Paweł Jędrzejewski: Fundacja Olgi Tokarczuk jest „wroginią” postępu

Fundacja Olgi Tokarczuk wydała oświadczenie, w którym znalazł się następujący fragment: „Nie zgadzamy się na krępowanie wolności wypowiedzi artystycznej i jakiekolwiek formy nacisku na artystki i artystów oraz odbiorczynie i odbiorców ich dzieł”.
Olga Tokarczuk
Olga Tokarczuk / Wikipedia CC BY-SA 4,0 Harald Krichel

Pomijając meritum oświadczenia, chciałbym skupić się na „odbiorczyniach”, które zgrzytają w tym tekście. Sprawa jest z pozoru błaha, ale – podkreślam – tylko z pozoru. Jest oczywiste dla wszystkich, że gdy w takim kontekście pojawiają się „odbiorcy”, to zawsze chodzi zarówno o mężczyzn, jak i o kobiety, także o emerytów i młodzież obu płci. „Odbiorcy dzieł” to po prostu wszyscy ludzie, którzy są widzami, czytelnikami, słuchaczami artystycznych przekazów. Podobnie, gdy na przykład czytamy zdani: „film obejrzało 100 tysięcy widzów”, rozumiemy, że bynajmniej nie chodzi w nim wyłącznie o mężczyzn, którzy poszli do kina, ale o wszystkich – zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Każdy to wie i rozumie automatycznie. W takim zdaniu nie jest potrzebne stwierdzanie, że „film obejrzało 100 tys. widzów i widzek (!)”. Przez widzów kin i odbiorców wypowiedzi artystycznych zawsze rozumiano wszystkich z gatunku homo sapiens. Jednak fundacja Olgi Tokarczuk uważa inaczej i informuje nas nie tylko o „odbiorcach”, ale i o „odbiorczyniach”.

 

Fundacja chce być „postępowa”

To przecież  jest inna sytuacja niż w przypadku „chirurżek” albo „szpieżek”, które śmieszą, ale jednak mają nie mniejszy sens niż dobrze zadomowione w języku „lekarki” i „nauczycielki”. Używanie słowa „odbiorczynie” jest oczywistą przesadą i oznacza to, że Fundacja traktuje nas jak idiotów, którzy – gdy nie przeczytają o „odbiorczyniach” – to pomyślą, że Fundacja lekceważy kobiety i pomija je w swoim oświadczeniu. Najwyraźniej ma to być ostentacyjny dowód wyjątkowej wrażliwości i inkluzywności Fundacji. Inaczej – dowód wyjątkowej postępowości. Nie wolno dyskryminować kobiet, które „odbierają dzieła sztuki” – obwieszcza światu Fundacja. Wprowadzając „bezkompromisowo” feminatywy, ma „odwagę przeciwstawić się zniewalającemu patriarchatowi”. 

 

Wstecznictwo i reakcjonizm Fundacji

Wszystko to niby w porządku, niby zgodne z duchem czasu, ale to tylko pozory. Taka postawa rodzi poważny problem, który nie istniał jeszcze kilka lat temu. I ujawnia o Fundacji coś, co Fundacja z pewnością chciałaby starannie ukryć. 

