Prawnicza historia Solidarności. Zofia Romaszewska wspomina: Kiedy po mnie przyszli…

– Prawników gotowych do obrony osób represjonowanych politycznie nie było wtedy przesadnie wielu, adwokaci trochę się obawiali, ponieważ władze mogły ich zwyczajnie pozbawić prawa do wykonywania zawodu, a tym samym do posiadania jakichkolwiek możliwości zarabiania. Był to więc bardzo poważny problem. W pomoc zaangażowali się m.in. Andrzej Grabiński, Witold Lis-Olszewski, Jan Olszewski, Władysław Siła-Nowicki, Stanisław Szczuka, a następnie Piotr Andrzejewski i Jacek Taylor. – mówi Zofia Romaszewska w rozmowie z Agnieszką Żurek.
Zofia Romaszewska
Zofia Romaszewska / prezydent.pl

– Jeśli sięgniemy do historii Solidarności i świadczenia przez Panią i Pani śp. Męża Zbigniewa Romaszewskiego pomocy prawnej osobom represjonowanym przez władze komunistyczne, musimy cofnąć się do Komitetu Obrony Robotników.

– W 1976 roku wybuchły strajki związane z dużą podwyżką cen żywności. A razem z nimi zaczęły się represje, których ofiarami padali nie tylko protestujący ludzie, ale także osoby postronne, które akurat znalazły się w pobliżu wydarzeń. Ci ludzie z miejsca trafiali do aresztów, były to wówczas miejsca wyjątkowo nieprzyjemne, brudne, pełne szczurów, bez pojedynczych łóżek, z pryczami, na których kładło się nawet 10 osób w rzędzie. Część ludzi była zatrzymywana za działalność patriotyczną, jednak głównie trafiali tam przestępcy, ludzie pijani czy agresywni. Milicja Obywatelska tłukła niemiłosiernie. Część mężczyzn, którzy trafili do tej formacji, miała niekiedy skłonności sadystyczne i wyżywała się na aresztowanych, bijąc ich nierzadko do nieprzytomności. Bywało, że milicjanci załatwiali w ten sposób swoje dawne prywatne porachunki. Jeśli kogoś pobili zbyt mocno i dany człowiek zmarł, było to tuszowane i w efekcie rzadko kiedy sprawca ponosił jakiekolwiek konsekwencje. Na to wszystko narażeni byli protestujący robotnicy w roku 1976. Zaczęło się w Ursusie, później manifestacje odbyły się także w Radomiu, Płocku, Elblągu i innych miejscowościach. Oczywiście władze próbowały nie dopuścić do tego, aby wieści o protestach rozeszły się po kraju. Ursus jednak był zbyt blisko Warszawy, żebyśmy się o tym nie dowiedzieli, z kolei w Radomiu robotnicy podpalili Komitet Wojewódzki Partii i sprawa zrobiła się głośna. Zbyszek (mój mąż) zorganizował na rzecz robotników zbiórkę pieniędzy w Instytucie Fizyki Akademii Nauk, gdzie pracował. Środki te były bardzo potrzebne robotnikom i ich rodzinom, ponieważ za udział w strajkach byli oni natychmiast zwalniani z pracy. W akcję pomocy dzielnie włączyli się koledzy z Warszawy – Henio Wujec i Antek Macierewicz. Jacka Kuronia „profilaktycznie” wezwano na ćwiczenia wojskowe, żeby nie rozrabiał, kiedy władza będzie wprowadzała podwyżki. Mój mąż został wtedy w Warszawie, a ja z małą Agnieszką wyjechałam na wakacje. Spotkałam tam Ludkę Wujec z małym Pawełkiem. Zapytała mnie, czy chcemy ze Zbyszkiem zaangażować się w pomoc robotnikom. Odpowiedzieliśmy, ja i Zbyszek, że oczywiście tak. Kiedy wróciłam z wakacji, okazało się, że chętnych do pomocy robotnikom z Ursusa jest aż nadto, szczególnie mocno zaangażowała się wówczas w te działania młodzież z Klubu Inteligencji Katolickiej. Natomiast większy problem był z robotnikami z Radomia – z uwagi na jego oddalenie od Warszawy. 

Czytaj także: Rząd chce wydać miliardy na wzmocnienie granicy bagnami. Poseł Kaleta mocno – to idiotyzm

– I co zrobiliście?

