Konrad Wernicki: Francuzi mają dziwne hobby

Francuzi z jednej strony umiłowali sobie swobody obywatelskie, a z drugiej nie potrafią się oderwać od przekazywania władzy w ręce autokratycznych elit. Te w ich oczach mogą imitować dawnych monarchów, dając ułudę, że Francja dalej jest wielka, wpływowa i wyjątkowa. Przy okazji jest na kim wyżyć społeczne niezadowolenie i frustrację nawiązując do słynnej Rewolucji francuskiej. Prawdziwy sadomasochizm.
Francja kojarzona jest z historią walki o wolność
Francja kojarzona jest z historią walki o wolność / freepik.com

Francja - kraj utożsamiany dziś z dojrzałą demokracją, wyrosłą w ogniu ludowej rewolucji kładącej kres absolutnej władzy monarchów. Najważniejszym elementem formalnym owej rewolucji była słynna Deklaracja Praw człowieka i obywatela. Czy można mieć mocniejsze podstawy do pielęgnowania wartości demokratycznych? To dziedzictwo we Francuzach wciąż jest żywe i daje swój wyraz w powtarzających się protestach politycznych i licznych strajkach pracowniczych. Z drugiej strony zdaje się, społeczeństwo francuskie, może podświadomie, wciąż czuje sentyment do czasów wielkiej Francji z okresu monarchii absolutnej i to tłumaczyłoby, dlaczego wciąż z uporem maniaka daje legitymację do rządzenia elitom, które działają w sposób autokratyczny.

 

Świadomość praw obywatelskich

Francuskie społeczeństwo jak mało które jest świadome swoich praw obywatelskich, wolności wynikającej nawet nie z samej demokracji, ale prawa naturalnego do którego każdy człowiek jest predysponowany. Głęboki opór w niemal każdym Francuzie budzi jakikolwiek zamach na jego dobro, styl życia, status społeczny i ekonomiczny.

 

We Francji drożeje paliwo? Francuzi wychodzą na ulice. Władza podwyższa podatki? Francuzi wychodzą na ulicę. I nie są to pokojowe demonstracje, czy nawet głośne wyrażanie swojego niezadowolenia z prześmiewczymi, czy ostrymi w swojej retoryce hasłami i transparentami. Nie, tam podczas ulicznych protestów ulice dosłownie płoną. Z dymem idą samochody, śmietniki, niszczone są witryny sklepów i wszystko co znajdzie się na drodze niezadowolonego tłumu.

“Francja płonie” - myślimy sobie wszyscy dookoła. Wszak podobne protesty w Polsce niechybnie skończyłyby się wywiezieniem polityków na taczkach z Sejmu. We Francji jednak jest inaczej. Przez kilka dni, a może nawet tygodni francuskie miasta płoną, policja brutalnie pacyfikuje tłum, ten się na chwilę wycofuje, by po chwili znów uderzyć, atakując przy tym francuskie służby porządkowe, znów coś płonie i tak ta niby-rewolucja trwa. Trwa, aż się wypali. Gdy dym się rozejdzie, to polityczne elity i tak zachowają swój status, a plany w ten czy inny mniej inwazyjny sposób zrealizują, a sami Francuzi po wyszumieniu się na ulicach w końcu przechodzą nad tym do porządku dziennego. Ot, rewolucja Schrodingera - jednocześnie jest i jej nie ma.

 

Nieco inaczej sprawy mają się w sytuacjach mniej politycznych, a bardziej pracowniczych. Jeśli Francuzi pretensje mają nie bezpośrednio do klasy politycznej, ale do biznesowej, to są bardzo skuteczni.

 

Dał nam przykład Francuz jak strajkować mamy

Strajki pracownicze we francuskiej rzeczywistości, szczególnie tej wielkomiejskiej, to rzecz bardzo naturalna i powszechna. Paryżanie są przyzwyczajeni, że co jakiś czas metro nie działa, bo pracownicy strajkują, albo że nie będą mogli pojechać pociągiem do innego miasta, bo pracownicy kolei zawiesili swoją pracę na weekend.

