[Tylko u nas] Aleksandra Jakubiak OV: Miało być o czymś zupełnie innym, ale...

„Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali»”. (J 13, 34-35)
łańcuch
łańcuch / pixabay.com/analogicus

 

Dawno temu zdecydowałam, że te niedzielne felietony, z wielu względów, będą podejmowały tematy Ewangelii, życia duchowego i wiary, a nie będą zajmować się komentarzami do bieżących wydarzeń. I zdania nie zmieniam. Ale… coś o teraźniejszości jednak będzie.

O lęku, który nami często kieruje i jego destrukcyjnych owocach.

Wysłuchałam kilku odcinków nowej serii o. Adama Szustaka zatytułowanej „Opium”. Sobotni bardzo mnie zasmucił. Nie mam zamiaru snuć komentarzy do komentarzy do opinii o. Adama na jakiekolwiek tematy. Wiele osób odczytuje w tym drogę swego powołania, ja nie. Z o. Szustakiem łączy mnie wiele - miłość do Jezusa, wspólne Credo, jeden Kościół, wiele przekonań w tematach wiary. Bywa, że niektóre poglądy na jakieś sprawy mamy inne, odmienne temperamenty, różne sposoby bycia. No i? I co z tego? Z własnymi krewnymi w wielu sprawach mam rozbieżne opinie, dlaczego miałabym oczekiwać, że we wszystkim zgadzać się powinnam z o. Szustakiem lub on ze mną? Dlaczego te różnice miałyby stać na przeszkodzie temu, bym go szanowała lub ceniła? Nadal uważam, że to jeden z najskuteczniejszych ewangelizatorów i mam nadzieję, że dalej nim będzie. Było wiele konferencji o. Adama, które dużo mi dały. Jeśli jednak ktoś nie lubi jego formy głoszenia, to mam teraz wspaniałą wiadomość - naprawdę nie musisz go słuchać. Są inni. Nie każdy chrześcijański vloger czy kaznodzieja posłany jest do ciebie lub do mnie. Jeśli dogmatycznie jego głoszenie jest zgodne z nauczaniem Kościoła, czyli z dokumentami Kościoła, nie z czyimkolwiek opiniami, to ma on prawo głosić w jego, czyli Kościoła, imieniu, a to daje naprawdę bardzo szerokie pole działania, nie wszystkim muszą tematy lub retoryka danego kaznodziei odpowiadać. Tyle w temacie. Przechodząc jednak do sedna sprawy, w sobotnim filmie poruszył mnie temat - naszej wspólnej niedojrzałości. Borykam się z nim od dawna.

Po pierwsze, borykam się oczywiście w tym sensie, że wielokrotnie w niedojrzałości sama się taplam, a każdy akt dojrzałości rodzi się w bólach. Po drugie, doświadczam tej niedojrzałości we wspólnocie. I nie mam tu na myśli niedojrzałych zachowań poszczególnych osób, tego też oczywiście doznaje każdy z nas i bywa to bardzo bolesne, ale tu chodzi bardziej o niedojrzałość niejako systemową.

Posłuszeństwo jest niezawodnym weryfikatorem miłości. I na końcu tego zdania jest kropka, bez „ale”. To nie namowa do buntu, który bywa często innym biegunem tej samej płaszczyzny braku dojrzałości, co ucieczka w niesamodzielność. Jednak po dwóch stronach słowa „posłuszeństwo” stoją i ten, który ma być posłuszny i ten, któremu winno się być posłusznym. I kochać powinni oboje. A „miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego…”. W wypadku posłuszeństwa szczególnie „nie szuka swego”. Tymczasem temat podjęty przez o. Adama, a głęboko doświadczany przeze mnie, to kwestia kultury braku możliwości pokojowej dyskusji, braku wolności w byciu sobą, kultury rubryk, rusztowań i trybunałów. Zwykle staram się nie pisać zbyt dużo w bezpośrednim odniesieniu do własnej osoby, tym razem, z braku innych możliwości, będzie inaczej. Kilka luźnych myśli o kontroli, posłuszeństwie, dojrzałości, miłości, Kościele.