Tym czymś jest obrzydliwe, według lewackich kryteriów, wstecznictwo i reakcjonizm Fundacji. Bo gdy chce się być postępowym, to trzeba trzymać rękę na pulsie postępowości i nie głosić już nieaktualnych haseł. Czyżby członkowie władz Fundacji nie mieli świadomości, że świat jest obecnie o wiele bardziej „tęczowy” i wedle obowiązujących dziś lewackich dyrektyw nie dzieli się już jedynie na dwie płcie, wedle „prostackiego, prymitywnego, patriarchalnego, binarnego” wzorca? Czyżby Fundacja posługiwała się nadal „opresyjnym podziałem” ludzkości na wyłącznie mężczyzn i kobiety? Dlaczego Fundacja w swoim oświadczeniu nie dąży do celu obecnie najważniejszego, czyli „neutralności płciowej”? Dlaczego brutalnie dyskryminuje mniejszości genderowe i seksualne oraz kompletnie pomija „osoby niebinarne lub transpłciowe”, zwłaszcza te w okresie transformacji? Zgroza! Dlaczego Fundacja postponuje „osoby”, które nie są ani płci żeńskiej, ani męskiej lub charakteryzują się „płynnością genderową”? Dlaczego lekceważy takie indywidualności jak „osoba dziennikarska” Niko Graczyk, który nie nazwałaby się ani odbiorcą (rodzaj męski), ani odbiorczynią (rodzaj żeński), ani odbiorcem (rodzaj nijaki), tylko co najwyżej odbiorcum (całkiem poza rodzajami)? „Osoba” Graczyk tak pisze o sobie: „opowiem wam, jak zrozumiałum (!), że jestem osobą niebinarną i co to oznacza”. W swoim oświadczeniu fundacja Olgi Tokarczuk w „obraźliwy, dyskryminujący” sposób nie wzięła także pod uwagę istnienia takich ludzi, jak „kandydato” do Sejmu na listach Koalicji Obywatelskiej o imieniu i nazwisku San Kocoń. Portal TVN24 pisze o nim (cytuję): „San Kocoń to aktywiszcze ekologiczne i LGBT, człończe Partii Zielonych i rzecznicze prasowe Ostrej Zieleni”.

 

Marksizm kulturowy przeobraża świat, zmieniając język

Absolutne minimum to byłyby trzy rodzaje – żeński, męski i nijaki: „Odbiorczynie obejrzały film, odbiorcy obejrzeli film, odbiorce obejrzały film”. Ale to zdecydowanie za mało dla prawdziwych głosicieli „postępu”. Bo przecież, według nich, istnieją ludzie niemieszczący się nawet w takiej klasyfikacji.

Powiecie, po co w ogóle zajmować się takimi oczywistymi bzdurami? To nie są, niestety, bzdury. Są to przejawy tzw. marksizmu kulturowego. Marksizm kulturowy polega między innymi na wprowadzaniu niszczącego chaosu w nasz, w miarę uporządkowany świat, poprzez komplikowanie i poddawanie chaosowi języka. „Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”, powiedział już dawno temu Ludwig Wittgenstein. A Pismo mówi o słowie, które staje się ciałem. W innym miejscu stwierdza: „najpierw było słowo”.

Gdy zmieniamy język, zmieniamy świat. Gdy kształtujemy język, kształtujemy rzeczywistość. Marksizm, w wersji ideologii walczącej o prawa proletariatu, poniósł dotkliwą porażkę w wojnie z wolnorynkowym kapitalizmem. Jednak nie złożył broni w wojnie z naszym światem, a jedynie zmienił taktykę. Przeobraża go, zaczynając od języka. Obecnie atakuje fundamenty naszej kultury, która opiera się na podstawowej komórce społecznej, jaką jest rodzina. Z kolei warunkiem istnienia rodziny jest wyraźny podział na dwie płcie – męską i żeńską. Dlatego celem marksizmu kulturowego jest obalenie tej dychotomii i przemienienie wszystkiego, co ma związek z płcią, w dygoczącą, półpłynną, mętną galaretę nieostrych pojęć i znaczeń, odrzucającą naukę i wiedzę. Człowiek ma nie liczyć się z biologią, fizjologią, genetyką, endokrynologią i anatomią, tylko sam decydować, kim jest, czyli, tak naprawdę, kim zdaje mu się, że jest, bo język mu na to pozwala. Chaos jest celem. Język jest narzędziem. Gdy wymyśli się nazwy kilkudziesięciu „genderów”, wkrótce pojawią się ludzie głoszący, że są reprezentantami tych genderów. I tak się już dzieje.

 

„Kobiety” i „mężczyźni” to przeszłość

Dlatego dla „prawdziwych głosicieli postępu” nie istnieją już „kobiety” i „mężczyźni”. To przebrzmiałe, skrajnie prymitywne postrzeganie rzeczywistości.