– Nam zatem „przypadł” w udziale Radom i zaczęły się wyjazdy – jeździliśmy po pracy, a pracowało się wówczas także w soboty. Oczywiście milicja łapała ludzi po drodze, nas jednak wówczas nie znali, byliśmy zakonspirowani, co pozwalało skutecznie działać. Do Radomia jeździła także młodzież z KIK-u, Urszula Sikorska-Kelus, Jacek Kleyff, Agnieszka Lipska, Jan Tomasz Lipski, Konrad Bieliński i wielu innych, których już nie pamiętam. Woziliśmy pieniądze i komunikaty KOR-u i usiłowaliśmy dowiadywać się, kto jeszcze został zamknięty. Pierwsza moja interwencja dotyczyła pana Józefa Szczepanika i od niego z kolei dowiedziałam się o Leopoldzie Gierku, potwornie pobitym młodym mężczyźnie. Pobili go w czerwcu, ja jego plecy widziałam we wrześniu i nadal były całe sine, z popękaną skórą. Milicja ich tak tłukła, że krew się lała po ścianach. Robili „ścieżki zdrowia”, stojąc w dwu szeregach i bijąc pałami z całej siły. Najkrócej mówiąc, chodziło o to, żeby maksymalnie wszystkich spacyfikować, tak, żeby już nie przychodziło ludziom więcej do głowy, żeby sprzeciwiać się władzy ludowej.

Zaufanie robotników 

– Robotnicy i ich rodziny mieli do Państwa zaufanie?

– Ani razu nie zdarzyło nam się, żeby ktoś nas nie przyjął. Przychodziliśmy zawsze pojedynczo, tak aby było jasne, że nie jesteśmy z SB – ci bowiem chodzili zawsze we dwójkę, tak aby jeden drugiego pilnował. Nas nikt nigdy z domu nie wyrzucił. Przeciwnie, żony, matki, siostry uwięzionych dziękowały nam, płakały, przyjmowały nas bardzo serdecznie. Kiedy 23 września 1976 roku utworzył się Komitet Obrony Robotników (KOR) i zaczął wydawać numerowane Komunikaty informujące o naszej działalności, wieści o nas rozchodziły się wśród robotników. Poza tym słyszeli oni w Radiu Wolna Europa o tym, że ich sprawy zostały nagłośnione na Zachodzie. Kiedy wyszedł z wojska Jacek Kuroń, nawiązał natychmiast kontakt z Alikiem Smolarem mieszkającym wówczas w Paryżu. Ten z kolei przekazywał informacje bezpośrednio do Radia Wolna Europa. Było to bardzo ważne, bo ludzie słyszeli swoje nazwiska, wiedzieli, że nie są sami, że ktoś się ich sprawami zajmuje. To dawało pewne poczucie bezpieczeństwa i nadziei. Tak oto zaczęła się nasza działalność. 
 
– Obejmowała ona dostarczanie robotnikom pieniędzy na utrzymanie, przekazywanie na Zachód informacji o ich sprawach, dostarczanie ich rodzinom wsparcia – np. ubrań dla dzieci, a wreszcie pomoc prawną. Jak wyglądała ta ostatnia?

– Prawników gotowych do obrony osób represjonowanych politycznie nie było wtedy przesadnie wielu, adwokaci trochę się obawiali, ponieważ władze mogły ich zwyczajnie pozbawić prawa do wykonywania zawodu, a tym samym do posiadania jakichkolwiek możliwości zarabiania. Był to więc bardzo poważny problem. W pomoc zaangażowali się m.in. Andrzej Grabiński, Witold Lis-Olszewski, Jan Olszewski, Władysław Siła-Nowicki, Stanisław Szczuka, a następnie Piotr Andrzejewski i Jacek Taylor. Pomoc prawna polegała na reprezentowaniu robotników przed sądem, przygotowywaniu odpowiednich dokumentów. Poza tym inne ekipy składające się ze znanych SB ludzi jeździły na rozprawy jako obserwatorzy. Nasi prawnicy osiągnęli sukces, robotnicy z Radomia zostali wypuszczeni na wolność, a my w KOR-ze zachęceni tym osiągnięciem postanowiliśmy rozszerzyć naszą działalność na wszystkich poszkodowanych przez władze, nie tylko robotników. Była to praca trudna, żmudna i mało widowiskowa, a zatem idealna dla mojego męża. Tak powstał KSS-KOR, czyli Komitet Samoobrony Społecznej KOR. Zaczęliśmy wyjeżdżać w różne miejsca naszego kraju i zorientowaliśmy się, że prawo jest łamane nagminnie, że mamy do czynienia z niebywałą brutalnością milicji, że funkcjonariusze mogą szaleć i nikt się tym nie przejmuje. Nawet jeśli kogoś zamordują i rodzina wytoczy sprawę sądową, którą jakimś cudem wygra, to przecież życia to zabitemu człowiekowi nie wróci. Wtedy zastraszano rodzinę, że jeśli zrobi się aferę z zabicia jednego dziecka, to milicjanci pobiją i drugie etc. 