By tę sprawę zawęzić, muszę powiedzieć - nie chodzi tu o postulowanie jakiejś dogmatycznej wolnej amerykanki, bo nie po to Kościół przez dziesiątki wieków wsłuchiwał się w słowa samego Jezusa i reagował na natchnienia Ducha Świętego, by teraz tego nie strzec, chodzi raczej o to, że na podobieństwo organów opieki nad teologiczną ortodoksją sami stworzyliśmy ich hologramy, tyle że dotyczące kwestii nie mających nic wspólnego z dogmatyką. W takiej rzeczywistości - niosącej na swój sposób poczucie bezpieczeństwa - wszystko powinno zostać skodyfikowane, za wszelkie odchylenia od głównego nurtu powinny grozić kary, za zadawanie niewygodnych lub po prostu innych niż większość pytań powinno się wykluczać z dyskusji. Takie hologramowe trybunały będą nieco odmienne w wypadku różnych frakcji w Kościele - to, co dla liberałów stanowi grzech śmiertelny, dla tradycjonalistów może być cnotą i na odwrót. Nie chodzi jednak o to, CO, chodzi o system myślenia, wykluczanie, nie kulturę bliskości i kochania Boga, ale tego, co wolno lub czego nie wolno. Mówiąc kolokwialnie - kulturę „jesteś u Pani”.

Oczywiście, jakie społeczeństwo, taki Kościół, bo nie rekrutuje się on z reptilian, kosmitów, Übermensch’ów, tylko z nas. I nie mam tu na myśli, jakiejś wyjątkowości społeczeństwa polskiego, wystarczy spojrzeć na wiadomości ze świata, wszędzie jest to samo, albo prawie to samo. Walka, skakanie do gardeł, narzekanie, że przez tych drugich nie ma jedności, oskarżenia - oczywiście wobec tych innych, wzniecanie poczucia zagrożenia.

Słyszę jednego polityka i czuję narastający gniew, i myślę sobie, serio - niech no tylko zacznie rządzić, to nas wszystkich wysprzeda i obudzimy się kompletnie pozbawieni suwerenności. Czego tak naprawdę się boję? Zniewolenia, braku możliwości kochania tego, co mi bliskie. Boję się utraty wolności. Ktoś inny słucha innego polityka i wścieka się na inne sprawy, że doprowadzi go do wykluczenia z czegoś lub skądś etc. On też boi się utraty wolności, takiej jaką ją postrzega. Dopóki jednak nie zadamy sobie pytania o wzajemne lęki i pragnienia nic się nie zmieni. Agresja za pogardę, złośliwość za nienawiść i tak bez końca. Odczłowieczony przeciwnik i „pobożny” postulat jedności. Dopiero co usłyszałam w kościele wypowiedzianą na jednym wdechu prośbę o jedność między Polakami i uwolnienie nas od strasznej władzy i jej propagandy. Zabawne? Raczej smutne, bo na tym właśnie polega nasze wyobrażenie jedności - że inni zrozumieją swe „błędy” i staną się właściwi, czyli tacy jak my i będzie to chwila triumfu „prawdy”. A prawda to jest taka, że jedność - nie mylić z unifikacją - to najpierw długo, długo - emocjonalny ból zmagania się z własnymi lękami i składania ich na ołtarzu miłości wobec drugiego, by być razem, a dopiero potem wzruszenie wynikające z bliskości. Dopóki nie wybieram świadomie tego bólu serca, nic nie wiem o istocie jedności. O tym, jak to jest, by tym dotkliwie dla mnie innym, na tę inność pozwolić. I nie chodzi o próżne umartwienia, tylko miłość. Nie wiem, jak Państwo, ale ja często nie mam siły wybrać tego palenia serca, do każdego takiego wyboru irytująco powoli próbuję dorastać.

