiaty. Kiedy w 1944 r. trafiłam do Dzierżąznej, to pracowaliśmy w polu”.

„Był to obóz, który miał na celu wyniszczenie młodego pokolenia. Robiono to w ścisłej tajemnicy, bo samo usytuowanie obozu było tak wykorzystane, w centrum getta, gdzie było podwójne ogrodzenie i nie było żadnych szans na jakiekolwiek ucieczki dla starszych dzieciaków. Obóz na Przemysłowej niczym nie różnił się od obozów dla dorosłych w innych miejscowościach. Warunki bytowania, praca oraz znęcanie się i mordowanie było takie same. Obóz łódzki różnił się tylko tym, że nie było w nim komór gazowych, ale dzieci mordowano głodem” – mówi Jerzy Jeżewicz.

Najmniejsze dzieci wysyłano z łódzkiego obozu do niemieckich ośrodków germanizacyjnych Lebensborn w Ludwikowie, w Puszczykowie oraz do tzw. Gaukinderheim w Kaliszu. Niekiedy starsze dzieci przewożono do innych ośrodków pracy, jak obóz w Potulicach lub, gdy ukończyły 16. rok życia, do niemieckich obozów koncentracyjnych, m.in. do Gross-Rosen, Ravensbrück lub Auschwitz. W obozie w Łodzi Jerzy Jeżewicz był do 31 lipca 1944 r., następnie został przeniesiony do obozu w Potulicach. „W 1944 r. rozkazem komendantury w obozie łódzkim dziewiętnaścioro dzieci, tzw. dzieci terrorystów, zostało przesiedlonych do Potulic. Od 1 sierpnia do 21 stycznia 1945 r. byłem w Potulicach” – wspomina w rozmowie z PAP.

Ostatnim dniem funkcjonowania obozu był 18 stycznia 1945 r. „Gdy dzieci wyszły na wolność, okazało się, że poza granicami obozu czeka na nie nowy ból i rozczarowania. Były wygłodzone, chore, przerażone, nie znały drogi do domu, a świat, jaki zastały, był skuty lodem srogiej zimy. Część z tych dzieci była już sierotami, bez środków do życia i wiedzy, od czego zacząć. Wojna odebrała im rodziny, zdrowie, edukację, wiarę. Oni nie byli w stanie zadbać o pamięć tego miejsca, nie potrafili go opisać, nie mieli komu o sobie opowiedzieć. Nastała cisza, będąca konsekwencją ukrycia tego obozu przed światem i braku umiejętności +dorosłego+ opisania tego, co naprawdę za tym murem się wydarzyło” – mówi w rozmowie z PAP Jolanta Sowińska-Gogacz, współautorka książki „Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz z Łodzi”, która niedawno się ukazała.

Wyjeżdżając, Niemcy zabrali z sobą większość dokumentów. „Ponieważ Niemcy więzili na Przemysłowej małe dzieci i – łamiąc własne prawo – zmuszali je do ciężkiej pracy, obóz ten był, jest i będzie symbolem wstydu i hańby. Nie dziwi więc, że starano się zatrzeć jego ślady i sprawić, by temat zniknął z każdej debaty i ze zbiorowej, społecznej pamięci” – podkreśla Sowińska-Gogacz. Tuż po wojnie państwo polskie nie pomogło dzieciom przepracować wojennej traumy. Jak ocenia rozmówczyni PAP, „nikt z rządzących nie pochylił się nad sprawą dzieci z łódzkiego obozu, którego istnienie deprecjonowano i umniejszano. Dzieci, nawet jeśli próbowały na komisariatach milicji swą historię opowiedzieć, były wyśmiewane i posądzane o kłamstwo. Przestały więc mówić i z gulami w gardłach budowały nowe życie, z niczego”.