Czytaj także: Znana aktorka, kandydatka Trzeciej Drogi do PE: „PiS to jest choroba”

Cenne doświadczenie 

– Swoje doświadczenie wykorzystali Państwo w Solidarności.

– Tak, kiedy w 1980 roku doszło do strajków w całej Polsce, szybko stało się jasne, że musi powstać komórka zajmująca się represjonowanymi, która będzie tępić patologiczne zachowania milicji i nagłaśniać tego rodzaju przypadki, a także dokumentować je, dowiadywać się, co dzieje się w więzieniach. Cały czas współpracowali z nami adwokaci z okresu działalności KOR-u, reprezentowali oni poszkodowanych przez sądem i nie brali za to pieniędzy. Taka była zresztą wówczas atmosfera w Polsce. To były naprawdę wspaniałe chwile, myśmy po prostu walczyli o wolną Polskę, przy czym nie kłóciliśmy się tak jak teraz, tylko wszyscy uważaliśmy, że trzeba popędzić władzę ludową narzuconą przez Moskwę. Różnice ideowe oczywiście istniały, ale nie umożliwiały nam wspólnego działania. Nie było takich sporów ambicjonalnych jak teraz. Jakieś – rzecz jasna – istniały, ale jedynie jako dodatek. Wspólnota naprawdę istniała, widać ją było między ludźmi, i to nas uskrzydlało, dawało poczucie, że nikt z nas nigdy nie zostanie sam. Organizowaliśmy się w Solidarności regionami, nie branżami – tak było po prostu bezpieczniej, w razie aresztowań można było szybciej dotrzeć z pomocą i szybciej uzyskać konieczne informacje – nie było przecież wówczas telefonów komórkowych. Jeździło się rowerami, rzadziej samochodami, bo niewielu z nas je posiadało. 
 
– Rozumiem, że w swoich interwencjach powoływali się Państwo na prawo PRL-u. Czy sięgali Państwo także prawa międzynarodowego? 

– Tak, Karta Praw Człowieka oczywiście była ciągle wyciągana, a władza ludowa nie mogła udawać, że taki dokument nie istnieje. Problem był jednak nie w samym prawie, nawet PRL-owskim, ale w jego przestrzeganiu. Były stosunki pomiędzy obywatelem a władzą. Ogólnie rzecz ujmując – nie wolno było obalać władzy ludowej, za to się siedziało i już. A co nazywano obalaniem władzy ludowej? To było rozumiane bardzo swobodnie i szeroko.

– W końcu represje dotknęły i Panią, trafiła Pani do więzienia na Rakowieckiej. Co Pani wtedy poczuła?

– Ulgę. Wiem, że to nie jest typowa reakcja na aresztowanie, kobiety zazwyczaj raczej płakały, ja jednak poczułam ulgę, że w końcu się to stało. Spodziewałam się, że za działalność Radia Solidarność przyjdzie mi zapłacić. Kiedy po mnie przyszli, nawet nie próbowałam uciekać. Nie znoszę się ukrywać, żyć w takim napięciu. Lubię działać jawnie, bliska jest mi praca w myśl zasad pozytywistycznych. Nie znaczy to jednak, że więzienie mi się podobało. To było przeżycie traumatyczne – brud, zaduch, mikroskopijny spacerniak, po którym chodziliśmy w kółko, koszmarne jedzenie… Najbardziej doskwierał mi brak widoku jakiejkolwiek zielonej rośliny, wszystko było szare i betonowe. Była też totalna izolacja od jakichkolwiek wiadomości z zewnątrz. Były też elementy tragikomiczne, jak przesłuchujący mnie funkcjonariusz SB, który skarżył mi się na złe warunki pracy i namawiał do tego, żebym po wyjściu na wolność przyjrzała się klepsydrom zmarłych esbeków i zobaczyła, jak młodo odchodzą z tego świata, bo to ciężka praca. Więzienie jednak odchorowałam – stres był tak duży, że wtedy zaczęło się moje bielactwo. 