Minęły już dawno czasy feminizmu, ale polskie środowiska „postępowców” najwyraźniej tego nie zauważyły – zaspały, tkwią siłą swojego bezwładu w przeszłości. Ponieważ język, w którym kształtuje się „postęp”, czyli angielski, nie jest językiem fleksyjnym (czasowniki nie mają końcówek żeńskich i męskich), problem feminatywów, czyli żeńskich końcówek tradycyjnie męskich rzeczowników, jest prowincjonalnym i niepoważnym zagadnieniem języków przede wszystkim słowiańskich. W Wikipedii hasło „feminatyw” istnieje tylko w językach polskim, rosyjskim i ukraińskim. Feminatywy to problem archaiczny, od dawna już nieaktualny, sprzed 15, może nawet 20 lat, gdy amerykańskie feministki próbowały zastąpić „history” (historię) słowem „herstory” (gra słów – „his story” to „jego opowieść”, a „her story” to „jej opowieść”) i walczyły ze słowem „fireman” (strażak), bo ma końcówkę „man” (mężczyzna). Było, minęło i dziś to nieaktualny problem z zamierzchłej epoki, w której istniały wyłącznie dwie płci. Teraz w angielskim trwa walka ze znacznie poważniejszym przeciwnikiem, czyli z nacechowanymi płciowo zaimkami osobowymi.

 

Dlaczego Fundacja jest wrogiem „postępu”

Chodzi o stworzenie języka maksymalnie neutralnego płciowo. Precz z płciami, a więc precz z językiem nacechowanym płciowo! A Fundacja Olgi Tokarczuk, naiwna i gapowata, zachowuje się jak słoń w składzie porcelany i szarżuje „odbiorcami” i „odbiorczyniami”, cwałując dokładnie w przeciwnym kierunku, czyli przeciwko „postępowi”. Bo dziś „postęp” nie jest już propagowaniem rodzaju żeńskiego w nazewnictwie, ale wręcz odwrotnie – walką z jakimkolwiek płciowym rozróżnieniem w języku. Fundacja jest więc najwyraźniej siedliskiem zacofania. Tymi „odbiorczyniami” zamiast „osób odbierających” daje dowód swojego wstecznictwa. Jest wrogiem „postępu”. Fundacja powinna użyć rzeczownika „osoba” w liczbie mnogiej. W oświadczeniu Fundacji powinny znaleźć się „osoby odbiorcze”, a nie żadni „odbiorcy” i „odbiorczynie”. Przecież nie byle kto, ale sam Parlament Europejski zalecił, by w tłumaczeniach na polski w miejsce określeń nacechowanych płciowo stosować „osobę” (np. „osoby uczestniczące” zamiast „uczestników”) oraz bezosobowe, neutralne płciowo formy czasowników (np. „ustalono”).

Niestety, słowo „osoba” (ostatnio popularne w wersji „osoby uchodźcze”) też ma przed sobą marne perspektywy. Parlament Europejski pewnie jeszcze nie wie, że jest ono w języku polskim słowem rodzaju żeńskiego, czyli obrzydliwie nacechowanym płciowo. A więc jego los wydaje się przesądzony. Trzeba więc będzie prędzej lub później „tę osobę” zastąpić słowem neutralnym, czyli „to osobo”. Oczywiście, jak zawsze, w imię „postępu”.


 

POLECANE
Biały Dom: Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji CPAC z ostatniej chwili
Biały Dom: Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji CPAC

Prezydent USA Donald Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji środowisk konserwatywnych CPAC w Teksasie – przekazał w środę Biały Dom. Oznacza to, że Trump nie spotka się w Dallas z prezydentem RP Karolem Nawrockim, który w sobotę wystąpi na konferencji.