Śledztwo w sprawie obozu prowadziła od 1969 r. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi. W grudniu 1970 r. zatrzymano w Łodzi byłą funkcjonariuszkę obozową Eugenię Pol vel Genowefę Pohl, która pracowała w obozie od 1943 r. Sądzono ją w latach 1972–1975 i na podstawie zebranego materiału skazano na 25 lat więzienia. „Orzekający w tym procesie Wojewódzki Sąd w Łodzi nie potwierdził jednak informacji byłego więźnia obozu i funkcjonariusza Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu Józefa Witkowskiego vel Józefa Gacka, że do obozu trafiło ogółem ok. 15 tys. nieletnich, a przeżyło 900 z nich, co zostało przytoczone w jego publikacji +Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi+. Ostateczne dane sugerują, że przez niemiecki obóz dla dzieci w Łodzi przeszło od 2 do ponad 3 tys. polskich dzieci, natomiast liczba zmarłych i zamordowanych nie przekroczyła 200 osób, choć z imienia i nazwiska ustalono jedynie jedną trzecią ofiar” – mówi Artur Ossowski z IPN.

Na początku lat sześćdziesiątych wraz z budową osiedla mieszkaniowego zostały zatarte granice dawnego obozu, a do dziś zachowała się jedynie siedziba dawnej komendantury przy ul. Przemysłowej 34. Pamięć o obozie jednak przetrwała. Nieopodal terenu w 1971 r. stanął Pomnik Martyrologii Dzieci, nazywany również Pomnikiem Pękniętego Serca, autorstwa Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza. Powstał także film Zbigniewa Chmielewskiego „Twarz anioła”, a w 1975 r. Ossolineum wydało monografię Witkowskiego. W 2012 r. Urszula Sochacka, córka jednego z byłych więźniów, nakręciła dokument „Nie wolno się brzydko bawić” oraz przygotowała publikację opisującą dzieje ocalałej Genowefy Kowalczuk. Daniel Zagórski z kolei zrealizował animację „Bajka o Jasiu i Małgosi”. Także abp Marek Jędraszewski, będąc metropolitą łódzkim, był pomysłodawcą corocznych marszy pamięci o obozie, a łódzki oddział IPN opracował multimedialną mapę obozu.

https://dzieje.pl/

 

Anna Kruszyńska 

akr/ skp /


 

POLECANE
Biały Dom: Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji CPAC z ostatniej chwili
Biały Dom: Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji CPAC

Prezydent USA Donald Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji środowisk konserwatywnych CPAC w Teksasie – przekazał w środę Biały Dom. Oznacza to, że Trump nie spotka się w Dallas z prezydentem RP Karolem Nawrockim, który w sobotę wystąpi na konferencji.

Samuel Pereira: Ten proces, to Wasz proces, Koalicjo Obywatelska tylko u nas
Samuel Pereira: Ten proces, to Wasz proces, Koalicjo Obywatelska

Mężczyzna spotykał się z dziewczynkami pod pretekstem badań nad wadami postawy. Miał im kazać się rozbierać, dotykać je oraz fotografować. Twierdził, że zdjęcia są po prostu elementem dokumentacji medycznej. Śledczy zajęli się sprawą po tym, jak matka jednej z ofiar złożyła zawiadomienie. Szefa złotowskiej Platformy Obywatelskiej i działacza sportowego Piotra P. zatrzymano pod zarzutem pedofilii 1 grudnia 2023 roku.

Copa-Cogeca: Ustępstwa poczynione przez KE wobec Australii są nie do przyjęcia z ostatniej chwili
Copa-Cogeca: Ustępstwa poczynione przez KE wobec Australii są nie do przyjęcia

„Ogłoszenie zawarcia umowy o wolnym handlu między UE a Australią w Canberze przez przewodniczącą Komisji Europejskiej von der Leyen i premiera Australii Albanese budzi liczne i poważne obawy dotyczące europejskiego rolnictwa, które jest wyraźnie i po raz kolejny kartą przetargową strategii UE mającej na celu zabezpieczenie szerszych celów handlowych i politycznych” – stwierdzają Copa-Cogeca.

