Dziwny list w obronie kontrowersyjnej książki Rossolińskiego-Liebe przypisującej winę za Holokaust polskim burmistrzom
Co musisz wiedzieć:
- Artykuł dotyczy listu otwartego w obronie książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe, który został opublikowany przez część środowiska akademickiego i wywołał międzynarodową debatę.
- Spór nie koncentruje się wyłącznie na wolności badań naukowych, lecz na sposobie reagowania na merytoryczną krytykę książki, w tym recenzję przygotowaną przez historyka IPN.
- Autor wskazuje, że list obrońców nie odnosi się do konkretnych zarzutów metodologicznych, a zamiast tego buduje narrację o „skoordynowanej nagonce” i presji instytucjonalnej.
- Kluczowym problemem jest definicja „kolaboracji”, która w książce – zdaniem autora artykułu – została rozszerzona w sposób prowadzący do przenoszenia odpowiedzialności za Holokaust na polską administrację lokalną.
Są takie momenty, w których spór naukowy przestaje być sporem o metodę, źródła i wnioski. Zaczyna być sporem o to, kto w ogóle ma prawo zadawać pytania. Kto prowadzi debatę, a kto – pod pozorem obrony standardów – próbuje ją zamknąć. Z taką właśnie sytuacją mamy dziś do czynienia w debacie wokół książki „Polnische Bürgermeister und der Holocaust” (Polscy Burmistrzowie i Holokaust) oraz opublikowanego niedawno listu występujących w obronie jej autora, dr. hab. Grzegorza Rossolińskiego-Liebe.
Wolność prowadzenia badań naukowych oraz dyskusja akademicka są i powinny być immanentnymi cechami demokracji. Czy jednak dyskusja akademicka może odbywać się w oderwaniu od źródeł i merytoryki? Czy wolność prowadzenia badań oznacza, że uzasadnione jest dowolne interpretowanie jednostkowych przypadków tak, aby udowodnić złe intencje całej zbiorowości? I czy istnieją dziś obszary badawcze, które nie powinny podlegać merytorycznej krytyce, bo pewna grupa badaczy rości sobie monopol na prawdę?
Te pytania nie dają mi spokoju przynajmniej od połowy listopada, kiedy zmierzyłem się ze wstępem do przywołanej książki. To liczące ponad 1100 stron dzieło, wydane w 2024 roku, jest jednocześnie pracą habilitacyjną autora i pozostaje dostępne w wolnym dostępie w języku niemieckim. Do dziś nie ukazało się tłumaczenie ani na język polski, ani – o ile mi wiadomo – na angielski.
Kontrowersyjna książka Rossolińskiego-Liebe i jej obrońcy
W ostatnich miesiącach przez polskie media przetoczyła się głośna dyskusja dotycząca tej książki. Głos zabierali publicyści, eksperci i przedstawiciele środowiska naukowego. Kluczowym momentem była jednak naukowa recenzja autorstwa dr. Damiana Sitkiewicza z Instytutu Pamięci Narodowej, opublikowana 26 listopada, która w sposób merytoryczny odnosi się do tez zawartych w książce.
Odpowiedzią na tę krytykę stała się szeroko zakrojona kampania obrony „dobrego imienia” i „warsztatu naukowego” autora, prowadzona przez niego samego oraz grono bliskich mu badaczy, z promotorem habilitacji prof. Janem Grabowskim z Uniwersytetu Ottawy na czele. Oprócz wywiadów w niemieckiej prasie i artykułów w „Gazecie Wyborczej” pojawiło się również wezwanie do niemieckich naukowców, opublikowane 22 grudnia 2025 roku na łamach „Jüdische Allgemeine” pod tytułem „Liebe Kolleginnen und Kollegen, warum schweigt ihr?” (Drogie koleżanki i koledzy, dlaczego milczycie?).