Samuel Pereira: Ten proces, to Wasz proces, Koalicjo Obywatelska tylko u nas
Samuel Pereira: Ten proces, to Wasz proces, Koalicjo Obywatelska

Mężczyzna spotykał się z dziewczynkami pod pretekstem badań nad wadami postawy. Miał im kazać się rozbierać, dotykać je oraz fotografować. Twierdził, że zdjęcia są po prostu elementem dokumentacji medycznej. Śledczy zajęli się sprawą po tym, jak matka jednej z ofiar złożyła zawiadomienie. Szefa złotowskiej Platformy Obywatelskiej i działacza sportowego Piotra P. zatrzymano pod zarzutem pedofilii 1 grudnia 2023 roku.

Copa-Cogeca: Ustępstwa poczynione przez KE wobec Australii są nie do przyjęcia z ostatniej chwili
Copa-Cogeca: Ustępstwa poczynione przez KE wobec Australii są nie do przyjęcia

„Ogłoszenie zawarcia umowy o wolnym handlu między UE a Australią w Canberze przez przewodniczącą Komisji Europejskiej von der Leyen i premiera Australii Albanese budzi liczne i poważne obawy dotyczące europejskiego rolnictwa, które jest wyraźnie i po raz kolejny kartą przetargową strategii UE mającej na celu zabezpieczenie szerszych celów handlowych i politycznych” – stwierdzają Copa-Cogeca.

Uzależniła się od mediów internetowych. Meta i YouTube mają jej wypłacić 3 mln dol. z ostatniej chwili
Uzależniła się od mediów internetowych. Meta i YouTube mają jej wypłacić 3 mln dol.

Ława przysięgłych w sądzie w Los Angeles uznała, że Meta i YouTube są odpowiedzialne za szkody dla zdrowia psychicznego 20-letniej kobiety, która oskarżyła je o przyczynienie się do uzależnienia, kiedy była dzieckiem. Firmy mają wypłacić kobiecie 3 mln dol. odszkodowania.

Biały Dom: Trump rozpęta piekło, jeśli Iran nie zawrze porozumienia z ostatniej chwili
Biały Dom: Trump "rozpęta piekło", jeśli Iran nie zawrze porozumienia

– Jeśli Iran nie zawrze porozumienia i nie zrozumie, że został pokonany, prezydent Donald Trump gotowy jest rozpętać piekło – zapowiedziała rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt. Potwierdziła, że doniesienia o 15-punktowej propozycji USA są tylko częściowo prawdziwe.

Warszawa przegrała konkurs na siedzibę Urzędu Celnego UE z ostatniej chwili
Warszawa przegrała konkurs na siedzibę Urzędu Celnego UE

W środę Parlament Europejski i Rada UE podjęły decyzję o utworzeniu przyszłego Urzędu Celnego UE w Lille we Francji. O lokalizację unijnej instytucji ubiegała się Warszawa.

Nawrocki odpowiedział Tuskowi zdjęciem. W sieci zawrzało z ostatniej chwili
Nawrocki odpowiedział Tuskowi zdjęciem. W sieci zawrzało

Węgry zapowiadają zakręcanie kurka z gazem dla Ukrainy. Donald Tusk postanowił powiązać tę decyzję z niedawną wizytą Karola Nawrockiego na Węgrzech. Polski prezydent odpowiedział mu zdjęciem.

Sławomir Nowak złożył zawiadomienie na prokuratora, który wcześniej stawiał mu zarzuty z ostatniej chwili
Sławomir Nowak złożył zawiadomienie na prokuratora, który wcześniej stawiał mu zarzuty

Jak poinformował TVN24, Sławomir Nowak złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia serii przestępstw przez prokuratora Jana Drelewskiego, który prowadził śledztwa przeciwko niemu.

ZUS wydał pilny komunikat z ostatniej chwili
ZUS wydał pilny komunikat

ZUS zapowiada poradnik dla kobiet w ciąży i uruchamia specjalny adres mailowy dla przyszłych mam. Instytucja podkreśla też, że nadal prowadzi kontrole zgodnie z obowiązującymi przepisami.