Wracając na kościelne poletko - tacy właśnie wyżej opisani funkcjonujemy nie tylko w doczesnych zmaganiach, ale trafiamy także na niwę duchową, rzeczywistość nadprzyrodzoną, samą z siebie nieskończenie przekraczającą nasze zdolności rozumienia, wymagającą bliskości i ufności wobec Boga, kryjącą też tajemnicę największego lęku ludzkości, tego co potem, za drzwiami śmierci, i chcemy ją, tę rzeczywistość, oswoić tym, że „wszystko” o niej wiemy i mamy ją jakoś pod kontrolą, choćby właśnie dzięki systemowi nadzoru. To wszystko dzieje się oczywiście bardziej w głowach nas, czyli członków Kościoła, niż realnie w samej instytucji jako takiej, ale to zbiorowe zapotrzebowanie na poczucie bezpieczeństwa, jakie dają poręcze i rusztowania skutkuje czasem mentalnością dostrzegania zagrożenia w osobach zadających pytania, próbujących patrzeć pod innym kątem. I nie ma znaczenia czy jesteś bardziej tradycyjny czy postępowy, bo to tylko kwestia poglądów i co za tym idzie odmiennych „wrogów”, którym powinno się zakazywać lub nakazywać.

Około 20 lat temu, niedługo po tym jak trafiłam do Kościoła, poszłam do znajomego księdza zapytać o jedną sprawę, która nie dawała mi spokoju. Nie tyle chodziło o dogmat wiary, co o pewne jego okoliczności. Po prostu ciekawiło mnie to. Zobaczyłam zdumiony i gniewny wyraz twarzy, usłyszałam, że to podstawy wiary chrześcijańskiej - może i podstawy, byłam na etapie podstaw - innej odpowiedzi nie było. Zaczęłam rozumieć, że są pytania, których zadawać nie wypada, są problemy, na które odpowiedzi lepiej szukać w dokumentach. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale jest obecne. Mam ogromne szczęście, mam w Kościele wspaniałych przełożonych, którym ufam, o których wiem, że swojej władzy nigdy nie użyliby dla udowadniania sobie wyższości, którzy słuchali mnie, by usłyszeć w tym to, co mnie naprawdę uszczęśliwi. Posłuszeństwo w takich okolicznościach jest powierzeniem, oddaniem. I nie chodzi wcale o to, że wszystko zawsze i od pierwszej chwili ma mnie napełniać euforią, chodzi o zdrowy stosunek do wolności, której na swojej drodze ku większej dojrzałości wszyscy nieustannie musimy się uczyć. I chodzi o miłość.

Po sławetnym wywiadzie o. Szustaka dla Karola Paciorka, gdzie forma wypowiedzi może nie zawsze była taka, jakiej sama bym użyła, ale który nie był żadnym komentarzem do Ewangelii a po prostu rozmową na temat własnych poglądów, za karę odwołano dominikaninowi kilkadziesiąt rekolekcji. A ja pytam: za karę dla kogo? Czujesz satysfakcję z tego powodu? A może czujesz wściekłość, agresję w stosunku do tych, którzy odwołali? Mam prośbę, przyjrzyj się, co tę satysfakcję lub agresję napędza? Z tym pytaniem siebie i Państwa zostawię.

Na początku czerwca br. dostawałyśmy we wspólnocie sentencje litanii do Najświętszego Serca Jezusa, by je medytować. Otrzymałam frazę: „Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne” i pomyślałam sobie: „Oj nie, chyba najtrudniejsza ze wszystkich”. A potem przy medytacji usłyszałam pytanie: „Kto ci powiedział, że to zadanie? A może to po prostu prezent?”. Ja na to: „Ale prezent, że teraz będę bardziej posłuszna?”, odpowiedź: „Nie! Prezent, że to Ja jestem posłuszny, dla Ciebie, aż do śmierci”. I myślę sobie, że tak właśnie jest, najpierw jest zadziwienie Bogiem, potem miłość, zaufanie, chęć całkowitej przynależności i naśladowania. Stąd rodzi się swoiste kwitnienie wolności, jakim jest posłuszeństwo, ufanie bardziej Drugiemu niż sobie. Próbuję baczyć, bym z owocu nie robiła narzędzia egzekwowania przydatności. W pierwszej kolejności u siebie.


 

POLECANE
Czy Kosiniak-Kamysz mógłby zastąpić Tuska? Nowy sondaż pokazuje opinię Polaków Wiadomości
Czy Kosiniak-Kamysz mógłby zastąpić Tuska? Nowy sondaż pokazuje opinię Polaków

Czy Władysław Kosiniak-Kamysz mógłby zastąpić Donalda Tuska na stanowisku premiera? Najnowszy sondaż wp.pl pokazuje, czy Polacy widzą w liderze PSL lepszego kandydata na szefa rządu niż Donald Tusk.