Uzależniła się od mediów internetowych. Meta i YouTube mają jej wypłacić 3 mln dol. z ostatniej chwili
Uzależniła się od mediów internetowych. Meta i YouTube mają jej wypłacić 3 mln dol.

Ława przysięgłych w sądzie w Los Angeles uznała, że Meta i YouTube są odpowiedzialne za szkody dla zdrowia psychicznego 20-letniej kobiety, która oskarżyła je o przyczynienie się do uzależnienia, kiedy była dzieckiem. Firmy mają wypłacić kobiecie 3 mln dol. odszkodowania.

Biały Dom: Trump rozpęta piekło, jeśli Iran nie zawrze porozumienia z ostatniej chwili
Biały Dom: Trump "rozpęta piekło", jeśli Iran nie zawrze porozumienia

– Jeśli Iran nie zawrze porozumienia i nie zrozumie, że został pokonany, prezydent Donald Trump gotowy jest rozpętać piekło – zapowiedziała rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt. Potwierdziła, że doniesienia o 15-punktowej propozycji USA są tylko częściowo prawdziwe.

Warszawa przegrała konkurs na siedzibę Urzędu Celnego UE z ostatniej chwili
Warszawa przegrała konkurs na siedzibę Urzędu Celnego UE

W środę Parlament Europejski i Rada UE podjęły decyzję o utworzeniu przyszłego Urzędu Celnego UE w Lille we Francji. O lokalizację unijnej instytucji ubiegała się Warszawa.

Nawrocki odpowiedział Tuskowi zdjęciem. W sieci zawrzało z ostatniej chwili
Nawrocki odpowiedział Tuskowi zdjęciem. W sieci zawrzało

Węgry zapowiadają zakręcanie kurka z gazem dla Ukrainy. Donald Tusk postanowił powiązać tę decyzję z niedawną wizytą Karola Nawrockiego na Węgrzech. Polski prezydent odpowiedział mu zdjęciem.

Sławomir Nowak złożył zawiadomienie na prokuratora, który wcześniej stawiał mu zarzuty z ostatniej chwili
Sławomir Nowak złożył zawiadomienie na prokuratora, który wcześniej stawiał mu zarzuty

Jak poinformował TVN24, Sławomir Nowak złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia serii przestępstw przez prokuratora Jana Drelewskiego, który prowadził śledztwa przeciwko niemu.

ZUS wydał pilny komunikat z ostatniej chwili
ZUS wydał pilny komunikat

ZUS zapowiada poradnik dla kobiet w ciąży i uruchamia specjalny adres mailowy dla przyszłych mam. Instytucja podkreśla też, że nadal prowadzi kontrole zgodnie z obowiązującymi przepisami.

ONZ: Konflikt USA i Izraela z Iranem wymyka się spod kontroli z ostatniej chwili
ONZ: Konflikt USA i Izraela z Iranem wymyka się spod kontroli

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres oświadczył w środę, że konflikt na Bliskim Wschodzie wymyka się spod kontroli i może się rozwinąć w jeszcze większą wojnę. Wezwał też USA i Izrael do zakończenia tego konfliktu zbrojnego, a Iran - do zaprzestania ataków na inne kraje.

REKLAMA

Piekło na ziemi. „Mały Oświęcim” - niemiecki obóz dla polskich dzieci w Łodzi

Pod pretekstem potrzeby „izolacji małoletnich Polaków i wychowywania ich poprzez pracę, aby nie demoralizowali niemieckich dzieci”, w 1942 r. Niemcy stworzyli w Łodzi przy ul. Przemysłowej obóz. Nie chodziło jednak o demoralizację, lecz to, że byli Polakami. Przez Kinder-KL Litzmannstadt przeszło od 2 do ponad 3 tys. polskich dzieci. Ze względu na dużą śmiertelność miejsce to nazywano „Małym Oświęcimiem”.
"Apel w Obozie wychowawczym dla młodych Polaków Policji Bezpieczeństwa w Łodzi" / wikipedia/public_domain

 

Koncepcja obozu wg pomysłu kierownika Krajowego Urzędu ds. Młodzieży w Katowicach Alvina Brockmanna pojawiła się latem 1941 r., a projektem zainteresowali się główny inspektor niemieckich obozów koncentracyjnych Oswald Pohl oraz Heinrich Himmler. Niemcy wzorowali się na funkcjonującym od 1941 r. obozie dla nieletnich Niemców w Moringen w Dolnej Saksonii, gdzie więziono również młodzież z Czechosłowacji oraz Polski.