ONZ: Konflikt USA i Izraela z Iranem wymyka się spod kontroli z ostatniej chwili
ONZ: Konflikt USA i Izraela z Iranem wymyka się spod kontroli

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres oświadczył w środę, że konflikt na Bliskim Wschodzie wymyka się spod kontroli i może się rozwinąć w jeszcze większą wojnę. Wezwał też USA i Izrael do zakończenia tego konfliktu zbrojnego, a Iran - do zaprzestania ataków na inne kraje.

REKLAMA

Paweł Jędrzejewski: Fundacja Olgi Tokarczuk jest „wroginią” postępu

Fundacja Olgi Tokarczuk wydała oświadczenie, w którym znalazł się następujący fragment: „Nie zgadzamy się na krępowanie wolności wypowiedzi artystycznej i jakiekolwiek formy nacisku na artystki i artystów oraz odbiorczynie i odbiorców ich dzieł”.
Olga Tokarczuk
Olga Tokarczuk / Wikipedia CC BY-SA 4,0 Harald Krichel

Pomijając meritum oświadczenia, chciałbym skupić się na „odbiorczyniach”, które zgrzytają w tym tekście. Sprawa jest z pozoru błaha, ale – podkreślam – tylko z pozoru. Jest oczywiste dla wszystkich, że gdy w takim kontekście pojawiają się „odbiorcy”, to zawsze chodzi zarówno o mężczyzn, jak i o kobiety, także o emerytów i młodzież obu płci. „Odbiorcy dzieł” to po prostu wszyscy ludzie, którzy są widzami, czytelnikami, słuchaczami artystycznych przekazów. Podobnie, gdy na przykład czytamy zdani: „film obejrzało 100 tysięcy widzów”, rozumiemy, że bynajmniej nie chodzi w nim wyłącznie o mężczyzn, którzy poszli do kina, ale o wszystkich – zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Każdy to wie i rozumie automatycznie. W takim zdaniu nie jest potrzebne stwierdzanie, że „film obejrzało 100 tys. widzów i widzek (!)”. Przez widzów kin i odbiorców wypowiedzi artystycznych zawsze rozumiano wszystkich z gatunku homo sapiens. Jednak fundacja Olgi Tokarczuk uważa inaczej i informuje nas nie tylko o „odbiorcach”, ale i o „odbiorczyniach”.

 

Fundacja chce być „postępowa”

To przecież  jest inna sytuacja niż w przypadku „chirurżek” albo „szpieżek”, które śmieszą, ale jednak mają nie mniejszy sens niż dobrze zadomowione w języku „lekarki” i „nauczycielki”. Używanie słowa „odbiorczynie” jest oczywistą przesadą i oznacza to, że Fundacja traktuje nas jak idiotów, którzy – gdy nie przeczytają o „odbiorczyniach” – to pomyślą, że Fundacja lekceważy kobiety i pomija je w swoim oświadczeniu. Najwyraźniej ma to być ostentacyjny dowód wyjątkowej wrażliwości i inkluzywności Fundacji. Inaczej – dowód wyjątkowej postępowości. Nie wolno dyskryminować kobiet, które „odbierają dzieła sztuki” – obwieszcza światu Fundacja. Wprowadzając „bezkompromisowo” feminatywy, ma „odwagę przeciwstawić się zniewalającemu patriarchatowi”. 

 

Wstecznictwo i reakcjonizm Fundacji

Wszystko to niby w porządku, niby zgodne z duchem czasu, ale to tylko pozory. Taka postawa rodzi poważny problem, który nie istniał jeszcze kilka lat temu. I ujawnia o Fundacji coś, co Fundacja z pewnością chciałaby starannie ukryć. 