Trump odwołał sekretarz bezpieczeństwa narodowego USA pilne
Trump odwołał sekretarz bezpieczeństwa narodowego USA

Prezydent USA Donald Trump ogłosił zmianę na stanowisku sekretarza bezpieczeństwa krajowego. Kristi Noem zakończy swoją misję z końcem marca, a kierowanie resortem przejmie republikański senator z Oklahomy Markwayne Mullin.

Pokolenie młodych bardziej konserwatywne niż starsi? Zaskakujące wyniki badania w 29 krajach Wiadomości
Pokolenie młodych bardziej konserwatywne niż starsi? Zaskakujące wyniki badania w 29 krajach

Nowe międzynarodowe badanie Ipsos wskazuje, że mężczyźni z tzw. pokolenia Z częściej niż starsze generacje prezentują tradycyjne podejście do ról kobiet i mężczyzn. Ponad połowa z nich uważa również, że działania na rzecz równości płci zaszły już zbyt daleko.

Rheinmetal planuje promować w Polsce niemiecki BWP Lynx w miejsce polskiego sprzętu? pilne
Rheinmetal planuje promować w Polsce niemiecki BWP Lynx w miejsce polskiego sprzętu?

Niemiecki koncern Rheinmetall coraz wyraźniej promuje w Polsce bojowy wóz piechoty Lynx KF41 jako rozwiązanie dla potrzeb polskiej armii. Pojazd został już publicznie przedstawiony jako alternatywna propozycja dla programu ciężkiego BWP Ratel, który dopiero powstaje w ramach PGZ i HSW.

Atak irańskich dronów na Azerbejdżan. Prezydent zapowiada działania odwetowe pilne
Atak irańskich dronów na Azerbejdżan. Prezydent zapowiada działania odwetowe

Po ataku dronów na lotnisko w azerskiej enklawie Nachiczewan prezydent Ilham Alijew ogłosił postawienie armii w stan najwyższej gotowości i polecił przygotowanie działań odwetowych. Baku oskarża o uderzenie Iran, który stanowczo zaprzecza i twierdzi, że za incydentem stoi Izrael.

Czarzasty zgłasza swoją propozycję, na co wydać miliardy z NBP z ostatniej chwili
Czarzasty zgłasza swoją propozycję, na co wydać miliardy z NBP

W środę prezydent Karol Nawrocki przedstawił alternatywną koncepcję finansowania bezpieczeństwa państwa w związku z objętym mechanizmem warunkowości kredytem z Unii Europejskiej w ramach programu SAFE. Włodzimierz Czarzasty postanowił przedstawić swój pomysł na zagospodarowanie środków NBP.

Zełenski wysuwa groźby pod adresem Orbana: „Chłopaki z nim porozmawiają w swoim języku” z ostatniej chwili
Zełenski wysuwa groźby pod adresem Orbana: „Chłopaki z nim porozmawiają w swoim języku”

Jak poinformowało radio RMF, Wołodymyr Zełenski w trakcie konferencji prasowej wyraził nadzieję, że unijna pożyczka dla Ukrainy nie będzie dłużej blokowana. Prezydent powiedział, że wstrzymuje ją "jedna osoba w Unii Europejskiej" i zapowiedział, że "przekaże jej adres ukraińskim Siłom Zbrojnym".

Robert Bąkiewicz spotkał ambasadora Niemiec. Zadał dwa pytania pilne
Robert Bąkiewicz spotkał ambasadora Niemiec. Zadał dwa pytania

Do niespodziewanej sytuacji doszło w Zamościu. Robert Bąkiewicz spotkał tam przypadkiem ambasadora Niemiec i postanowił zapytać go o sprawę reparacji wojennych oraz zwrot zrabowanych Polsce dzieł sztuki.

Glapiński ucina dezinformację o „polskim SAFE”. „Rezerwy NBP, w tym złoto, nie będą uszczuplone” z ostatniej chwili
Glapiński ucina dezinformację o „polskim SAFE”. „Rezerwy NBP, w tym złoto, nie będą uszczuplone”

Prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński zapewnił, że zaangażowanie banku centralnego w projekt „polski SAFE 0 proc.” będzie odbywać się wyłącznie w granicach prawa. Podkreślił jednocześnie, że rezerwy NBP - w tym zgromadzone złoto - nie zostaną uszczuplone.