Zielony Ład

– Jakim doświadczeniem i radą chciałaby się Pani podzielić ze współczesną Solidarnością w dobie strajków przeciwko Zielonemu Ładowi?

– Po pierwsze – życzę powodzenia tym strajkom. Po drugie – radziłabym, żeby Solidarność działała szeroko, porozumiewała się ze wszystkimi związkami, które mają wspólne cele. Prawa pracownicze są łamane w bardzo wielu miejscach, także pole do działania jest ogromne. Po trzecie – żeby pilnie badała przypadki zwalniania ludzi z pracy. Często dotyczy to tych najbardziej aktywnych, dynamicznych, którzy mają odwagę, żeby działać. Gorąco namawiam, żeby w tego rodzaju sytuacjach murem stawał za nimi cały zakład pracy. Wtedy władze nie będą miały wyjścia, nie zwolnią wszystkich. Razem można osiągnąć bardzo wiele, ale musi powrócić prawdziwa, międzyludzka solidarność. Solidarność to słowo klucz.

Kim jest Zofia Romaszewska? 

Irena Zofia Romaszewska, działaczka opozycji niepodległościowej i więzień polityczny PRL. Wraz z mężem Zbigniewem Romaszewskim kierowała Biurem Interwencyjnym KOR. W latach 1980–1981 kierowała pracami Komisji Interwencji i Praworządności Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”. Po roku 1989 angażowała się w wiele inicjatyw patriotycznych i społecznych. Za działalność niepodległościową została odznaczona Orderem Orła Białego. Obecnie jest doradcą prezydenta RP Andrzeja Dudy.
 


 

POLECANE
Zima sparaliżowała kolej. 180 osób utknęło w pociągu z ostatniej chwili
Zima sparaliżowała kolej. 180 osób utknęło w pociągu

Problemy na kolei w województwie warmińsko-mazurskim. Kilometr przed stacją Sterławki zepsuła się lokomotywa pociągu „Biebrza”, jadącego z Białegostoku do Gdyni Głównej. Z powodu wysokiego śniegu pociąg zatrzymał się w miejscu, z którego pasażerowie nie mogą bezpiecznie opuścić wagonów.

Przełom w astronomii. Nowy typ planet naprawdę istnieje Wiadomości
Przełom w astronomii. Nowy typ planet naprawdę istnieje

Międzynarodowy zespół astronomów, w tym - z Polski, odkrył tzw. planetę swobodną i wyznaczył jej dokładną masę, dostarczając ostatecznego dowodu, że takie obiekty faktycznie istnieją. O „przełomowym pomiarze” w dziedzinie badania planet pozasłonecznych poinformowało „Science”.

Nie żyje najcięższy człowiek świata Wiadomości
Nie żyje najcięższy człowiek świata

Juan Pedro Franco, znany na całym świecie jako najcięższy człowiek świata, zmarł w Wigilię 24 grudnia 2025 roku. Miał 41 lat. Meksykanin odszedł w szpitalu w Aguascalientes w wyniku powikłań związanych z infekcją nerek.

Pies na zamarzniętej rzece. Strażacy użyli drona Wiadomości
Pies na zamarzniętej rzece. Strażacy użyli drona

Nietypowa interwencja służb miała miejsce w Nowy Rok na Mazowszu. W środę po południu strażacy zostali wezwani do zgłoszenia dotyczącego psa, który znajdował się na tafli lodowej rzeki Bug w rejonie miejscowości Kuligów w powiecie wołomińskim. W działaniach brały udział zastępy OSP RW Ślężany, OSP Kołaków oraz dron ratowniczy.

Pogoda na najbliższe dni. IMGW wydał komunikat Wiadomości
Pogoda na najbliższe dni. IMGW wydał komunikat

Najbliższe dni przyniosą w Polsce typowo zimową aurę, choć bez tak silnych opadów śniegu jak ostatnio. Przez chwilę do kraju napłynie nieco cieplejsze powietrze, jednak już w weekend i na początku przyszłego tygodnia temperatury ponownie spadną, także w ciągu dnia.

