Solidarność przez duże „S” nie wzięła się z próżni społecznej

Co musisz wiedzieć:
- Solidarność przez duże „S” nie wzięła się z próżni społecznej, nie była ideą przeszczepioną z zewnątrz, to organiczna część polskiej mentalności, której papież Jan Paweł II nadał kształt polityczny i którą wyniósł na światowe salony.
- „Być dobrym – to żyć dla szczęścia innych, mieć serce szerokie w swej dobroci”.
- Miłość społeczna, poczucie wspólnoty losu i brania odpowiedzialności za współrodaków to fenomen w Polsce XIX wieku nabierający w pewnych okresach cechy ruchu masowego.
Idea solidarności jest w chrześcijaństwie doświadczeniem mocno eksponowanym od samego początku istnienia Kościoła, szczególnie wyraźnie widać jej siłę, gdy postawi się obok niej inną wartość wskazaną przez samego Chrystusa, czyli miłosierdzie (Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią – Mt 5,7). Dla wskazania idei solidarności najczęściej przywołuje się cytat z Listu św. Pawła, który polecał Kościołowi w Galacji: „Jeden drugiego brzemiona noście” (Ga 6,2). Ale już w Kościele jerozolimskim, Kościele pierwotnym, solidarność wyróżniała tę młodą wspólnotę religijną. W Dziejach Apostolskich można przeczytać: „Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je i przynosili pieniądze [uzyskane] ze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby” (Dz 4,34).
Każdemu według potrzeby
Skoro solidarność – choć samo słowo pojawia się dopiero pod koniec XVI wieku we francuskim słowniku – była tak powszechnie znana i praktykowana przez wieki w świecie chrześcijańskim, to można zadać pytanie, dlaczego dopiero pod koniec XX wieku akurat w Polsce idea ta osiągnęła swój szczyt, nabrała swoich cech odrębnych i stała się „towarem eksportowym”? Coś, co było powszechnie znane, dopiero za sprawą wydarzeń w Polsce stało się nagle obiektem zainteresowania zachodnich intelektualistów, polityków i naukowców.
Powstanie i działalność NSZZ „Solidarność” to odpowiedź oczywista. Ale 10 mln ludzi, którzy się do niego zapisali, musiało czuć tę ideę, czuć ją na tyle silnie, że dla niej ryzykowali własną małą stabilizację. W ich mapach mentalnych musiał istnieć jakiś topos, pewien styl myślenia społecznego, religijnego i politycznego przejęty od przodków. Musiał to być ślad na tyle silny, że był uniwersalny i zrozumiały dla wszystkich.
W poszukiwaniach tak silnej identyfikacji z tą wartością warto udać się do XIX wieku i zwrócić uwagę na świętych, błogosławionych i ludzi Kościoła, wielkich społeczników, którzy odnowę moralną narodu, program naprawy społeczeństwa pod zaborami łączyli silnie z ideą pomocniczości, solidarności i troski o warstwy upośledzone lub zagrożone.
Miłość społeczna, poczucie wspólnoty losu i brania odpowiedzialności za współrodaków to fenomen w Polsce XIX wieku nabierający w pewnych okresach cechy ruchu masowego. Działo się tak za sprawą charyzmatycznych zakonników, kapłanów i świeckich porwanych tą ideą. Polscy patrioci i niepodległościowcy okresu PRL, zadając sobie pytanie, co robić w realiach komunistycznego zniewolenia, odnajdywali często metody działania z czasów zaborów i sięgali po wzorce z tamtego okresu.
