Podpięci pod awans. Jak polscy artyści zostali politycznym zapleczem władzy
Co musisz wiedzieć:
- Tekst opisuje drogę środowisk twórczych od poczucia ekonomicznego wykluczenia po 1989 roku, przez identyfikację z prekariatem, aż po próby wywalczenia zabezpieczeń socjalnych i strajk.
- Autorka wskazuje, że po 2023 r. znaczna część kulturalno-inteligenckiego środowiska poparła obóz Donalda Tuska, jednocześnie ostro atakując Karola Nawrockiego i ignorując kontrowersje wokół rządu.
- Główna teza brzmi, że poprzez granty, stypendia i rozbudowę instytucji kultury władza stworzyła nową, zależną od państwowych środków elitę, która awansowała do establishmentu i dziś broni własnego statusu.
Za pierwszego Tuska strajkowali, manifestowali środowiskową solidarność, skakali Platformie Obywatelskiej do gardła za odebranie 50% kosztów uzyskania przychodu. Zmienili front za rządów PiS – bo wtedy przegrany obóz uruchomił wszelkie socjotechniczne mechanizmy, by inteligencji, ludziom kultury i sztuki wdrukować nienawiść oraz pogardę do prawicy. Po wyborach w 2023 r. polscy „europejczycy” odtrąbili zwycięstwo. Jednocześnie pozostali ślepi i głusi na wszelkie przewały, łamanie prawa i inne „nierządy” rządu.
Teraz w zwartym szyku plują na prezydenta Karola Nawrockiego oraz jego rodzinę. To też konsoliduje. Wszyscy znają inbę z wywiadem, którego niedawno udzieliła Marta Nawrocka w TVN24. Dziennikarka z „GW” stała się trybuną (trybunem?) salonów, stwierdzając, że Pałac Prezydencki to za „wysokie progi” dla państwa Nawrockich. Za tym klasistowskim komentarzem czają się kompleksy – przecież lwia część kulturalnego światka uformowanego w III RP pochodzi z małych miasteczek lub z blokowisk.
- Gen. Wroński: Niemcy budują parasol dla siebie
- Nie żyje 23-letni polski żołnierz. Służby badają sprawę
- Ważny komunikat dla mieszkańców Torunia
- Komunikat dla mieszkańców woj. wielkopolskiego
- PKO BP wydał pilny komunikat
- Burza po niedzielnej „Familiadzie”. Widzowie podzieleni
- Marcin Bąk: Zajdel miał rację. Niestety...
- Weber mówi o wspólnej unijnej armii. "Musimy być gotowi na to, że Kaczyński wróci do władzy"
Neoliberalna bieda
Po przełomie 1989 r. twórcy III RP poczuli się źle. Dotyczyło to zwłaszcza autorów sztuk wizualnych oraz działających w tym sektorze kuratorów i krytyków. Dookoła społeczeństwo zaczęło się bogacić, legalnie bądź dzięki lukom prawnym. Artyści takich możliwości nie mieli. Dotarło do nich, że brak im kasy, prestiżu i uwagi tak ze strony szerokiej publiczności, jak i władz. Słowem, bezpowrotnie utracili uprzywilejowaną pozycję, jaką mieli w PRL-u i utrzymali w dobie karnawału Solidarności, a nawet w dekadzie po stanie wojennym, kiedy „wypadało” bojkotować publiczne instytucje. W kapitalistycznej Polsce stracił sens inteligencki etos poświęcania się misji, idei czy realizowaniu powołania. Po wejściu Polski do UE pewną nadzieję dawały buńczuczne zapowiedzi, że wreszcie „włączamy się w światowy krwiobieg kultury”. Jednak rychło okazało się, że dotyczy to garstki wybrańców.
Pozostałych twórców zepchnięto na margines. Na własnej skórze odczuli negatywne strony neoliberalnej transformacji, której wcześniej doświadczyły zachodnie społeczeństwa. W 2012 Kuba Szreder, krytyk sztuki, konstatował:
„Jej piewcy [neoliberalnej polityki – przyp. M.M.], szermując hasłami ekonomicznej racjonalności, krok po kroku zdołali podporządkować społeczeństwa interesom najbogatszych, właścicieli i zarządców kapitału. Procesy te doprowadziły do koncentracji bogactwa na skalę globalną, rozmontowania systemów zabezpieczeń społecznych, zubożenia klasy średniej i szerszych warstw społecznych, w tym większości samych artystów, chociaż niewielka część z nich dzięki globalnej akumulacji bogactwa osiąga niebotyczne dochody”.