„W niemieckiej terminologii obóz określano mianem Polenjugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt, eksponując jego narodowościowy charakter i wiek więźniów. Natomiast strona polska opisując znaczenie obozu, eksponowała jego cel, wiek osadzonych i charakter podległości, stosując nazwę: Prewencyjny Obóz Policji Bezpieczeństwa dla Młodzieży Polskiej w Łodzi” – wskazuje w rozmowie z PAP Artur Ossowski, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej IPN w Łodzi. Na potrzeby obozu w czerwcu 1942 r. Niemcy wyłączyli z Litzmannstadt Ghetto 5-hektarową działkę. Zamkniętą strefę wyznaczono w kwartale ul. Górniczej, Emilii Plater, Brackiej i Przemysłowej, a teren otoczono trzymetrowym płotem zwieńczonym drutem kolczastym. „Izolacja getta była istotnym argumentem, ponieważ uniemożliwiała ucieczkę z miejsca odosobnienia oraz nie pozwalała na skuteczną infiltrację obozu przez polski ruch oporu” – zauważa Artur Ossowski.

Pierwszych więźniów przywieziono na początku grudnia 1942 r.; oficjalnie obóz został otwarty 11 grudnia. Mali więźniowie mieli mieć 12–16 lat, ale w transportach coraz częściej były umieszczane kilkuletnie dzieci. W ocenie Niemców dzieci te były potomstwem „niebezpiecznych bandytów”, co oznaczało, że ich rodzice lub opiekunowie należeli do ruchu oporu. Posługiwano się również terminem „element aspołeczny”, którym określano m.in. przestępców kryminalnych, włóczęgów, ulicznych handlarzy, chuliganów, złodziei czy osoby nieprzestrzegające godziny policyjnej i unikające pracy. Oprócz dzieci z Łodzi w obozie umieszczono te ze Śląska, Kujaw, Wielkopolski czy Pomorza Gdańskiego.

Jednym z więźniów był Jerzy Jeżewicz, którego rodzice byli zaangażowani w działalność w ruchu oporu. Do Łodzi został wywieziony z Mosiny k. Poznania. „To był rok 1943, dokładnie 10 września. Ja miałem wtedy dwa i pół roku, a mój brat trzy i pół. Rodzice działali w ruchu oporu, w organizacji dr. Franciszka Witaszka. Cały oddział został zdradzony, a kiedy Niemcy dostali nazwiska uczestników tego ruchu, następowało aresztowanie całych rodzin. Z tego powodu myśmy zostali aresztowani. Rodzice byli aresztowani w nocy 9 września. Ojciec został zabrany najpierw do Fortu VII w Poznaniu, potem został wywieziony do Mauthausen-Gusen, z kolei matka została wywieziona do obozu Auschwitz. 10 września przyszli po nas” – wspomina w rozmowie z PAP Jerzy Jeżewicz. Rodzeństwo Jeżewiczów zostało aresztowane razem z rodzoną siostrą ojca, Gabrysią, która miała wtedy 14 lat. „Ciocia wiedziała, że naszych rodziców już nie ma w domu, więc przyszła, aby nas zabrać i ukryć. Kiedy weszła do naszego domu, Niemcy już tam byli. Zapytali o nazwisko, a ono się zgadzało. Aresztowali naszą trójkę i pojechaliśmy do obozu dla małoletnich w Łodzi” – opowiada Jeżewicz.