Eksplozja w kurorcie w Szwajcarii. Podano nowe ustalenia Wiadomości
Eksplozja w kurorcie w Szwajcarii. Podano nowe ustalenia

Większość osób rannych wskutek pożaru w Crans-Montana w Szwajcarii ma od 16 do 26 lat - podała w czwartek stacja BBC, powołując się na władze jednego ze szwajcarskich szpitali.

Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: kilka miesięcy temu odebrałem polskie obywatelstwo tylko u nas
Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: kilka miesięcy temu odebrałem polskie obywatelstwo

- Polski deep state, jeśli ma kiedykolwiek powstać, nie może być partyjny ani represyjny. Musi być oparty na jasnej racji stanu, na własnych punktach odniesienia cywilizacyjnych i na lojalności wobec państwa jako dobra wspólnego, a nie wobec ideologii czy obcych struktur. Bez tego Polska zawsze będzie polem gry cudzych deep states - mówi w rozmowie z Cezarym Krysztopą świetnie wykształcony i biegły z zakresie zbiorowej psychologii własnego narodu, jednak proszący o zachowanie anonimowości Niemiec. Ciąg dalszy nastapi.

Samuel Pereira: Na Nowy Rok tylko u nas
Samuel Pereira: Na Nowy Rok

Końcówka roku ma tę dziwną właściwość, że rzeczywistość lubi dopisać własny, ironiczny scenariusz. Gdy premier zapewnia, że „pokój na Ukrainie jest możliwy”, choć sam nie uczestniczył w kluczowych rozmowach i bazuje na relacjach pośredników, w kraju trwa kolejny pokaz chaosu i improwizacji.

Coraz więcej migrantów przeprawia się przez kanał La Manche z ostatniej chwili
Coraz więcej migrantów przeprawia się przez kanał La Manche

Według statystyk brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych (Home Office) 41 472 migrantów pokonało w 2025 roku nielegalnie kanał La Manche na łodziach i pontonach, docierając do Anglii. To o 13 proc. więcej w porównaniu z rokiem 2024 i o 41 proc. więcej niż w 2023 roku.

Wyrwa w wale na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pola, służby w akcji z ostatniej chwili
Wyrwa w wale na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pola, służby w akcji

We wsi Komorowo Żuławskie pod Elblągiem doszło do uszkodzenia wału przeciwpowodziowego na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pobliskie pola, a na miejscu pracują strażacy, którzy zabezpieczają wyrwę i monitorują sytuację hydrologiczną po ostatnich dniach cofki.

REKLAMA

Prawnicza historia Solidarności. Zofia Romaszewska wspomina: Kiedy po mnie przyszli…

– Prawników gotowych do obrony osób represjonowanych politycznie nie było wtedy przesadnie wielu, adwokaci trochę się obawiali, ponieważ władze mogły ich zwyczajnie pozbawić prawa do wykonywania zawodu, a tym samym do posiadania jakichkolwiek możliwości zarabiania. Był to więc bardzo poważny problem. W pomoc zaangażowali się m.in. Andrzej Grabiński, Witold Lis-Olszewski, Jan Olszewski, Władysław Siła-Nowicki, Stanisław Szczuka, a następnie Piotr Andrzejewski i Jacek Taylor. – mówi Zofia Romaszewska w rozmowie z Agnieszką Żurek.
Zofia Romaszewska
Zofia Romaszewska / prezydent.pl

– Jeśli sięgniemy do historii Solidarności i świadczenia przez Panią i Pani śp. Męża Zbigniewa Romaszewskiego pomocy prawnej osobom represjonowanym przez władze komunistyczne, musimy cofnąć się do Komitetu Obrony Robotników.