Próby solidarności
W pierwszej potransformacyjnej dekadzie ratunkiem dla absolwentów Akademii Sztuk Pięknych było załapanie się na belferkę. Tę możliwość dawały powstające jak grzyby po deszczu niepubliczne szkoły artystyczne, które tak jak uczelnie państwowe oferowały studia licencjackie, magisterskie i podyplomowe. Stało się normą wśród magistrów i doktorów sztuki prowadzenie zajęć w kilku szkołach jednocześnie, nawet daleko od miejsca zamieszkania. Z naborem kandydatów nie było problemu, do studiowania sztuki rwały się rzesze „utalentowanych”, którzy nie bardzo wiedzieli, gdzie i jak zakotwiczyć w kapitalistycznym świecie. Po tych wszystkich studiach, licencjatach i kursach wychodziły rokrocznie setki młodych ludzi aspirujących do roli artystów. Podobnie okupowane były kierunki kulturoznawcze, studia menedżerów kultury, zarządzania kulturą, krytyków sztuki, edukatorów sztuki itp., itd.
Tymczasem wolny rynek jeszcze nie stworzył odpowiedniej liczby miejsc pracy. Całe zastępy młodych freelancerów żyły w stanie frustracji i poczuciu ryzyka ekonomicznego. I oto w 2009 r. powstało Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej, z inicjatywy artystów, krytyków sztuki i kuratorów w celu „osiągnięcia wpływu na potrzebne środowisku zmiany prawne i instytucjonalne, które pozwoliłyby na właściwy rozwój tej dziedziny kultury”. Wtedy też pojawiła się koncepcja wywalczenia od MKiDN praw pracowniczych dla artystów – czyli pensji, emerytur i ubezpieczeń zdrowotnych. Założenia OFSW były piękne, demokratyczne i kompletnie nie przystające do realiów. Organizacja (ostatecznie zarejestrowana w KRS jako stowarzyszenie w kwietniu 2023 r., jeszcze za rządów PiS) postulowała m.in.
„działania na rzecz równości w polu sztuki oraz przeciwdziałanie wszelkim wykluczeniom; działania na rzecz budowania solidarności środowiskowej; działania na rzecz integracji środowisk twórczych”.
Był sobie prekariat
W 2011 r. ukazała się książka Guya Standinga „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa” i wtedy twórcy zrozumieli, że zaliczają się do tej grupy. Zauważyli też, że są wykorzystywani przez polityków dla wykreowania pozytywnego wizerunku naszego kraju za granicą, co szczególnie stało się widoczne podczas polskiej prezydencji w UE i „polskich sezonów” organizowanych w różnych krajach Europy. Nie było to miłe dla osób z wybujałym ego, a takowe posiada większość artystów. Był jednakże jeden plus: przedstawiciele twórczych profesji poczuli solidarność z wieloma innymi ludźmi w Polsce bez stabilnego zatrudnienia, bez szans na emerytury, urlopy czy zwolnienia chorobowe. Dotyczyło to m.in. większości dziennikarzy zarówno w mediach prywatnych, jak i publicznych. Mediaworkerzy i twórcy trzymali wtedy sztamę, bo połączyła ich wspólna frustracja.
Dzięki mediom o prekariacie zrobiło się głośno. Pisano o tym, mówiono, organizowano dyskusje. Tylko że społeczeństwo niewiele sobie z tego robiło. Biedniejsza część narodu w ogóle nie interesowała się sytuacją wolnych zawodów. Zamożniejsi, jeśli chcieli zamanifestować zainteresowanie kulturą, uczestniczyli w aukcjach, chodzili na premiery do teatru i do opery oraz na spektakle działającego od 2012 r. kabaretu Pożar w Burdelu. Żeby wykrzyczeć swoje pretensje do rządu, ludzie sztuki postanowili zastrajkować.
Strajkujemy!