 

Francuzi mają przy tym bardzo dużo zrozumienia dla strajkujących pracowników innych branż. Nie oburzają się na niechciane dla nich niedogodności. Rozumieją, że ten sposób wyrażania swojego niezadowolenia i wywierania presji na pracodawcy ma sens, a skoro ci pracownicy muszą się upominać w tak radykalny sposób o swoje prawa, to nie jest ich wina, ale szefostwa, które doprowadziło do takiej sytuacji.

 

W tym aspekcie moglibyśmy się od Francuzów dużo nauczyć, bo ileż to razy widzieliśmy w Polsce pogardliwe zniesmaczenie na protesty górników, pielęgniarek czy nauczycieli?
“Jak tak im źle, to niech zmienią pracę!” - to często komentarze pod newsami dotyczącymi strajków pracowniczych w Polsce. Tak jakbyśmy im zazdrościli, wiedząc, że sami nie jesteśmy w stanie wynegocjować takich podwyżek, jak choćby górnicy, a na strajk generalny nie mamy co liczyć, bo nie przynależymy do związku zawodowego, albo w ogóle jesteśmy zatrudnieni na śmieciówce i nijak nie mamy szansy na podjęcie strajku.

 

A może my jesteśmy zbyt zmęczeni i przepracowani, by angażować się w związki zawodowe czy życie lokalnych społeczności? Jak wynika z badań European Trade Union Institute, Polska jest krajem, w którym pracownicy są jednymi z najmniej skłonnych do strajkowania w całej Unii Europejskiej. Przodują za to Francuzi.

 

W latach 2000-2009 statystycznie na 1000 pracowników w Polsce przypadało kilkanaście dni nieprzepracowanych z powodu strajku. We Francji grubo ponad 100 dni. To samo w Hiszpanii, trochę mniej we Włoszech. Średnia unijna to 53 dni w których nie pracowano z powodu strajku.

 

To nieco smutna konstatacja, że my jako naród “Solidarności” niejako zapomnieliśmy czym jest prawdziwa Solidarność. Wmówiono nam, że w wolnej Polsce każdy odpowiada za siebie i swój los, a związki zawodowe to przeszłość. Zachłysnęliśmy się wolnorynkowym kapitalizmem, co skrzętnie wykorzystali liberałowie, depcząc rynek pracy w poprzednich latach. To się powoli zmienia, na całe szczęście, ale wróćmy do Francji.

 

Francuzi, mimo że bardzo skorzy do wszelkich strajków i protestów, trzymają się raczej z daleka od związków zawodowych. Do nich należy jedynie kilka procent pracującego społeczeństwa. Nie oznacza to jednak, że związki zawodowe nie mają nic do powiedzenia w kraju nad Sekwaną. Wprost przeciwnie. Potrafią porwać tłumy, tak jak to ma miejsce teraz przy okazji próby przepchnięcia reformy emerytalnej dekretem prezydenckim przez Emmanuela Macrona. To centrale związków zawodowych zaplanowały protesty uliczne, za którymi poszli jak w dym potomkowie XVIII wiecznych rewolucjonistów.

 

Możliwe, że postrzeganiem związków zawodowych i polityków przez Francuzów rządzi ten sam modus operandi. Obywatele chcą w nich widzieć elitę i podświadomie być “pod nimi”, by z jednej strony czuć, że to są sfery elitarne, dbające o status Francji i francuskiego obywatela, a z drugiej móc na nich przelać swoje niezadowolenie, gdy coś w państwie pójdzie nie po ich myśli. Takie wygodnictwo.

 

Elity oderwane od obywateli na życzenie obywateli

Francja zbudowała swój dobrobyt na bazie kolonialnego wyzysku i do dzisiaj czerpie z niego profity. Choć czasy kolonialne oficjalnie już minęły, to dawne kolonie francuskie dalej są źródłem profitów, głównie taniej siły roboczej dla francuskiego kapitału.Obywatele Francji bogacili się kosztem biednych i styranych Afrykanów, zachowując przy tym w większości czyste ręce. Tym sposobem “Trójkolorowi” wypracowali niezwykle socjalny model funkcjonowania państwa, zapewniający obywatelom duże wsparcie ekonomiczne przy niewielkich nakładach własnej pracy. Czyniły to za nich polityczne elity i to może tłumaczyć, dlaczego Francuzom odpowiada to, że ich politycy są wręcz odseparowani od zwykłego ludu.

