Ukraina nie jest naszym wrogiem, ale ktoś chce, byśmy w to uwierzyli

Zbliżenie polsko-ukraińskie, ufundowane bardziej na wspólnej niechęci wobec Moskwy niż na prawdziwym poczuciu braterstwa i zgody, powoli wchodzi w fazę wyczerpania. Widać to coraz wyraźniej po tym, jak niektórzy gracze na rodzimej scenie partyjnej zaczynają wykorzystywać rosnące antagonizmy między oboma narodami. Polityczny kapitał nienawiści i lęku ma jednak charakter samozwrotny: z jednej strony opiera się na realnych problemach i odzwierciedla nastroje społeczne, z drugiej – nadmiarowo podsyca emocje, żerując na mitach, stereotypach i urojonych teoriach.
Ukraiński żołnierz sfotografowany od tyłu
Ukraiński żołnierz sfotografowany od tyłu / Adobestock / olehslepchenko

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem autora zbliżenie polsko-ukraińskie słabnie, zarówno ze względu na realne problemy, jak i sztuczne podsycanie niechęci w celach osiągnięcia korzyści politycznych i medialnych.
  • Badania pokazują, że antyukraińskie emocje w Polsce są dziś silniejsze niż wrogość Ukraińców wobec Polaków.
  • Podstawowe zarzuty kierowane przez tzw. "ukrainosceptyków" bazują na niezrozumieniu realiów ukraińskich. 

 

Wojna emocji

Zmuszanie kogokolwiek do miłości wobec Ukrainy czy Ukraińców, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie wszystkie nasze interesy są zbieżne – to taktyka przynosząca skutki odwrotne do zamierzonych. Polacy, którzy popierają wsparcie dla Ukrainy, czynią to zwykle z przekonania, że utrzymanie niezależnego państwa ukraińskiego, będącego buforem między Polską a Rosją, leży w naszej racji stanu. Ukraina, nawet słaba i nie w pełni stabilna, spowalnia ekspansję wschodniego mocarstwa, które od stuleci jest dla Polski źródłem zagrożenia. Z drugiej jednak strony trudno oczekiwać, że wszyscy będą odporni na emocje, które jedni politycy cynicznie rozpalają, a inni po prostu w sobie noszą. Dlatego tak ważne jest uczciwe przyjrzenie się punktom spornym i rozróżnienie, które z nich wynikają z realnej sprzeczności interesów, a które z nieporozumień czy propagandowych uproszczeń.

 

Banderyzm

Wołyńskie ludobójstwo na Polakach, niechęć Ukrainy do jednoznacznego rozliczenia się z tym faktem, kult postaci odpowiedzialnych za zbrodnie oraz bulwersujące protesty ukraińskiego MSZ przeciw nazywaniu tych wydarzeń po imieniu – wszystko to w oczach większości Polaków stanowi bolesny policzek. Trudno się dziwić negatywnym emocjom, zwłaszcza u tych, których rodziny doświadczyły tamtych tragedii osobiście. W tak fundamentalnej kwestii nie wolno akceptować relatywizowania win.

Nie jest jednak zdradą pamięci o ofiarach próba zrozumienia, jak współcześni Ukraińcy postrzegają OUN-UPA i ich „bohaterów”. Warto w tym miejscu przyjąć dwa zdroworozsądkowe założenia. Po pierwsze – współcześni Ukraińcy w zdecydowanej większości nie żyją historią. Są zglobalizowani kulturowo i prywatnie zajmują ich podobne sprawy, co każde inne społeczeństwo europejskie. Fryzjerka czy manicurzystka, która uciekła do Polski przed wojną, nie ma w domu ołtarzyka ze Stepanem Banderą. Interesuje ją raczej los rodziny, praca, codzienność, nie zaś badanie dziejów sprzed osiemdziesięciu lat. Nie jest szowinistką, lecz osobą pragnącą żyć spokojnie, w dostatku, na podobnym poziomie jak jej rówieśniczki z Zachodu.