I oto 24 maja 2012 r. ogłoszono w Polsce „Dzień bez sztuki”. Motorem akcji było przywołane powyżej Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej. Zainicjowany przez nie strajk polegał na jednodniowym zamknięciu około 100 muzeów i galerii w całym kraju. W porywie solidarności z twórcami także niektóre instytucje kultury pozostawały tego dnia zamknięte. W „Gazecie Strajkowej”, wydanej z okazji wydarzenia, apelowano do rządu o podjęcie z twórcami rozmowy.
„Żądamy rozpoczęcia prac nad stworzeniem takiego systemu, który nie wyrzucałby artystów poza nawias społeczeństwa!”.
A dalej:
„Za ich sytuację socjalną nikt nie czuje się odpowiedzialny. W Polsce nie ma żadnych rozwiązań systemowych, uwzględniających specyfikę zawodu artysty”.
Jak na razie nie widać skutków, choć co jakiś czas podejmowane są negocjacje w celu poprawy warunków socjalnych twórców. Tylko najpierw trzeba ustalić, kto pod tę definicję podpada. Po latach wałkowania tematu oszacowano, że środowisko artystyczne w Polsce liczy około 60 tysięcy osób. Niecały miesiąc temu, 22 stycznia br., ministra kultury Marta Cienkowska przedstawiła w Sejmie RP projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów zawodowych oraz pracowników sektora kultury i sektora kreatywnego. A choć prace nad legislacją zabezpieczenia socjalnego twórców rozpoczęło PiS, sami zainteresowani chętnie o tym zapomną. Bo „elity” odrzucają wszystko, co kojarzy się z prawicą.
Zmiana wektorów
To była długa operacja, ale uwieńczona sukcesem: potransformacyjny kulturalno-inteligencki prekariat poczuł się establishmentem. Proces odbywał się wieloetapowo. Krok pierwszy: skaptowanie nowych sił. A więc – transfer młodych z małych ośrodków do wielkich miast. Ich kariery przypominają te z czasów socu, kiedy ludowa władza ułatwiała „ludziom pracy” zdobycie wykształcenia, następnie obsadzając nimi zakłady prace, uczelnie, media. Dzięki temu proletariusze pasowani na inteligentów pozostawali komunie wdzięczni za awans. Współczesne lewicowe władze zastosowały podobną technikę. Nowa inteligencja humanistyczna jest w swej masie pierwszym pokoleniem z wyższym (?) wykształceniem. Zdobywano je po transformacji, na kierunkach nieistniejących w PRL-u, wprowadzonych do uczelnianego repertuaru wraz z nową ideologią i aspiracjami doszlusowania do Europy. Zresztą, nie wszyscy studiowali, niektórym wystarczał licencjat, a choćby i kursy online.
Początkowo „młodzi wykształceni” czuli się wygrani: rodzina pomagała im wyrwać się z prowincji, zamieszkać w wielkich miastach, gdzie poczuli się światowcami, a jako tacy zrywali „kompromitujące” ich kontakty z rodzimą tradycją. Do pełnej satysfakcji brakowało im społecznego prestiżu. Tu zaczyna się drugi etap mentalnej operacji: stworzenie miejsc pracy dla młodych, którzy skończyli studia na kierunkach raczej zbędnych w turbokapitalizmie. Do nich zaliczali się m.in. specjaliści od kultury i sztuki, a także zastępy niewiele potrafiących artystów. Kulturalno-artystycznemu prekariatowi na początku dano ochłapy – staże lub zajęcia dorywcze wokół kultury. Jednak lewicowo-liberalne władze wiedziały, że aby panować nad tym sektorem, trzeba dorzucić do pieca. Toteż utworzono dziesiątki nowych budżetowych instytucji kultury, w których znajdowali zatrudnienie ci, o których pisałam powyżej.
Pozytywne rezultaty dał też rozbudowany system stypendiów, grantów i innych subsydiów. Poprawa materialnych warunków to był trzeci etap procesu pozyskiwania młodej oraz w średnim wieku artystycznej „elity”. W rezultacie mamy grupę, którą cechuje niesamodzielność myślowa, instynkt stadny tudzież strach przed ewentualną anatemą w razie podejrzenia o prawicowe sympatie. Toteż nie dziwmy się, że nikt z tego środowiska nie stanie w obronie kogokolwiek z rodziny Nawrockich.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