Parlament Europejski blokuje debatę na temat ingerencji KE w wybory z ostatniej chwili
Parlament Europejski blokuje debatę na temat ingerencji KE w wybory

W Parlamencie Europejskim wybuchło starcie polityczne po tym, jak Patriots for Europe oskarżyli większość izby o blokowanie debaty na temat rzekomej ingerencji Komisji Europejskiej w wybory krajowe.

REKLAMA

[Tylko u nas] Aleksandra Jakubiak OV: Miało być o czymś zupełnie innym, ale...

„Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali»”. (J 13, 34-35)
łańcuch
łańcuch / pixabay.com/analogicus

 

Dawno temu zdecydowałam, że te niedzielne felietony, z wielu względów, będą podejmowały tematy Ewangelii, życia duchowego i wiary, a nie będą zajmować się komentarzami do bieżących wydarzeń. I zdania nie zmieniam. Ale… coś o teraźniejszości jednak będzie.

O lęku, który nami często kieruje i jego destrukcyjnych owocach.

Wysłuchałam kilku odcinków nowej serii o. Adama Szustaka zatytułowanej „Opium”. Sobotni bardzo mnie zasmucił. Nie mam zamiaru snuć komentarzy do komentarzy do opinii o. Adama na jakiekolwiek tematy. Wiele osób odczytuje w tym drogę swego powołania, ja nie. Z o. Szustakiem łączy mnie wiele - miłość do Jezusa, wspólne Credo, jeden Kościół, wiele przekonań w tematach wiary. Bywa, że niektóre poglądy na jakieś sprawy mamy inne, odmienne temperamenty, różne sposoby bycia. No i? I co z tego? Z własnymi krewnymi w wielu sprawach mam rozbieżne opinie, dlaczego miałabym oczekiwać, że we wszystkim zgadzać się powinnam z o. Szustakiem lub on ze mną? Dlaczego te różnice miałyby stać na przeszkodzie temu, bym go szanowała lub ceniła? Nadal uważam, że to jeden z najskuteczniejszych ewangelizatorów i mam nadzieję, że dalej nim będzie. Było wiele konferencji o. Adama, które dużo mi dały. Jeśli jednak ktoś nie lubi jego formy głoszenia, to mam teraz wspaniałą wiadomość - naprawdę nie musisz go słuchać. Są inni. Nie każdy chrześcijański vloger czy kaznodzieja posłany jest do ciebie lub do mnie. Jeśli dogmatycznie jego głoszenie jest zgodne z nauczaniem Kościoła, czyli z dokumentami Kościoła, nie z czyimkolwiek opiniami, to ma on prawo głosić w jego, czyli Kościoła, imieniu, a to daje naprawdę bardzo szerokie pole działania, nie wszystkim muszą tematy lub retoryka danego kaznodziei odpowiadać. Tyle w temacie. Przechodząc jednak do sedna sprawy, w sobotnim filmie poruszył mnie temat - naszej wspólnej niedojrzałości. Borykam się z nim od dawna.

Po pierwsze, borykam się oczywiście w tym sensie, że wielokrotnie w niedojrzałości sama się taplam, a każdy akt dojrzałości rodzi się w bólach. Po drugie, doświadczam tej niedojrzałości we wspólnocie. I nie mam tu na myśli niedojrzałych zachowań poszczególnych osób, tego też oczywiście doznaje każdy z nas i bywa to bardzo bolesne, ale tu chodzi bardziej o niedojrzałość niejako systemową.

Posłuszeństwo jest niezawodnym weryfikatorem miłości. I na końcu tego zdania jest kropka, bez „ale”. To nie namowa do buntu, który bywa często innym biegunem tej samej płaszczyzny braku dojrzałości, co ucieczka w niesamodzielność. Jednak po dwóch stronach słowa „posłuszeństwo” stoją i ten, który ma być posłuszny i ten, któremu winno się być posłusznym. I kochać powinni oboje. A „miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego…”. W wypadku posłuszeństwa szczególnie „nie szuka swego”. Tymczasem temat podjęty przez o. Adama, a głęboko doświadczany przeze mnie, to kwestia kultury braku możliwości pokojowej dyskusji, braku wolności w byciu sobą, kultury rubryk, rusztowań i trybunałów. Zwykle staram się nie pisać zbyt dużo w bezpośrednim odniesieniu do własnej osoby, tym razem, z braku innych możliwości, będzie inaczej. Kilka luźnych myśli o kontroli, posłuszeństwie, dojrzałości, miłości, Kościele.