Po drugie – nawet dla tych Ukraińców, którzy darzą OUN-UPA pewnym szacunkiem, nie oznacza to poparcia dla antypolskich zbrodni. W ich oczach Bandera czy Szuchewycz to raczej symbole walki o niepodległość niż sprawcy masowych mordów na Polakach, które w tamtejszej narracji się pomija. To symbolika, która (z braku lepszego wspólnego mitu narodowego) wypełnia pustkę po dziesięcioleciach sowieckiej dominacji i staje się niezbędna jako źródło mocy do przetrwania narodu. Z naszej perspektywy w tych postaciach widzimy przede wszystkim zbrodnie, oni natomiast opór wobec Moskwy i walkę o wolność.

 

Co zrobić? 

W antyukraińskiej propagandzie ten kontekst całkowicie się pomija. Zestawia się zdjęcia pomników UPA z obrazami ofiar Wołynia, tworząc wrażenie, że współczesny Ukrainiec tylko czeka, by powtórzyć tamte zbrodnie. To wręcz absurdalny zarzut wobec milionów zwykłych ludzi, którzy dziś marzą wyłącznie o świętym spokoju. Czy to oznacza, że Polacy nie powinni protestować przeciw kultowi Bandery? Oczywiście, że powinni. Pamięć o ofiarach Wołynia to obowiązek, a sprawcy muszą zostać nazwani po imieniu. Ale równie ważne jest, by nie mylić kultu symbolicznego i jego niepodległościowej percepcji przez naród ukraiński z realną wrogością wobec Polski.

 

Kto tu kogo "nienawidzi"?

Jednym z najstarszych i najbardziej skutecznych sposobów wzbudzania niechęci (zwłaszcza dla politycznej korzyści) jest wmawianie społeczeństwu, że to „tamci drudzy” nas nienawidzą. Taka narracja ma prosty mechanizm – pozwala oczyścić własne sumienie. Bo o ile przyznać się do własnej nienawiści jest trudno – szczególnie w kulturze, która potępia ją jako emocję prymitywną – o tyle łatwiej uwierzyć, że to my tylko się „bronimy”. Wówczas agresja nabiera pozoru moralnego uzasadnienia.

Tymczasem badania pokazują, że w relacji polsko-ukraińskiej to Polacy częściej żywią niechęć do Ukraińców niż odwrotnie. Według badań CBOS aż 38% Polaków deklaruje niechęć wobec Ukraińców, podczas gdy wg Centrum Mieroszewskiego wśród Ukraińców negatywny stosunek do Polaków wyraża zaledwie 5%. To diametralna różnica. Owszem, w ostatnich latach nastroje na Ukrainie również nieco się ochłodziły: z powodu zmęczenia wojną, sporów o eksport zboża czy sporadycznych napięć dyplomatycznych. Ale charakter tej zmiany jest inny: z sympatii na neutralność, nie na wrogość. Innymi słowy, wdzięczność za polską pomoc okazała się dla Ukraińców czymś w rodzaju amortyzatora – czynnika, który osłabił spadek pozytywnych emocji. Polacy takiego mechanizmu nie mieli.

 

Racjonalizacja niechęci

To zróżnicowanie nastrojów potwierdzają także preferencje polityczne. Na Ukrainie ugrupowania posługujące się niekiedy antypolską retoryką znajdują się na granicy progu wyborczego, a partie jawnie radykalne mieszczą się w granicach błędu statystycznego. W Polsce natomiast formacje budujące swój przekaz na niechęci wobec Ukrainy: jak Konfederacja i partia Grzegorza Brauna mają poparcie wielokrotnie wyższe niż ich ukraińskie odpowiedniki.

Z tego zestawienia wyłania się obraz, który trudno zignorować: jeśli w tej relacji istnieje więcej emocji niechęci, to jest ona głównie po stronie Polaków. A jednak w debacie publicznej wciąż dominuje przekonanie, że to „oni nas nienawidzą”, że „oni nas lekceważą” albo „plują nam w twarz”. Warto więc zadać sobie pytanie, czy to nie przypadkiem my padamy ofiarą własnego mechanizmu obronnego: psychologicznej racjonalizacji nienawiści. Bo łatwiej jest wierzyć, że to druga strona kieruje się złymi intencjami, niż przyznać, że źródłem wrogości może być lęk, frustracja czy znużenie. Tak rodzi się błędne koło emocji: im bardziej wierzymy, że jesteśmy znienawidzeni, tym bardziej sami zaczynamy nienawidzić. I tym trudniej później wrócić do rozmowy o wspólnych interesach, które przecież nadal istnieją.