Tym czymś jest obrzydliwe, według lewackich kryteriów, wstecznictwo i reakcjonizm Fundacji. Bo gdy chce się być postępowym, to trzeba trzymać rękę na pulsie postępowości i nie głosić już nieaktualnych haseł. Czyżby członkowie władz Fundacji nie mieli świadomości, że świat jest obecnie o wiele bardziej „tęczowy” i wedle obowiązujących dziś lewackich dyrektyw nie dzieli się już jedynie na dwie płcie, wedle „prostackiego, prymitywnego, patriarchalnego, binarnego” wzorca? Czyżby Fundacja posługiwała się nadal „opresyjnym podziałem” ludzkości na wyłącznie mężczyzn i kobiety? Dlaczego Fundacja w swoim oświadczeniu nie dąży do celu obecnie najważniejszego, czyli „neutralności płciowej”? Dlaczego brutalnie dyskryminuje mniejszości genderowe i seksualne oraz kompletnie pomija „osoby niebinarne lub transpłciowe”, zwłaszcza te w okresie transformacji? Zgroza! Dlaczego Fundacja postponuje „osoby”, które nie są ani płci żeńskiej, ani męskiej lub charakteryzują się „płynnością genderową”? Dlaczego lekceważy takie indywidualności jak „osoba dziennikarska” Niko Graczyk, który nie nazwałaby się ani odbiorcą (rodzaj męski), ani odbiorczynią (rodzaj żeński), ani odbiorcem (rodzaj nijaki), tylko co najwyżej odbiorcum (całkiem poza rodzajami)? „Osoba” Graczyk tak pisze o sobie: „opowiem wam, jak zrozumiałum (!), że jestem osobą niebinarną i co to oznacza”. W swoim oświadczeniu fundacja Olgi Tokarczuk w „obraźliwy, dyskryminujący” sposób nie wzięła także pod uwagę istnienia takich ludzi, jak „kandydato” do Sejmu na listach Koalicji Obywatelskiej o imieniu i nazwisku San Kocoń. Portal TVN24 pisze o nim (cytuję): „San Kocoń to aktywiszcze ekologiczne i LGBT, człończe Partii Zielonych i rzecznicze prasowe Ostrej Zieleni”.

 

Marksizm kulturowy przeobraża świat, zmieniając język

Absolutne minimum to byłyby trzy rodzaje – żeński, męski i nijaki: „Odbiorczynie obejrzały film, odbiorcy obejrzeli film, odbiorce obejrzały film”. Ale to zdecydowanie za mało dla prawdziwych głosicieli „postępu”. Bo przecież, według nich, istnieją ludzie niemieszczący się nawet w takiej klasyfikacji.

Powiecie, po co w ogóle zajmować się takimi oczywistymi bzdurami? To nie są, niestety, bzdury. Są to przejawy tzw. marksizmu kulturowego. Marksizm kulturowy polega między innymi na wprowadzaniu niszczącego chaosu w nasz, w miarę uporządkowany świat, poprzez komplikowanie i poddawanie chaosowi języka. „Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”, powiedział już dawno temu Ludwig Wittgenstein. A Pismo mówi o słowie, które staje się ciałem. W innym miejscu stwierdza: „najpierw było słowo”.

Gdy zmieniamy język, zmieniamy świat. Gdy kształtujemy język, kształtujemy rzeczywistość. Marksizm, w wersji ideologii walczącej o prawa proletariatu, poniósł dotkliwą porażkę w wojnie z wolnorynkowym kapitalizmem. Jednak nie złożył broni w wojnie z naszym światem, a jedynie zmienił taktykę. Przeobraża go, zaczynając od języka. Obecnie atakuje fundamenty naszej kultury, która opiera się na podstawowej komórce społecznej, jaką jest rodzina. Z kolei warunkiem istnienia rodziny jest wyraźny podział na dwie płcie – męską i żeńską. Dlatego celem marksizmu kulturowego jest obalenie tej dychotomii i przemienienie wszystkiego, co ma związek z płcią, w dygoczącą, półpłynną, mętną galaretę nieostrych pojęć i znaczeń, odrzucającą naukę i wiedzę. Człowiek ma nie liczyć się z biologią, fizjologią, genetyką, endokrynologią i anatomią, tylko sam decydować, kim jest, czyli, tak naprawdę, kim zdaje mu się, że jest, bo język mu na to pozwala. Chaos jest celem. Język jest narzędziem. Gdy wymyśli się nazwy kilkudziesięciu „genderów”, wkrótce pojawią się ludzie głoszący, że są reprezentantami tych genderów. I tak się już dzieje.