– W 1976 roku wybuchły strajki związane z dużą podwyżką cen żywności. A razem z nimi zaczęły się represje, których ofiarami padali nie tylko protestujący ludzie, ale także osoby postronne, które akurat znalazły się w pobliżu wydarzeń. Ci ludzie z miejsca trafiali do aresztów, były to wówczas miejsca wyjątkowo nieprzyjemne, brudne, pełne szczurów, bez pojedynczych łóżek, z pryczami, na których kładło się nawet 10 osób w rzędzie. Część ludzi była zatrzymywana za działalność patriotyczną, jednak głównie trafiali tam przestępcy, ludzie pijani czy agresywni. Milicja Obywatelska tłukła niemiłosiernie. Część mężczyzn, którzy trafili do tej formacji, miała niekiedy skłonności sadystyczne i wyżywała się na aresztowanych, bijąc ich nierzadko do nieprzytomności. Bywało, że milicjanci załatwiali w ten sposób swoje dawne prywatne porachunki. Jeśli kogoś pobili zbyt mocno i dany człowiek zmarł, było to tuszowane i w efekcie rzadko kiedy sprawca ponosił jakiekolwiek konsekwencje. Na to wszystko narażeni byli protestujący robotnicy w roku 1976. Zaczęło się w Ursusie, później manifestacje odbyły się także w Radomiu, Płocku, Elblągu i innych miejscowościach. Oczywiście władze próbowały nie dopuścić do tego, aby wieści o protestach rozeszły się po kraju. Ursus jednak był zbyt blisko Warszawy, żebyśmy się o tym nie dowiedzieli, z kolei w Radomiu robotnicy podpalili Komitet Wojewódzki Partii i sprawa zrobiła się głośna. Zbyszek (mój mąż) zorganizował na rzecz robotników zbiórkę pieniędzy w Instytucie Fizyki Akademii Nauk, gdzie pracował. Środki te były bardzo potrzebne robotnikom i ich rodzinom, ponieważ za udział w strajkach byli oni natychmiast zwalniani z pracy. W akcję pomocy dzielnie włączyli się koledzy z Warszawy – Henio Wujec i Antek Macierewicz. Jacka Kuronia „profilaktycznie” wezwano na ćwiczenia wojskowe, żeby nie rozrabiał, kiedy władza będzie wprowadzała podwyżki. Mój mąż został wtedy w Warszawie, a ja z małą Agnieszką wyjechałam na wakacje. Spotkałam tam Ludkę Wujec z małym Pawełkiem. Zapytała mnie, czy chcemy ze Zbyszkiem zaangażować się w pomoc robotnikom. Odpowiedzieliśmy, ja i Zbyszek, że oczywiście tak. Kiedy wróciłam z wakacji, okazało się, że chętnych do pomocy robotnikom z Ursusa jest aż nadto, szczególnie mocno zaangażowała się wówczas w te działania młodzież z Klubu Inteligencji Katolickiej. Natomiast większy problem był z robotnikami z Radomia – z uwagi na jego oddalenie od Warszawy. 

Czytaj także: Rząd chce wydać miliardy na wzmocnienie granicy bagnami. Poseł Kaleta mocno – to idiotyzm

– I co zrobiliście?

– Nam zatem „przypadł” w udziale Radom i zaczęły się wyjazdy – jeździliśmy po pracy, a pracowało się wówczas także w soboty. Oczywiście milicja łapała ludzi po drodze, nas jednak wówczas nie znali, byliśmy zakonspirowani, co pozwalało skutecznie działać. Do Radomia jeździła także młodzież z KIK-u, Urszula Sikorska-Kelus, Jacek Kleyff, Agnieszka Lipska, Jan Tomasz Lipski, Konrad Bieliński i wielu innych, których już nie pamiętam. Woziliśmy pieniądze i komunikaty KOR-u i usiłowaliśmy dowiadywać się, kto jeszcze został zamknięty. Pierwsza moja interwencja dotyczyła pana Józefa Szczepanika i od niego z kolei dowiedziałam się o Leopoldzie Gierku, potwornie pobitym młodym mężczyźnie. Pobili go w czerwcu, ja jego plecy widziałam we wrześniu i nadal były całe sine, z popękaną skórą. Milicja ich tak tłukła, że krew się lała po ścianach. Robili „ścieżki zdrowia”, stojąc w dwu szeregach i bijąc pałami z całej siły. Najkrócej mówiąc, chodziło o to, żeby maksymalnie wszystkich spacyfikować, tak, żeby już nie przychodziło ludziom więcej do głowy, żeby sprzeciwiać się władzy ludowej.

Zaufanie robotników 

– Robotnicy i ich rodziny mieli do Państwa zaufanie?