 

Wroga polityka

Nie ulega wątpliwości, że kraj znajdujący się pod groźbą zniewolenia, a nawet fizycznej anihilacji, chwyta się każdego dostępnego środka, by przetrwać. W historii świata nie było państwa, które w obliczu zagłady kierowało się „szlachetnością”, jeśli ceną za to byłoby własne unicestwienie. Ukraina, walcząc o życie, próbowała w początkowej fazie wojny przenieść część napięcia poza swoje granice z czysto militarnej kalkulacji, by odciążyć własny front i osłabić agresora. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, trudno byłoby oczekiwać, że Polska czy jakikolwiek inny kraj w podobnych warunkach postąpiłby inaczej.

Rolą państw NATO jest w takiej sytuacji zachować zimną krew i nie dać się wciągnąć w eskalację. I to zostało jasno i wielokrotnie zakomunikowane stronie ukraińskiej. Próby te, choć niepokojące w pierwszej fazie konfliktu, należy traktować więc nie jako akt wrogości wobec Polski, lecz jako przejaw twardej polityki: tego samego „realizmu”, którego domagają się dziś od naszych przywódców „ukrainosceptycy”. Rozlanie się wojny rzeczywiście byłoby Ukrainie na rękę, ale żywienie do niej o to pretensji byłoby naiwnością. Warto też zauważyć, że owe próby dawno już ustały.

Naiwne oburzenie

Podobnie wygląda kwestia chwilowego zbliżenia Wołodymyra Zełenskiego z Niemcami. Przekonanie, że ukraińscy politycy w obliczu zagrożenia ich bytu państwowego mieliby zrezygnować z orientowania się na silniejszego partnera tylko z wdzięczności do Polski, jest przejawem tej samej dziecinnej naiwności. W sytuacji egzystencjalnego zagrożenia obowiązują inne reguły niż w warunkach pokoju. Wtedy wszystko ulega przewartościowaniu: z elegancją i kurtuazją z konieczności ustępuje instynktowi przetrwania. Wymaganie od Ukrainy naszych standardów dyplomatycznej ogłady, gdy ona walczy o biologiczne istnienie, jest więc kompletnym nieporozumieniem. Czy musi się nam to podobać? Oczywiście nie. Ale oburzać się na taki pragmatyzm to właśnie ulegać emocjonalności, z której wyśmiewają się ci sami „realistyczni” komentatorzy.

 

Wrogość jako kapitał

Podtrzymywanie, a często wręcz rozniecanie niechęci do Ukrainy staje się dziś zbyt atrakcyjnym kapitałem, by oczekiwać, że partie czy medialni influencerzy łatwo z niego zrezygnują. Warto jednak postawić sobie pytanie: czy w tej kalkulacji nie ginie gdzieś zasadniczy polski interes: osłabienie rosyjskiego imperium i inwestycja w nasze własne bezpieczeństwo? Jeśli tak, to znaczy, że resentyment lub żądza partykularnego zysku zaczyna przeważać nad politycznym rozsądkiem. A przecież umieszczanie bezpieczeństwa Polski niżej niż własne wyniki sondażowe czy liczby wyświetleń na YouTubie trudno uznać za postawę godną polskiego patrioty. Cóż, nawet jeśli niektórzy zdają sobie z tego sprawę, to mechanizm samooszustwa potrafi działać bezbłędnie – z czasem zaczynają wierzyć w to, co im się opłaca. Ale to już zwykła intelektualna nieuczciwość.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]


 

POLECANE
Biały Dom: Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji CPAC z ostatniej chwili
Biały Dom: Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji CPAC

Prezydent USA Donald Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji środowisk konserwatywnych CPAC w Teksasie – przekazał w środę Biały Dom. Oznacza to, że Trump nie spotka się w Dallas z prezydentem RP Karolem Nawrockim, który w sobotę wystąpi na konferencji.