List w obronie Rossolińskiego-Liebe
Niedawno w wybranych kręgach akademickich zaczął krążyć list otwarty zatytułowany „An Open Letter in Defense of Academic Freedom and the Historian Grzegorz Rossolinski-Liebe” (List otwarty w obronie wolności akademickiej i historyka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe). Jego treść, forma oraz lista sygnatariuszy wzbudziły moje zdziwienie, ponieważ w mojej ocenie dokument ten ma niewiele wspólnego zarówno z obroną wolności akademickiej, jak i z rzeczywistą obroną autora. Jest natomiast próbą redefinicji granic dopuszczalnej krytyki oraz wytworzenia wrażenia, że sama krytyka stanowi dowód winy krytykujących.
Już pierwsze zdanie listu ma jasno określony cel:
„My, niżej podpisani, protestujemy przeciwko sponsorowanym przez państwo atakom dyfamacyjnym na niemiecko-polskiego historyka Holokaustu Grzegorza Rossolińskiego-Liebe oraz przeciwko trwającej kampanii zastraszania wymierzonej w uczonych i wolność akademicką w Polsce i w Niemczech.”
Dwa sformułowania – „sponsorowane przez państwo” oraz „kampania zastraszania” – pojawiają się tu bez jakiegokolwiek udokumentowania. Ich funkcją nie jest opis faktów, lecz zbudowanie wrażenia istnienia skoordynowanej akcji, w domyśle prowadzonej przez państwo polskie. W takiej narracji dowody i fakty przestają mieć znaczenie. Liczy się tylko sugestia „nagonki”, która szczególnie silnie oddziałuje na międzynarodowe grono odbiorców. Takie otwarcie pozwala przesunąć spór z poziomu argumentów na poziom moralnej oceny. Jeśli krytyka zostaje nazwana „nagonką”, nie trzeba na nią odpowiadać – wystarczy się przed nią bronić.
Rzekome "ataki ze strony polskiego rządu"
Mechanizm ten zostaje wzmocniony w kolejnym zdaniu listu:
„Po opublikowaniu jego naukowej książki o polskich burmistrzach i Holokauście w Generalnym Gubernatorstwie Grzegorz Rossoliński-Liebe stał się celem skoordynowanych ataków ze strony polskiego rządu, Instytutu Pamięci Narodowej, Ambasady RP w Berlinie, Fundacji Kulskiego, Polskiej Akademii Nauk oraz kilku prawicowych dziennikarzy.”
W jednej linii zestawione zostają podmioty instytucjonalne (nawet rządu, tylko którego? Donalda Tuska?), osoby publiczne oraz media, bez wskazania jakiegokolwiek mechanizmu koordynacji. Agregacja ma wytworzyć wrażenie istnienia systemu. A jeśli istnieje „system”, krytyka automatycznie staje się formą represji.
Jako jeden z dowodów przywoływany jest protest Fundacji Kulskiego wobec użycia wizerunku Juliana Kulskiego, komisarycznego burmistrza Warszawy działającego za zgodą Polskiego Państwa Podziemnego i rządu RP na uchodźstwie. Do rzekomej kampanii włączani są także politycy – w tym obecny Prezydent RP Karol Nawrocki – który, jako ówczesny Prezes IPN, w sposób merytoryczny odniósł się do treści książki, wskazując konkretne cytaty i problemy interpretacyjne. Trudno uznać takie działania za „skoordynowany atak”.
Delegitymizacja IPN
Podobny zabieg delegitymizacji pojawia się w odniesieniu do recenzji IPN:
„W listopadzie 2025 roku Instytut Pamięci Narodowej opublikował 47-stronicową ‘recenzję’ książki, w której powtórzył twierdzenia polskiego prezydenta Nawrockiego i polskich prawicowych środowisk.”
Ujęcie słowa „recenzja” w cudzysłów pozwala unieważnić krytykę bez odnoszenia się do jej treści. Czytelnik listu nie dowiaduje się, jakie zarzuty zostały sformułowane ani czego dokładnie dotyczyły. Podobnie zachowuje się zresztą sam autor, który w wywiadzie dla niemieckiego dziennika Berliner Zeitung pojawiającą się krytykę książki uznał autorytatywnie za „nierzeczową” i „pozbawioną podstaw”, oczywiście w żaden sposób nie odnosząc się do podnoszonych publicznie argumentów.