– Ani razu nie zdarzyło nam się, żeby ktoś nas nie przyjął. Przychodziliśmy zawsze pojedynczo, tak aby było jasne, że nie jesteśmy z SB – ci bowiem chodzili zawsze we dwójkę, tak aby jeden drugiego pilnował. Nas nikt nigdy z domu nie wyrzucił. Przeciwnie, żony, matki, siostry uwięzionych dziękowały nam, płakały, przyjmowały nas bardzo serdecznie. Kiedy 23 września 1976 roku utworzył się Komitet Obrony Robotników (KOR) i zaczął wydawać numerowane Komunikaty informujące o naszej działalności, wieści o nas rozchodziły się wśród robotników. Poza tym słyszeli oni w Radiu Wolna Europa o tym, że ich sprawy zostały nagłośnione na Zachodzie. Kiedy wyszedł z wojska Jacek Kuroń, nawiązał natychmiast kontakt z Alikiem Smolarem mieszkającym wówczas w Paryżu. Ten z kolei przekazywał informacje bezpośrednio do Radia Wolna Europa. Było to bardzo ważne, bo ludzie słyszeli swoje nazwiska, wiedzieli, że nie są sami, że ktoś się ich sprawami zajmuje. To dawało pewne poczucie bezpieczeństwa i nadziei. Tak oto zaczęła się nasza działalność. 
 
– Obejmowała ona dostarczanie robotnikom pieniędzy na utrzymanie, przekazywanie na Zachód informacji o ich sprawach, dostarczanie ich rodzinom wsparcia – np. ubrań dla dzieci, a wreszcie pomoc prawną. Jak wyglądała ta ostatnia?

– Prawników gotowych do obrony osób represjonowanych politycznie nie było wtedy przesadnie wielu, adwokaci trochę się obawiali, ponieważ władze mogły ich zwyczajnie pozbawić prawa do wykonywania zawodu, a tym samym do posiadania jakichkolwiek możliwości zarabiania. Był to więc bardzo poważny problem. W pomoc zaangażowali się m.in. Andrzej Grabiński, Witold Lis-Olszewski, Jan Olszewski, Władysław Siła-Nowicki, Stanisław Szczuka, a następnie Piotr Andrzejewski i Jacek Taylor. Pomoc prawna polegała na reprezentowaniu robotników przed sądem, przygotowywaniu odpowiednich dokumentów. Poza tym inne ekipy składające się ze znanych SB ludzi jeździły na rozprawy jako obserwatorzy. Nasi prawnicy osiągnęli sukces, robotnicy z Radomia zostali wypuszczeni na wolność, a my w KOR-ze zachęceni tym osiągnięciem postanowiliśmy rozszerzyć naszą działalność na wszystkich poszkodowanych przez władze, nie tylko robotników. Była to praca trudna, żmudna i mało widowiskowa, a zatem idealna dla mojego męża. Tak powstał KSS-KOR, czyli Komitet Samoobrony Społecznej KOR. Zaczęliśmy wyjeżdżać w różne miejsca naszego kraju i zorientowaliśmy się, że prawo jest łamane nagminnie, że mamy do czynienia z niebywałą brutalnością milicji, że funkcjonariusze mogą szaleć i nikt się tym nie przejmuje. Nawet jeśli kogoś zamordują i rodzina wytoczy sprawę sądową, którą jakimś cudem wygra, to przecież życia to zabitemu człowiekowi nie wróci. Wtedy zastraszano rodzinę, że jeśli zrobi się aferę z zabicia jednego dziecka, to milicjanci pobiją i drugie etc. 

Czytaj także: Znana aktorka, kandydatka Trzeciej Drogi do PE: „PiS to jest choroba”

Cenne doświadczenie 

– Swoje doświadczenie wykorzystali Państwo w Solidarności.

– Tak, kiedy w 1980 roku doszło do strajków w całej Polsce, szybko stało się jasne, że musi powstać komórka zajmująca się represjonowanymi, która będzie tępić patologiczne zachowania milicji i nagłaśniać tego rodzaju przypadki, a także dokumentować je, dowiadywać się, co dzieje się w więzieniach. Cały czas współpracowali z nami adwokaci z okresu działalności KOR-u, reprezentowali oni poszkodowanych przez sądem i nie brali za to pieniędzy. Taka była zresztą wówczas atmosfera w Polsce. To były naprawdę wspaniałe chwile, myśmy po prostu walczyli o wolną Polskę, przy czym nie kłóciliśmy się tak jak teraz, tylko wszyscy uważaliśmy, że trzeba popędzić władzę ludową narzuconą przez Moskwę. Różnice ideowe oczywiście istniały, ale nie umożliwiały nam wspólnego działania. Nie było takich sporów ambicjonalnych jak teraz. Jakieś – rzecz jasna – istniały, ale jedynie jako dodatek. Wspólnota naprawdę istniała, widać ją było między ludźmi, i to nas uskrzydlało, dawało poczucie, że nikt z nas nigdy nie zostanie sam. Organizowaliśmy się w Solidarności regionami, nie branżami – tak było po prostu bezpieczniej, w razie aresztowań można było szybciej dotrzeć z pomocą i szybciej uzyskać konieczne informacje – nie było przecież wówczas telefonów komórkowych. Jeździło się rowerami, rzadziej samochodami, bo niewielu z nas je posiadało. 
 