Samuel Pereira: Ten proces, to Wasz proces, Koalicjo Obywatelska tylko u nas
Samuel Pereira: Ten proces, to Wasz proces, Koalicjo Obywatelska

Mężczyzna spotykał się z dziewczynkami pod pretekstem badań nad wadami postawy. Miał im kazać się rozbierać, dotykać je oraz fotografować. Twierdził, że zdjęcia są po prostu elementem dokumentacji medycznej. Śledczy zajęli się sprawą po tym, jak matka jednej z ofiar złożyła zawiadomienie. Szefa złotowskiej Platformy Obywatelskiej i działacza sportowego Piotra P. zatrzymano pod zarzutem pedofilii 1 grudnia 2023 roku.

Copa-Cogeca: Ustępstwa poczynione przez KE wobec Australii są nie do przyjęcia z ostatniej chwili
Copa-Cogeca: Ustępstwa poczynione przez KE wobec Australii są nie do przyjęcia

„Ogłoszenie zawarcia umowy o wolnym handlu między UE a Australią w Canberze przez przewodniczącą Komisji Europejskiej von der Leyen i premiera Australii Albanese budzi liczne i poważne obawy dotyczące europejskiego rolnictwa, które jest wyraźnie i po raz kolejny kartą przetargową strategii UE mającej na celu zabezpieczenie szerszych celów handlowych i politycznych” – stwierdzają Copa-Cogeca.

Uzależniła się od mediów internetowych. Meta i YouTube mają jej wypłacić 3 mln dol. z ostatniej chwili
Uzależniła się od mediów internetowych. Meta i YouTube mają jej wypłacić 3 mln dol.

Ława przysięgłych w sądzie w Los Angeles uznała, że Meta i YouTube są odpowiedzialne za szkody dla zdrowia psychicznego 20-letniej kobiety, która oskarżyła je o przyczynienie się do uzależnienia, kiedy była dzieckiem. Firmy mają wypłacić kobiecie 3 mln dol. odszkodowania.

Biały Dom: Trump rozpęta piekło, jeśli Iran nie zawrze porozumienia z ostatniej chwili
Biały Dom: Trump "rozpęta piekło", jeśli Iran nie zawrze porozumienia

– Jeśli Iran nie zawrze porozumienia i nie zrozumie, że został pokonany, prezydent Donald Trump gotowy jest rozpętać piekło – zapowiedziała rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt. Potwierdziła, że doniesienia o 15-punktowej propozycji USA są tylko częściowo prawdziwe.

Warszawa przegrała konkurs na siedzibę Urzędu Celnego UE z ostatniej chwili
Warszawa przegrała konkurs na siedzibę Urzędu Celnego UE

W środę Parlament Europejski i Rada UE podjęły decyzję o utworzeniu przyszłego Urzędu Celnego UE w Lille we Francji. O lokalizację unijnej instytucji ubiegała się Warszawa.

Nawrocki odpowiedział Tuskowi zdjęciem. W sieci zawrzało z ostatniej chwili
Nawrocki odpowiedział Tuskowi zdjęciem. W sieci zawrzało

Węgry zapowiadają zakręcanie kurka z gazem dla Ukrainy. Donald Tusk postanowił powiązać tę decyzję z niedawną wizytą Karola Nawrockiego na Węgrzech. Polski prezydent odpowiedział mu zdjęciem.

Sławomir Nowak złożył zawiadomienie na prokuratora, który wcześniej stawiał mu zarzuty z ostatniej chwili
Sławomir Nowak złożył zawiadomienie na prokuratora, który wcześniej stawiał mu zarzuty

Jak poinformował TVN24, Sławomir Nowak złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia serii przestępstw przez prokuratora Jana Drelewskiego, który prowadził śledztwa przeciwko niemu.

ZUS wydał pilny komunikat z ostatniej chwili
ZUS wydał pilny komunikat

ZUS zapowiada poradnik dla kobiet w ciąży i uruchamia specjalny adres mailowy dla przyszłych mam. Instytucja podkreśla też, że nadal prowadzi kontrole zgodnie z obowiązującymi przepisami.