Obóz podzielono na dwie części. Strefa dla chłopców stanowiła ok. 75 proc. obszaru, zaś część dla dziewcząt oraz najmniejszych dzieci obojga płci zajmowała resztę przestrzeni i powstała dopiero wiosną 1943 r. Dzieci od 2 do 8 lat znajdowały się w dwóch budynkach i nie były zatrudniane do żadnej pracy, ponieważ, jak mówi Jerzy Jeżewicz, były przeznaczone na zniemczenie. Natomiast dzieci od 8 do 16 lat pracowały na terenie obozu, a także były wywożone do pracy poza obóz, do majątku rolnego w Dzierżąznej.

W tym samym czasie co Jerzy Jeżewicz, do obozu trafiła Urszula Grenda, która miała 10 lat, kiedy we wrześniu 1943 r. razem z braćmi Jerzym i Eugeniuszem oraz 5-letnią siostrą Domicelą trafiła do obozu na Przemysłowej. „Jak tam przyjechaliśmy, to trudno to sobie wyobrazić – dziecko zabrane z normalnej rodziny, a tutaj łóżka piętrowe, dzieci pogolone, wychudzone. To było coś strasznego. Na drugi dzień poszliśmy do zdjęć – mam je zrobione w sukience, w której zostałam aresztowana – a potem obcinano nam włosy i dano szare mundurki” – wspomina Urszula Grenda. Dzieci w obozie pracowały od rana do wieczora. Jak opowiada Grenda: „Rano był apel, potem szliśmy do pracy, w szeregach szliśmy następnie na stołówkę, gdzie mieliśmy zupę, a potem znowu szliśmy do pracy. Na pewno pracowaliśmy do godz. 18. Potem znowu był apel. Strugaliśmy ziemniaki, prostowaliśmy igły, z celofanu pletliśmy sznurki, starsze dzieci robiły torby oraz sztuczne kwiaty. Kiedy w 1944 r. trafiłam do Dzierżąznej, to pracowaliśmy w polu”.

„Był to obóz, który miał na celu wyniszczenie młodego pokolenia. Robiono to w ścisłej tajemnicy, bo samo usytuowanie obozu było tak wykorzystane, w centrum getta, gdzie było podwójne ogrodzenie i nie było żadnych szans na jakiekolwiek ucieczki dla starszych dzieciaków. Obóz na Przemysłowej niczym nie różnił się od obozów dla dorosłych w innych miejscowościach. Warunki bytowania, praca oraz znęcanie się i mordowanie było takie same. Obóz łódzki różnił się tylko tym, że nie było w nim komór gazowych, ale dzieci mordowano głodem” – mówi Jerzy Jeżewicz.

Najmniejsze dzieci wysyłano z łódzkiego obozu do niemieckich ośrodków germanizacyjnych Lebensborn w Ludwikowie, w Puszczykowie oraz do tzw. Gaukinderheim w Kaliszu. Niekiedy starsze dzieci przewożono do innych ośrodków pracy, jak obóz w Potulicach lub, gdy ukończyły 16. rok życia, do niemieckich obozów koncentracyjnych, m.in. do Gross-Rosen, Ravensbrück lub Auschwitz. W obozie w Łodzi Jerzy Jeżewicz był do 31 lipca 1944 r., następnie został przeniesiony do obozu w Potulicach. „W 1944 r. rozkazem komendantury w obozie łódzkim dziewiętnaścioro dzieci, tzw. dzieci terrorystów, zostało przesiedlonych do Potulic. Od 1 sierpnia do 21 stycznia 1945 r. byłem w Potulicach” – wspomina w rozmowie z PAP.