 

„Kobiety” i „mężczyźni” to przeszłość

Dlatego dla „prawdziwych głosicieli postępu” nie istnieją już „kobiety” i „mężczyźni”. To przebrzmiałe, skrajnie prymitywne postrzeganie rzeczywistości.

Minęły już dawno czasy feminizmu, ale polskie środowiska „postępowców” najwyraźniej tego nie zauważyły – zaspały, tkwią siłą swojego bezwładu w przeszłości. Ponieważ język, w którym kształtuje się „postęp”, czyli angielski, nie jest językiem fleksyjnym (czasowniki nie mają końcówek żeńskich i męskich), problem feminatywów, czyli żeńskich końcówek tradycyjnie męskich rzeczowników, jest prowincjonalnym i niepoważnym zagadnieniem języków przede wszystkim słowiańskich. W Wikipedii hasło „feminatyw” istnieje tylko w językach polskim, rosyjskim i ukraińskim. Feminatywy to problem archaiczny, od dawna już nieaktualny, sprzed 15, może nawet 20 lat, gdy amerykańskie feministki próbowały zastąpić „history” (historię) słowem „herstory” (gra słów – „his story” to „jego opowieść”, a „her story” to „jej opowieść”) i walczyły ze słowem „fireman” (strażak), bo ma końcówkę „man” (mężczyzna). Było, minęło i dziś to nieaktualny problem z zamierzchłej epoki, w której istniały wyłącznie dwie płci. Teraz w angielskim trwa walka ze znacznie poważniejszym przeciwnikiem, czyli z nacechowanymi płciowo zaimkami osobowymi.

 

Dlaczego Fundacja jest wrogiem „postępu”

Chodzi o stworzenie języka maksymalnie neutralnego płciowo. Precz z płciami, a więc precz z językiem nacechowanym płciowo! A Fundacja Olgi Tokarczuk, naiwna i gapowata, zachowuje się jak słoń w składzie porcelany i szarżuje „odbiorcami” i „odbiorczyniami”, cwałując dokładnie w przeciwnym kierunku, czyli przeciwko „postępowi”. Bo dziś „postęp” nie jest już propagowaniem rodzaju żeńskiego w nazewnictwie, ale wręcz odwrotnie – walką z jakimkolwiek płciowym rozróżnieniem w języku. Fundacja jest więc najwyraźniej siedliskiem zacofania. Tymi „odbiorczyniami” zamiast „osób odbierających” daje dowód swojego wstecznictwa. Jest wrogiem „postępu”. Fundacja powinna użyć rzeczownika „osoba” w liczbie mnogiej. W oświadczeniu Fundacji powinny znaleźć się „osoby odbiorcze”, a nie żadni „odbiorcy” i „odbiorczynie”. Przecież nie byle kto, ale sam Parlament Europejski zalecił, by w tłumaczeniach na polski w miejsce określeń nacechowanych płciowo stosować „osobę” (np. „osoby uczestniczące” zamiast „uczestników”) oraz bezosobowe, neutralne płciowo formy czasowników (np. „ustalono”).

Niestety, słowo „osoba” (ostatnio popularne w wersji „osoby uchodźcze”) też ma przed sobą marne perspektywy. Parlament Europejski pewnie jeszcze nie wie, że jest ono w języku polskim słowem rodzaju żeńskiego, czyli obrzydliwie nacechowanym płciowo. A więc jego los wydaje się przesądzony. Trzeba więc będzie prędzej lub później „tę osobę” zastąpić słowem neutralnym, czyli „to osobo”. Oczywiście, jak zawsze, w imię „postępu”.



 

Polecane