ONZ: Konflikt USA i Izraela z Iranem wymyka się spod kontroli z ostatniej chwili
ONZ: Konflikt USA i Izraela z Iranem wymyka się spod kontroli

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres oświadczył w środę, że konflikt na Bliskim Wschodzie wymyka się spod kontroli i może się rozwinąć w jeszcze większą wojnę. Wezwał też USA i Izrael do zakończenia tego konfliktu zbrojnego, a Iran - do zaprzestania ataków na inne kraje.

REKLAMA

Ukraina nie jest naszym wrogiem, ale ktoś chce, byśmy w to uwierzyli

Zbliżenie polsko-ukraińskie, ufundowane bardziej na wspólnej niechęci wobec Moskwy niż na prawdziwym poczuciu braterstwa i zgody, powoli wchodzi w fazę wyczerpania. Widać to coraz wyraźniej po tym, jak niektórzy gracze na rodzimej scenie partyjnej zaczynają wykorzystywać rosnące antagonizmy między oboma narodami. Polityczny kapitał nienawiści i lęku ma jednak charakter samozwrotny: z jednej strony opiera się na realnych problemach i odzwierciedla nastroje społeczne, z drugiej – nadmiarowo podsyca emocje, żerując na mitach, stereotypach i urojonych teoriach.
Ukraiński żołnierz sfotografowany od tyłu
Ukraiński żołnierz sfotografowany od tyłu / Adobestock / olehslepchenko

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem autora zbliżenie polsko-ukraińskie słabnie, zarówno ze względu na realne problemy, jak i sztuczne podsycanie niechęci w celach osiągnięcia korzyści politycznych i medialnych.
  • Badania pokazują, że antyukraińskie emocje w Polsce są dziś silniejsze niż wrogość Ukraińców wobec Polaków.
  • Podstawowe zarzuty kierowane przez tzw. "ukrainosceptyków" bazują na niezrozumieniu realiów ukraińskich. 

 

Wojna emocji

Zmuszanie kogokolwiek do miłości wobec Ukrainy czy Ukraińców, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie wszystkie nasze interesy są zbieżne – to taktyka przynosząca skutki odwrotne do zamierzonych. Polacy, którzy popierają wsparcie dla Ukrainy, czynią to zwykle z przekonania, że utrzymanie niezależnego państwa ukraińskiego, będącego buforem między Polską a Rosją, leży w naszej racji stanu. Ukraina, nawet słaba i nie w pełni stabilna, spowalnia ekspansję wschodniego mocarstwa, które od stuleci jest dla Polski źródłem zagrożenia. Z drugiej jednak strony trudno oczekiwać, że wszyscy będą odporni na emocje, które jedni politycy cynicznie rozpalają, a inni po prostu w sobie noszą. Dlatego tak ważne jest uczciwe przyjrzenie się punktom spornym i rozróżnienie, które z nich wynikają z realnej sprzeczności interesów, a które z nieporozumień czy propagandowych uproszczeń.

 

Banderyzm

Wołyńskie ludobójstwo na Polakach, niechęć Ukrainy do jednoznacznego rozliczenia się z tym faktem, kult postaci odpowiedzialnych za zbrodnie oraz bulwersujące protesty ukraińskiego MSZ przeciw nazywaniu tych wydarzeń po imieniu – wszystko to w oczach większości Polaków stanowi bolesny policzek. Trudno się dziwić negatywnym emocjom, zwłaszcza u tych, których rodziny doświadczyły tamtych tragedii osobiście. W tak fundamentalnej kwestii nie wolno akceptować relatywizowania win.

Nie jest jednak zdradą pamięci o ofiarach próba zrozumienia, jak współcześni Ukraińcy postrzegają OUN-UPA i ich „bohaterów”. Warto w tym miejscu przyjąć dwa zdroworozsądkowe założenia. Po pierwsze – współcześni Ukraińcy w zdecydowanej większości nie żyją historią. Są zglobalizowani kulturowo i prywatnie zajmują ich podobne sprawy, co każde inne społeczeństwo europejskie. Fryzjerka czy manicurzystka, która uciekła do Polski przed wojną, nie ma w domu ołtarzyka ze Stepanem Banderą. Interesuje ją raczej los rodziny, praca, codzienność, nie zaś badanie dziejów sprzed osiemdziesięciu lat. Nie jest szowinistką, lecz osobą pragnącą żyć spokojnie, w dostatku, na podobnym poziomie jak jej rówieśniczki z Zachodu.