 

Przyjrzyjmy się przez chwilę francuskim politykom. Czy zobaczymy wśród nich ludzi o korzeniach afrykańskich, arabskich? W ostatniej wyborach prezydenckich wszyscy kandydaci to byli Biali, rodowici Francuzi z dziada pradziada. Podobnie wygląda obecny francuski rząd. A jak wyglądają francuskie ulice? Totalne multi-kulti z bardzo dużą reprezentacją osób pochodzenia afrykańskiego, wyznających Islam. I nie chodzi tu o niedawno przybyłych imigrantów z ostatnich lat. We Francji osoby mające swoje korzenie w Afryce czy Bliskim Wschodzie żyją już od pokoleń. To mogłoby sugerować, że są na tyle wtopieni we francuską rzeczywistość, że biorą normalny, równy udział w życiu społecznym, publicznym. Tak jednak nie jest. Kolejne pokolenia ludzi pochodzących z afrykańskich kolonii nie są dopuszczane na polityczne salony. Czyżby postępowa polityka otwarta na różnorodność, miłość i inne modne bonmoty była tylko propagandą mającą na celu zapewniać Francji tanią siłę roboczą?

 

Świat elit nie jest dla nich, a ten rządzi Francją w sposób odstający od tego, jak my postrzegamy demokrację.

 

Elitokracja

W końcu demokracja to z greckiego “rządy ludu”. Władza wybierana przez obywateli winna tak kierować państwem, by spełniać wolę zwykłych ludzi. Patrząc na politykę Francji można odnieść wrażenie, że tamtejsza władza, mimo że wybrana w demokratycznych wyborach, jest opozycją w stosunku do obywateli i wciąż musi się z nimi mierzyć.

 

Najjaskrawszym tego przykładem jest próba przeprowadzenia reformy emerytalnej przez Emmanuela Macrona, która zakłada podwyższenie wieku emerytalnego z 62 do 64 roku życia. Budzi to ogromny sprzeciw wśród Francuzów. Reforma ta nie ma też poparcia we francuskim parlamencie więc Prezydent Francji postanowił wykorzystać swoją mocną prerogatywę i wprowadzić reformę jednostronnym dekretem, pomijając parlament. Nie do pomyślenia w demokratycznym państwie? Nie we Francji.

 

Rewolucja Francuska doprowadziła do skonstruowania pierwszej francuskiej konstytucji, drugiej w Europie (tuż po Polsce), która wprowadziła trójpodział władzy - rzecz fundamentalną dla państwa demokratycznego. Każdy podmiot władzy jest kontrolowany przez inny i tym samym chroni się obywateli przed jednostronnymi, autokratycznymi decyzjami. To co dzieje się we Francji to w istocie pogwałcenie trójpodziału władzy, ale usankcjonowane prawnie, zgodne z ichniejszą konstytucją. Specyficzna demokracja… przepraszam: wyjątkowa.

 

Oni to chyba lubią

Francuzi będą się oburzać, palić samochody, wieszać psy na swoim rządzie i prezydencie, a gdy przyjdzie czas wyborów, ponownie wybiorą takie elity polityczne, które w ciągu kilku lat stracą poparcie społeczne. Te, mimo utraty tej naturalnej legitymacji do pełnienia władzy, dalej będą rządzić, a paryskie ulice znów będą płonąć. I tak to już się kręci od długich lat. Można powiedzieć, że Francuzi zrobili sobie nietypowe hobby z wybierania polityków, którzy potem ich nie słuchają, ale może tak już musi być? Francuzi dalej chcą się czuć wyjątkowo i elitarnie, więc potrzebują elitarnych, zadufanych w sobie polityków, a nie wsłuchanych w głos ludu śmiertelników. Póki co stać ich na taką zabawę, ale pieniędzy płynących z wyzysku ludności postkolonialnej będzie coraz mniej, a ta w końcu może zapukać do bram Pałacu Elizejskiego. Starczy policji?

 


 

POLECANE
Program Orka bez kluczowego uzbrojenia. Rząd rezygnuje z Tomahawków pilne
Program Orka bez kluczowego uzbrojenia. Rząd rezygnuje z Tomahawków

Polska planuje zakup nowych okrętów podwodnych, ale bez pocisków manewrujących. Podczas posiedzenia sejmowych komisji potwierdzono, że w negocjacjach programu Orka nie ma mowy ani o Tomahawkach, ani o przystosowaniu jednostek do takiego uzbrojenia w przyszłości.