„Osoba uboga ma wszystko u Boga”
Człowiekiem mającym ogromny wpływ na wprowadzanie idei solidarności w czyn, mimo że nie była ona wtedy tak nazywana, był w XIX wieku warszawski kapucyn o. Honorat Koźmiński, który założył 29 zgromadzeń zakonnych, głównie żeńskich. Wierzył, że Polska się kiedyś odrodzi, ale trzeba się na to przygotować. Dlatego siostry z założonych przez niego zgromadzeń miały za zadanie podnoszenie ludzi z moralnej i materialnej nędzy, ich posługa poświęcona była cierpiącym, zdemoralizowanym, bezrobotnym, bezdomnym, sierotom i ludności wiejskiej. Siła oddziaływania o. Koźmińskiego była tak duża, że matki zabraniały córkom z dobrych domów chodzić do niego do spowiedzi, ponieważ pod wpływem jego nauczania porzucały wszystko, ścinały włosy, zakładały habity i szły na wieś lub do ochronek opiekować się sierotami i biedotą. Takie przynajmniej anegdoty chodziły po Warszawie. Duchowny propagował ideę solidarności, uczulał bogate domy i wpływowe osoby na potrzeby ludzi biednych i wykluczonych. Z jego inicjatyw i inicjatyw jego duchowych córek powstało mnóstwo stowarzyszeń i dzieł realizujących w praktyce proponowaną przez Kościół miłość społeczną. – Osoba uboga ma wszystko u Boga – powtarzał.
Świętym z przełomu XIX i XX wieku szczególnie solidaryzującym się z ludźmi będącymi we wszelkich potrzebach był św. brat Albert Chmielowski. – Powinno się być dobrym jak chleb; powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny – mawiał brat Albert. W tej krótkiej metaforze zawiera się bardzo głęboki sens idei solidarności. Mamy tutaj więź, relację osobistą, ale i relację społeczną, wewnętrzną zgodę, by ten drugi, który potrzebuje, dostał z naszych zasobów. I w końcu wspólny stół, symbol spotkań, bliskości, ale i stołu eucharystycznego, gdzie spożywa się „chleb” z nieba.
Albertyni w swojej regule mają „ratunek natychmiastowy” każdego będącego w potrzebie, a w dalszym celu poprawę stanu materialnego i moralnego „najniższego proletariatu”. Domy pomocy św. brata Alberta funkcjonują do dziś i są miejscami „chwilowego schronienia, stałego przytułku i pracy dla włóczęgów, próżniaków żebrzących i wyrobników bez zajęcia w stałym dążeniu do ich uspołecznienia i umoralnienia”. Solidaryzm brata Alberta z krakowską biedą był radykalny, bezkompromisowy i odważny. Jego boje z magistratem o zauważanie ludzi z marginesu otwierały oczy ówczesnej opinii publicznej na problem wykluczenia społecznego.
Kłopotowski na kłopoty
– Słuchajcie, zawsze powinna być u was ta solidarność i ta natychmiastowa pomoc drugim – mówił bł. ks. Ignacy Kłopotowski. To kolejny wielki społecznik z przełomu XIX i XX wieku, który z solidarności, miłosierdzia i wrażliwości społecznej uczynił opus magnum swojego życia. Sam żartował, że ze względu na swoje nazwisko jest posłany do ludzi, by zaradzać na wszelkie kłopoty.
Ks. Kłopotowski od początku swojej działalności ewangelizacyjnej stawiał na dzieła pomocy i propagowania idei pomocniczości w domenie publicznej. Pisał artykuły wskazujące na konieczność solidaryzowania się Polaków, odwagi w szukaniu więzi z ubogimi i pokrzywdzonymi. „Z serca naszego mają wypływać dobre uczynki. Do ich spełnienia nie potrzeba pełnej kieszeni, lecz przede wszystkim serca pełnego miłości. Miłość bliźniego w myślach zamieńmy na miłość wyrażoną słowami, od tej przejdźmy do czynów i w czynach swą miłość do bliźniego stwierdzajmy” – pisał. Ważnym aspektem jego pojmowania ramach solidarności była walka z patologiami społecznymi, szczególnie z alkoholizmem i rozkładem moralnym dotykającym wtedy społeczeństwo. Z ducha i programu jego nauczania, mocno wspartych na duchowości maryjnej, korzystali potem m.in. kard. August Hlond i kard. Stefan Wyszyński. Kontynuatorkami dzieła ks. Kłopotowskiego są Siostry Loretanki ze zgromadzenia, które założył.