Po drugie – nawet dla tych Ukraińców, którzy darzą OUN-UPA pewnym szacunkiem, nie oznacza to poparcia dla antypolskich zbrodni. W ich oczach Bandera czy Szuchewycz to raczej symbole walki o niepodległość niż sprawcy masowych mordów na Polakach, które w tamtejszej narracji się pomija. To symbolika, która (z braku lepszego wspólnego mitu narodowego) wypełnia pustkę po dziesięcioleciach sowieckiej dominacji i staje się niezbędna jako źródło mocy do przetrwania narodu. Z naszej perspektywy w tych postaciach widzimy przede wszystkim zbrodnie, oni natomiast opór wobec Moskwy i walkę o wolność.

 

Co zrobić? 

W antyukraińskiej propagandzie ten kontekst całkowicie się pomija. Zestawia się zdjęcia pomników UPA z obrazami ofiar Wołynia, tworząc wrażenie, że współczesny Ukrainiec tylko czeka, by powtórzyć tamte zbrodnie. To wręcz absurdalny zarzut wobec milionów zwykłych ludzi, którzy dziś marzą wyłącznie o świętym spokoju. Czy to oznacza, że Polacy nie powinni protestować przeciw kultowi Bandery? Oczywiście, że powinni. Pamięć o ofiarach Wołynia to obowiązek, a sprawcy muszą zostać nazwani po imieniu. Ale równie ważne jest, by nie mylić kultu symbolicznego i jego niepodległościowej percepcji przez naród ukraiński z realną wrogością wobec Polski.

 

Kto tu kogo "nienawidzi"?

Jednym z najstarszych i najbardziej skutecznych sposobów wzbudzania niechęci (zwłaszcza dla politycznej korzyści) jest wmawianie społeczeństwu, że to „tamci drudzy” nas nienawidzą. Taka narracja ma prosty mechanizm – pozwala oczyścić własne sumienie. Bo o ile przyznać się do własnej nienawiści jest trudno – szczególnie w kulturze, która potępia ją jako emocję prymitywną – o tyle łatwiej uwierzyć, że to my tylko się „bronimy”. Wówczas agresja nabiera pozoru moralnego uzasadnienia.

Tymczasem badania pokazują, że w relacji polsko-ukraińskiej to Polacy częściej żywią niechęć do Ukraińców niż odwrotnie. Według badań CBOS aż 38% Polaków deklaruje niechęć wobec Ukraińców, podczas gdy wg Centrum Mieroszewskiego wśród Ukraińców negatywny stosunek do Polaków wyraża zaledwie 5%. To diametralna różnica. Owszem, w ostatnich latach nastroje na Ukrainie również nieco się ochłodziły: z powodu zmęczenia wojną, sporów o eksport zboża czy sporadycznych napięć dyplomatycznych. Ale charakter tej zmiany jest inny: z sympatii na neutralność, nie na wrogość. Innymi słowy, wdzięczność za polską pomoc okazała się dla Ukraińców czymś w rodzaju amortyzatora – czynnika, który osłabił spadek pozytywnych emocji. Polacy takiego mechanizmu nie mieli.

 

Racjonalizacja niechęci

To zróżnicowanie nastrojów potwierdzają także preferencje polityczne. Na Ukrainie ugrupowania posługujące się niekiedy antypolską retoryką znajdują się na granicy progu wyborczego, a partie jawnie radykalne mieszczą się w granicach błędu statystycznego. W Polsce natomiast formacje budujące swój przekaz na niechęci wobec Ukrainy: jak Konfederacja i partia Grzegorza Brauna mają poparcie wielokrotnie wyższe niż ich ukraińskie odpowiedniki.