– Rozumiem, że w swoich interwencjach powoływali się Państwo na prawo PRL-u. Czy sięgali Państwo także prawa międzynarodowego? 

– Tak, Karta Praw Człowieka oczywiście była ciągle wyciągana, a władza ludowa nie mogła udawać, że taki dokument nie istnieje. Problem był jednak nie w samym prawie, nawet PRL-owskim, ale w jego przestrzeganiu. Były stosunki pomiędzy obywatelem a władzą. Ogólnie rzecz ujmując – nie wolno było obalać władzy ludowej, za to się siedziało i już. A co nazywano obalaniem władzy ludowej? To było rozumiane bardzo swobodnie i szeroko.

– W końcu represje dotknęły i Panią, trafiła Pani do więzienia na Rakowieckiej. Co Pani wtedy poczuła?

– Ulgę. Wiem, że to nie jest typowa reakcja na aresztowanie, kobiety zazwyczaj raczej płakały, ja jednak poczułam ulgę, że w końcu się to stało. Spodziewałam się, że za działalność Radia Solidarność przyjdzie mi zapłacić. Kiedy po mnie przyszli, nawet nie próbowałam uciekać. Nie znoszę się ukrywać, żyć w takim napięciu. Lubię działać jawnie, bliska jest mi praca w myśl zasad pozytywistycznych. Nie znaczy to jednak, że więzienie mi się podobało. To było przeżycie traumatyczne – brud, zaduch, mikroskopijny spacerniak, po którym chodziliśmy w kółko, koszmarne jedzenie… Najbardziej doskwierał mi brak widoku jakiejkolwiek zielonej rośliny, wszystko było szare i betonowe. Była też totalna izolacja od jakichkolwiek wiadomości z zewnątrz. Były też elementy tragikomiczne, jak przesłuchujący mnie funkcjonariusz SB, który skarżył mi się na złe warunki pracy i namawiał do tego, żebym po wyjściu na wolność przyjrzała się klepsydrom zmarłych esbeków i zobaczyła, jak młodo odchodzą z tego świata, bo to ciężka praca. Więzienie jednak odchorowałam – stres był tak duży, że wtedy zaczęło się moje bielactwo. 

Zielony Ład

– Jakim doświadczeniem i radą chciałaby się Pani podzielić ze współczesną Solidarnością w dobie strajków przeciwko Zielonemu Ładowi?

– Po pierwsze – życzę powodzenia tym strajkom. Po drugie – radziłabym, żeby Solidarność działała szeroko, porozumiewała się ze wszystkimi związkami, które mają wspólne cele. Prawa pracownicze są łamane w bardzo wielu miejscach, także pole do działania jest ogromne. Po trzecie – żeby pilnie badała przypadki zwalniania ludzi z pracy. Często dotyczy to tych najbardziej aktywnych, dynamicznych, którzy mają odwagę, żeby działać. Gorąco namawiam, żeby w tego rodzaju sytuacjach murem stawał za nimi cały zakład pracy. Wtedy władze nie będą miały wyjścia, nie zwolnią wszystkich. Razem można osiągnąć bardzo wiele, ale musi powrócić prawdziwa, międzyludzka solidarność. Solidarność to słowo klucz.

Kim jest Zofia Romaszewska? 

Irena Zofia Romaszewska, działaczka opozycji niepodległościowej i więzień polityczny PRL. Wraz z mężem Zbigniewem Romaszewskim kierowała Biurem Interwencyjnym KOR. W latach 1980–1981 kierowała pracami Komisji Interwencji i Praworządności Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”. Po roku 1989 angażowała się w wiele inicjatyw patriotycznych i społecznych. Za działalność niepodległościową została odznaczona Orderem Orła Białego. Obecnie jest doradcą prezydenta RP Andrzeja Dudy.
 



 

Polecane