Ostatnim dniem funkcjonowania obozu był 18 stycznia 1945 r. „Gdy dzieci wyszły na wolność, okazało się, że poza granicami obozu czeka na nie nowy ból i rozczarowania. Były wygłodzone, chore, przerażone, nie znały drogi do domu, a świat, jaki zastały, był skuty lodem srogiej zimy. Część z tych dzieci była już sierotami, bez środków do życia i wiedzy, od czego zacząć. Wojna odebrała im rodziny, zdrowie, edukację, wiarę. Oni nie byli w stanie zadbać o pamięć tego miejsca, nie potrafili go opisać, nie mieli komu o sobie opowiedzieć. Nastała cisza, będąca konsekwencją ukrycia tego obozu przed światem i braku umiejętności +dorosłego+ opisania tego, co naprawdę za tym murem się wydarzyło” – mówi w rozmowie z PAP Jolanta Sowińska-Gogacz, współautorka książki „Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz z Łodzi”, która niedawno się ukazała.

Wyjeżdżając, Niemcy zabrali z sobą większość dokumentów. „Ponieważ Niemcy więzili na Przemysłowej małe dzieci i – łamiąc własne prawo – zmuszali je do ciężkiej pracy, obóz ten był, jest i będzie symbolem wstydu i hańby. Nie dziwi więc, że starano się zatrzeć jego ślady i sprawić, by temat zniknął z każdej debaty i ze zbiorowej, społecznej pamięci” – podkreśla Sowińska-Gogacz. Tuż po wojnie państwo polskie nie pomogło dzieciom przepracować wojennej traumy. Jak ocenia rozmówczyni PAP, „nikt z rządzących nie pochylił się nad sprawą dzieci z łódzkiego obozu, którego istnienie deprecjonowano i umniejszano. Dzieci, nawet jeśli próbowały na komisariatach milicji swą historię opowiedzieć, były wyśmiewane i posądzane o kłamstwo. Przestały więc mówić i z gulami w gardłach budowały nowe życie, z niczego”.

Śledztwo w sprawie obozu prowadziła od 1969 r. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi. W grudniu 1970 r. zatrzymano w Łodzi byłą funkcjonariuszkę obozową Eugenię Pol vel Genowefę Pohl, która pracowała w obozie od 1943 r. Sądzono ją w latach 1972–1975 i na podstawie zebranego materiału skazano na 25 lat więzienia. „Orzekający w tym procesie Wojewódzki Sąd w Łodzi nie potwierdził jednak informacji byłego więźnia obozu i funkcjonariusza Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu Józefa Witkowskiego vel Józefa Gacka, że do obozu trafiło ogółem ok. 15 tys. nieletnich, a przeżyło 900 z nich, co zostało przytoczone w jego publikacji +Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi+. Ostateczne dane sugerują, że przez niemiecki obóz dla dzieci w Łodzi przeszło od 2 do ponad 3 tys. polskich dzieci, natomiast liczba zmarłych i zamordowanych nie przekroczyła 200 osób, choć z imienia i nazwiska ustalono jedynie jedną trzecią ofiar” – mówi Artur Ossowski z IPN.

Na początku lat sześćdziesiątych wraz z budową osiedla mieszkaniowego zostały zatarte granice dawnego obozu, a do dziś zachowała się jedynie siedziba dawnej komendantury przy ul. Przemysłowej 34. Pamięć o obozie jednak przetrwała. Nieopodal terenu w 1971 r. stanął Pomnik Martyrologii Dzieci, nazywany również Pomnikiem Pękniętego Serca, autorstwa Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza. Powstał także film Zbigniewa Chmielewskiego „Twarz anioła”, a w 1975 r. Ossolineum wydało monografię Witkowskiego. W 2012 r. Urszula Sochacka, córka jednego z byłych więźniów, nakręciła dokument „Nie wolno się brzydko bawić” oraz przygotowała publikację opisującą dzieje ocalałej Genowefy Kowalczuk. Daniel Zagórski z kolei zrealizował animację „Bajka o Jasiu i Małgosi”. Także abp Marek Jędraszewski, będąc metropolitą łódzkim, był pomysłodawcą corocznych marszy pamięci o obozie, a łódzki oddział IPN opracował multimedialną mapę obozu.

https://dzieje.pl/

 

Anna Kruszyńska 

akr/ skp /



 

Polecane