By tę sprawę zawęzić, muszę powiedzieć - nie chodzi tu o postulowanie jakiejś dogmatycznej wolnej amerykanki, bo nie po to Kościół przez dziesiątki wieków wsłuchiwał się w słowa samego Jezusa i reagował na natchnienia Ducha Świętego, by teraz tego nie strzec, chodzi raczej o to, że na podobieństwo organów opieki nad teologiczną ortodoksją sami stworzyliśmy ich hologramy, tyle że dotyczące kwestii nie mających nic wspólnego z dogmatyką. W takiej rzeczywistości - niosącej na swój sposób poczucie bezpieczeństwa - wszystko powinno zostać skodyfikowane, za wszelkie odchylenia od głównego nurtu powinny grozić kary, za zadawanie niewygodnych lub po prostu innych niż większość pytań powinno się wykluczać z dyskusji. Takie hologramowe trybunały będą nieco odmienne w wypadku różnych frakcji w Kościele - to, co dla liberałów stanowi grzech śmiertelny, dla tradycjonalistów może być cnotą i na odwrót. Nie chodzi jednak o to, CO, chodzi o system myślenia, wykluczanie, nie kulturę bliskości i kochania Boga, ale tego, co wolno lub czego nie wolno. Mówiąc kolokwialnie - kulturę „jesteś u Pani”.

Oczywiście, jakie społeczeństwo, taki Kościół, bo nie rekrutuje się on z reptilian, kosmitów, Übermensch’ów, tylko z nas. I nie mam tu na myśli, jakiejś wyjątkowości społeczeństwa polskiego, wystarczy spojrzeć na wiadomości ze świata, wszędzie jest to samo, albo prawie to samo. Walka, skakanie do gardeł, narzekanie, że przez tych drugich nie ma jedności, oskarżenia - oczywiście wobec tych innych, wzniecanie poczucia zagrożenia.

Słyszę jednego polityka i czuję narastający gniew, i myślę sobie, serio - niech no tylko zacznie rządzić, to nas wszystkich wysprzeda i obudzimy się kompletnie pozbawieni suwerenności. Czego tak naprawdę się boję? Zniewolenia, braku możliwości kochania tego, co mi bliskie. Boję się utraty wolności. Ktoś inny słucha innego polityka i wścieka się na inne sprawy, że doprowadzi go do wykluczenia z czegoś lub skądś etc. On też boi się utraty wolności, takiej jaką ją postrzega. Dopóki jednak nie zadamy sobie pytania o wzajemne lęki i pragnienia nic się nie zmieni. Agresja za pogardę, złośliwość za nienawiść i tak bez końca. Odczłowieczony przeciwnik i „pobożny” postulat jedności. Dopiero co usłyszałam w kościele wypowiedzianą na jednym wdechu prośbę o jedność między Polakami i uwolnienie nas od strasznej władzy i jej propagandy. Zabawne? Raczej smutne, bo na tym właśnie polega nasze wyobrażenie jedności - że inni zrozumieją swe „błędy” i staną się właściwi, czyli tacy jak my i będzie to chwila triumfu „prawdy”. A prawda to jest taka, że jedność - nie mylić z unifikacją - to najpierw długo, długo - emocjonalny ból zmagania się z własnymi lękami i składania ich na ołtarzu miłości wobec drugiego, by być razem, a dopiero potem wzruszenie wynikające z bliskości. Dopóki nie wybieram świadomie tego bólu serca, nic nie wiem o istocie jedności. O tym, jak to jest, by tym dotkliwie dla mnie innym, na tę inność pozwolić. I nie chodzi o próżne umartwienia, tylko miłość. Nie wiem, jak Państwo, ale ja często nie mam siły wybrać tego palenia serca, do każdego takiego wyboru irytująco powoli próbuję dorastać.