Z tego zestawienia wyłania się obraz, który trudno zignorować: jeśli w tej relacji istnieje więcej emocji niechęci, to jest ona głównie po stronie Polaków. A jednak w debacie publicznej wciąż dominuje przekonanie, że to „oni nas nienawidzą”, że „oni nas lekceważą” albo „plują nam w twarz”. Warto więc zadać sobie pytanie, czy to nie przypadkiem my padamy ofiarą własnego mechanizmu obronnego: psychologicznej racjonalizacji nienawiści. Bo łatwiej jest wierzyć, że to druga strona kieruje się złymi intencjami, niż przyznać, że źródłem wrogości może być lęk, frustracja czy znużenie. Tak rodzi się błędne koło emocji: im bardziej wierzymy, że jesteśmy znienawidzeni, tym bardziej sami zaczynamy nienawidzić. I tym trudniej później wrócić do rozmowy o wspólnych interesach, które przecież nadal istnieją.

 

Wroga polityka

Nie ulega wątpliwości, że kraj znajdujący się pod groźbą zniewolenia, a nawet fizycznej anihilacji, chwyta się każdego dostępnego środka, by przetrwać. W historii świata nie było państwa, które w obliczu zagłady kierowało się „szlachetnością”, jeśli ceną za to byłoby własne unicestwienie. Ukraina, walcząc o życie, próbowała w początkowej fazie wojny przenieść część napięcia poza swoje granice z czysto militarnej kalkulacji, by odciążyć własny front i osłabić agresora. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, trudno byłoby oczekiwać, że Polska czy jakikolwiek inny kraj w podobnych warunkach postąpiłby inaczej.

Rolą państw NATO jest w takiej sytuacji zachować zimną krew i nie dać się wciągnąć w eskalację. I to zostało jasno i wielokrotnie zakomunikowane stronie ukraińskiej. Próby te, choć niepokojące w pierwszej fazie konfliktu, należy traktować więc nie jako akt wrogości wobec Polski, lecz jako przejaw twardej polityki: tego samego „realizmu”, którego domagają się dziś od naszych przywódców „ukrainosceptycy”. Rozlanie się wojny rzeczywiście byłoby Ukrainie na rękę, ale żywienie do niej o to pretensji byłoby naiwnością. Warto też zauważyć, że owe próby dawno już ustały.

Naiwne oburzenie

Podobnie wygląda kwestia chwilowego zbliżenia Wołodymyra Zełenskiego z Niemcami. Przekonanie, że ukraińscy politycy w obliczu zagrożenia ich bytu państwowego mieliby zrezygnować z orientowania się na silniejszego partnera tylko z wdzięczności do Polski, jest przejawem tej samej dziecinnej naiwności. W sytuacji egzystencjalnego zagrożenia obowiązują inne reguły niż w warunkach pokoju. Wtedy wszystko ulega przewartościowaniu: z elegancją i kurtuazją z konieczności ustępuje instynktowi przetrwania. Wymaganie od Ukrainy naszych standardów dyplomatycznej ogłady, gdy ona walczy o biologiczne istnienie, jest więc kompletnym nieporozumieniem. Czy musi się nam to podobać? Oczywiście nie. Ale oburzać się na taki pragmatyzm to właśnie ulegać emocjonalności, z której wyśmiewają się ci sami „realistyczni” komentatorzy.

 

Wrogość jako kapitał

Podtrzymywanie, a często wręcz rozniecanie niechęci do Ukrainy staje się dziś zbyt atrakcyjnym kapitałem, by oczekiwać, że partie czy medialni influencerzy łatwo z niego zrezygnują. Warto jednak postawić sobie pytanie: czy w tej kalkulacji nie ginie gdzieś zasadniczy polski interes: osłabienie rosyjskiego imperium i inwestycja w nasze własne bezpieczeństwo? Jeśli tak, to znaczy, że resentyment lub żądza partykularnego zysku zaczyna przeważać nad politycznym rozsądkiem. A przecież umieszczanie bezpieczeństwa Polski niżej niż własne wyniki sondażowe czy liczby wyświetleń na YouTubie trudno uznać za postawę godną polskiego patrioty. Cóż, nawet jeśli niektórzy zdają sobie z tego sprawę, to mechanizm samooszustwa potrafi działać bezbłędnie – z czasem zaczynają wierzyć w to, co im się opłaca. Ale to już zwykła intelektualna nieuczciwość.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]



 

Polecane