"Tombiński zastraszył"
List idzie dalej, podnosząc bardzo poważny zarzut:
„Polski ambasador w Berlinie Jan Tombiński zastraszył tymczasem organizatorów spotkania autorskiego w Topografii Terroru, które następnie zostało przez organizatorów odroczone na czas nieokreślony.”
Także i tu nie przedstawiono żadnych faktów, które pozwalałyby ocenić zasadność tego oskarżenia. Słowo „zastraszył” pełni funkcję narracyjną – ma włączyć kolejną instytucję w obraz „systemowego nacisku” i wzmocnić tezę o „sponsorowanych przez państwo atakach”. Osią ataku nie jest konkretny rząd czy środowisko polityczne, lecz Polska jako państwo.
Kwestia kolaboracji
Co znamienne, jedyne odniesienie merytoryczne w całym liście dotyczy pojęcia „kolaboracji”:
„W środowisku akademickim trwa dyskusja nad tym, co stanowi ‘kolaborację’ i jak to pojęcie należy definiować; nie istnieje naukowy konsensus.”
To zdanie pełni funkcję tarczy ochronnej dla kluczowej tezy książki, w której każda forma współpracy cywilnej administracji Generalnego Gubernatorstwa z niemieckim okupantem określana jest mianem „kolaboracji”, bez uwzględnienia przymusu, sankcji czy realiów okupacyjnych. Jeśli administrację cywilną przedstawia się jako „kolaborującą”, łatwiej zasugerować współsprawstwo, a w konsekwencji przesunąć ciężar odpowiedzialności.
To nie jest zatem spór jedynie o semantykę i celowo spośród różnych tez zawartych w książce autorzy listu wybrali tylko ten jeden element. Bo jeśli nie było „kolaboracji”, a jedynie wymuszona współpraca w warunkach okupacyjnych, cała misternie budowana narracja o współsprawstwie, a tym bardziej o wiodącej roli polskich burmistrzów, rozsypuje się jak domek z kart. I to nie na poziomie emocji, tylko na poziomie logiki.
Ten list jest zaprzeczeniem dyskusji akademickiej
Na końcu listu pojawia się apel o rozstrzyganie sporów poprzez dyskusję akademicką, a nie „niepoparte dowodami ataki”. Problem polega na tym, że cały dokument jest zaprzeczeniem takiej dyskusji: delegitymizuje krytyków, buduje obraz systemowej nagonki i nie odnosi się do żadnego z podnoszonych publicznie argumentów metodologicznych, źródłowych czy statystycznych.
Apel okazał się skuteczny – w ciągu niespełna 48 godzin liczba sygnatariuszy wzrosła z około 250 do ponad 330 osób. Pozostaje pytanie, ilu spośród sygnatariuszy zapoznało się z książką i ma świadomość, jak daleko idące tezy są w niej formułowane. Bo list ten nie broni metodologii, warsztatu ani pracy ze źródłami. Broni narracji. Broni prawa do stawiania tez i formułowania oskarżeń bez konieczności mierzenia się z merytoryczną krytyką.
Kto jest winny Holokaustu
Jeśli bowiem kluczową rolę w Holokauście przypisuje się „polskim burmistrzom” będącym częścią administracji Generalnego Gubernatorstwa, to tej samej roli nie mogą jednocześnie odgrywać Niemcy. Tymczasem sam autor wskazuje, że na początku 1944 roku spośród 1512 burmistrzów jedynie 717 było narodowości polskiej, a analiza obejmuje 35 osób z 22 miast, czyli 2,3% całej populacji. Na tej podstawie formułowana jest teza o „jednym z głównych zadań polskich burmistrzów”, jakim miał być Holokaust i wyzysk.
Można twierdzić, że to jedynie „poszerzenie perspektywy”. Praktyka tej debaty pokazuje jednak coś innego: gdy pojawia się krytyka, uruchamiana jest narracja o nagonce, a gdy krytyka dotyczy definicji i proporcji – odpowiedzią staje się hasło „wolność akademicka”.
[Autor - Sebastian Meitz jest ekspertem Instytutu Sobieskiego w zakresie obronności i polityki zagranicznej]