Wracając na kościelne poletko - tacy właśnie wyżej opisani funkcjonujemy nie tylko w doczesnych zmaganiach, ale trafiamy także na niwę duchową, rzeczywistość nadprzyrodzoną, samą z siebie nieskończenie przekraczającą nasze zdolności rozumienia, wymagającą bliskości i ufności wobec Boga, kryjącą też tajemnicę największego lęku ludzkości, tego co potem, za drzwiami śmierci, i chcemy ją, tę rzeczywistość, oswoić tym, że „wszystko” o niej wiemy i mamy ją jakoś pod kontrolą, choćby właśnie dzięki systemowi nadzoru. To wszystko dzieje się oczywiście bardziej w głowach nas, czyli członków Kościoła, niż realnie w samej instytucji jako takiej, ale to zbiorowe zapotrzebowanie na poczucie bezpieczeństwa, jakie dają poręcze i rusztowania skutkuje czasem mentalnością dostrzegania zagrożenia w osobach zadających pytania, próbujących patrzeć pod innym kątem. I nie ma znaczenia czy jesteś bardziej tradycyjny czy postępowy, bo to tylko kwestia poglądów i co za tym idzie odmiennych „wrogów”, którym powinno się zakazywać lub nakazywać.

Około 20 lat temu, niedługo po tym jak trafiłam do Kościoła, poszłam do znajomego księdza zapytać o jedną sprawę, która nie dawała mi spokoju. Nie tyle chodziło o dogmat wiary, co o pewne jego okoliczności. Po prostu ciekawiło mnie to. Zobaczyłam zdumiony i gniewny wyraz twarzy, usłyszałam, że to podstawy wiary chrześcijańskiej - może i podstawy, byłam na etapie podstaw - innej odpowiedzi nie było. Zaczęłam rozumieć, że są pytania, których zadawać nie wypada, są problemy, na które odpowiedzi lepiej szukać w dokumentach. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale jest obecne. Mam ogromne szczęście, mam w Kościele wspaniałych przełożonych, którym ufam, o których wiem, że swojej władzy nigdy nie użyliby dla udowadniania sobie wyższości, którzy słuchali mnie, by usłyszeć w tym to, co mnie naprawdę uszczęśliwi. Posłuszeństwo w takich okolicznościach jest powierzeniem, oddaniem. I nie chodzi wcale o to, że wszystko zawsze i od pierwszej chwili ma mnie napełniać euforią, chodzi o zdrowy stosunek do wolności, której na swojej drodze ku większej dojrzałości wszyscy nieustannie musimy się uczyć. I chodzi o miłość.

Po sławetnym wywiadzie o. Szustaka dla Karola Paciorka, gdzie forma wypowiedzi może nie zawsze była taka, jakiej sama bym użyła, ale który nie był żadnym komentarzem do Ewangelii a po prostu rozmową na temat własnych poglądów, za karę odwołano dominikaninowi kilkadziesiąt rekolekcji. A ja pytam: za karę dla kogo? Czujesz satysfakcję z tego powodu? A może czujesz wściekłość, agresję w stosunku do tych, którzy odwołali? Mam prośbę, przyjrzyj się, co tę satysfakcję lub agresję napędza? Z tym pytaniem siebie i Państwa zostawię.

Na początku czerwca br. dostawałyśmy we wspólnocie sentencje litanii do Najświętszego Serca Jezusa, by je medytować. Otrzymałam frazę: „Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne” i pomyślałam sobie: „Oj nie, chyba najtrudniejsza ze wszystkich”. A potem przy medytacji usłyszałam pytanie: „Kto ci powiedział, że to zadanie? A może to po prostu prezent?”. Ja na to: „Ale prezent, że teraz będę bardziej posłuszna?”, odpowiedź: „Nie! Prezent, że to Ja jestem posłuszny, dla Ciebie, aż do śmierci”. I myślę sobie, że tak właśnie jest, najpierw jest zadziwienie Bogiem, potem miłość, zaufanie, chęć całkowitej przynależności i naśladowania. Stąd rodzi się swoiste kwitnienie wolności, jakim jest posłuszeństwo, ufanie bardziej Drugiemu niż sobie. Próbuję baczyć, bym z owocu nie robiła narzędzia egzekwowania przydatności. W pierwszej kolejności u siebie.



 

Polecane