„Apostołem miłosierdzia” był bł. Edmund Bojanowski, świecki ziemian z Wielkopolski. Jan Paweł II podczas Mszy Świętej beatyfikacyjnej, 13 czerwca 1999 r., mówił o nim: – Ten wielkopolski ziemianin, obdarowany przez Boga licznymi talentami i szczególną głębią życia duchowego, mimo wątłego zdrowia z wytrwałością, roztropnością i hojnością serca prowadził i inspirował szeroką działalność na rzecz ludu wiejskiego. Wiedziony pełnym wrażliwości rozeznaniem potrzeb dał początek licznym dziełom wychowawczym, charytatywnym, kulturalnym i religijnym, które wspierały materialnie i moralnie rodzinę wiejską. Pozostając świeckim człowiekiem, założył dobrze w Polsce znane Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanie Poczętej. We wszelkich działaniach kierował się pragnieniem, by wszyscy ludzie stali się uczestnikami odkupienia. Zapisał się w pamięci ludzkiej jako „serdecznie dobry człowiek”, który z miłości do
Boga i do człowieka umiał skutecznie jednoczyć różne środowiska wokół dobra. W swej bogatej działalności daleko wyprzedzał to, co na temat apostolstwa świeckich powiedział Sobór Watykański II. Dał wyjątkowy przykład ofiarnej i mądrej pracy dla człowieka, ojczyzny i Kościoła. Dzieło bł. Edmunda Bojanowskiego kontynuują Siostry Służebniczki, które z całego serca pozdrawiam i dziękuję im za cichą i ofiarną służbę. „I mnie, mój Boże, ciężko, bardzo ciężko, ale wolę ja mieć kłopot, niż pozostawić kogoś w kłopocie” – pisał bł. Edmund Bojanowski.
Papież zawarł piękną definicję solidarności w tej homilii, „umiał skutecznie jednoczyć różne środowiska wokół dobra”. Na podstawie abstrakcyjnej idei błogosławiony tworzył realne więzi międzyludzkie i społeczne.
„Jeszcze Polska nie zginęła, dopóki kochamy”
Kobietą, która miała niemały wpływ na upowszechnianie wyobraźni miłosierdzia i solidarności, była św. Urszula Ledóchowska. Swą wrażliwością na ludzkie ubóstwo potrafiła zarażać zarówno siostry, jak i wychowanki. Mówiła: – Jestem przekonana, że w dzisiejszych czasach ubogim należy oddać nasze najlepsze siły. Myślę, że na sądzie Pan Jezus mnie nie spyta, ile się modliłam, tylko czy karmiłam Go, gdy był głodny.
Św. Urszula Ledóchowska wyrażała swoją solidarność przede wszystkim poprzez edukację, zakładanie szkół i placówek edukacyjnych, gdzie w sposób szczególny troszczono się o dzieci z ubogich rodzin. „Być dobrym – to żyć dla szczęścia innych, mieć serce szerokie w swej dobroci” – powtarzała swoim duchowym córkom. Jej wielkim marzeniem był równy dostęp do edukacji dla wszystkich dzieci.
Dwa cytaty ze świętej wskazują drogę kontynuacji, złotą nić idei solidarności, która dojrzewała w polskim narodzie w minionych dwóch wiekach: „Siła narodu w świętej miłości bliźniego, która łączy serca, spaja dusze i strzeże od waśni i niezgody” oraz „Jeszcze Polska nie zginęła, dopóki kochamy”. Te myśli prowadziły Polaków w latach 80. ubiegłego wieku ku wielkiemu poruszeniu, „rewolucji moralnej”, jaką była Solidarność.
Konkretne wyrazy dzieł miłosierdzia wynikające z solidarności założone przez wymienionych wielkich ludzi Kościoła trwają do dzisiaj. W różnych okresach oddziaływały na duże części polskiego społeczeństwa, kształtując jego świadomość i uwrażliwiając sumienia na ideę solidarności.
Solidarność przez duże „S” nie wzięła się z próżni społecznej, nie była ideą przeszczepioną z zewnątrz, to organiczna część polskiej mentalności, której papież Jan Paweł II nadał kształt polityczny i którą wyniósł na światowe salony.