Emerytowany nauczyciel dostał z sądu astronomiczny rachunek tylko u nas
Emerytowany nauczyciel dostał z sądu astronomiczny rachunek

Wyobraźcie sobie, że jesteście emerytowanym nauczycielem i byłym członkiem rady szkolnej, który przez lata żył sobie spokojnie w swojej ojczyźnie. Nagle dostajecie rachunek z sądu na 750 tysięcy dolarów (kanadyjskich) – nie za kradzież czy oszustwo, ale za publiczne wypowiedzi na Facebooku i w różnych wywiadach. To nie fikcja, a rzeczywistość Barry'ego Neufelda, 80-letniego mieszkańca Chilliwack w Kolumbii Brytyjskiej (BC).

Minister rolnictwa zostaje. Wotum nieufności nie przeszło z ostatniej chwili
Minister rolnictwa zostaje. Wotum nieufności nie przeszło

Wniosek o odwołanie ministra rolnictwa Stefana Krajewskiego nie uzyskał poparcia większości Sejmu. Za jego odrzuceniem zagłosowało 235 posłów, co oznacza, że szef resortu pozostaje na stanowisku.

Komunikat o wystąpieniu wody z koryta rzeki Wkry Wiadomości
Komunikat o wystąpieniu wody z koryta rzeki Wkry

Dzisiaj około godziny 17 Wody Polskie otrzymały zgłoszenie dot. wystąpienia wody z koryta rzeki Wkry w Błędowie. Przyczyną lokalnego wystąpienia wody z koryta jest zator lodowy czołowy zlokalizowany poniżej miejscowości.

Sąd nie zgodził się na areszt prezydenta Częstochowy. W tle zarzuty o korupcję z ostatniej chwili
Sąd nie zgodził się na areszt prezydenta Częstochowy. W tle zarzuty o korupcję

Prezydent Częstochowy Krzysztof M. usłyszał dzisiaj dwa zarzuty dotyczące przyjmowania korzyści majątkowych. Mimo wniosku prokuratury o trzymiesięczny areszt, sąd nie przychylił się do tego żądania.

Turyści w Barcelonie zapłacą więcej. Nowa decyzja lewicy Wiadomości
Turyści w Barcelonie zapłacą więcej. Nowa decyzja lewicy

Od 1 kwietnia pobyt w Barcelonie stanie się wyraźnie droższy. Regionalny parlament Katalonii zatwierdził podwyżkę podatku turystycznego do poziomu, który stawia miasto wśród najdroższych w Europie.

Tusk zaczepił Orbana po węgiersku. Dostał szybką ripostę - po niemiecku pilne
Tusk zaczepił Orbana po węgiersku. Dostał szybką ripostę - po niemiecku

Publiczna wymiana zdań między premierami Polski i Węgier pokazała, jak głęboki jest dziś spór między Warszawą a Budapesztem. Viktor Orban odpowiedział Donaldowi Tuskowi jednym zdaniem - i zrobił to w języku niemieckim.

Samochody spoza UE mogą jeździć w Polsce bez przeglądów technicznych Wiadomości
Samochody spoza UE mogą jeździć w Polsce bez przeglądów technicznych

Przez lata zagraniczne samochody mogły poruszać się po polskich drogach bez obowiązkowych badań technicznych. Teraz Ministerstwo Infrastruktury zapowiada zmiany, które mogą objąć kierowców spoza Unii Europejskiej.

Niemcy chcą być suwerenne tylko u nas
Niemcy chcą być suwerenne

Cyfrowa suwerenność stała się jednym z kluczowych haseł niemieckiej polityki. Kanclerz Friedrich Merz zapowiada ograniczanie technologicznych zależności, a eksperci z Deutsche Gesellschaft für Auswärtige Politik ostrzegają przed strategiczną podatnością Europy na USA i Chiny. O co naprawdę chodzi w sporze o kontrolę nad danymi i infrastrukturą cyfrową?

Pilny komunikat dla klientów PKO BP Wiadomości
Pilny komunikat dla klientów PKO BP

PKO BP poinformował o utrudnieniach w korzystaniu z części swoich usług elektronicznych. Bank zapewnia, że karty płatnicze działają bez zakłóceń i trwają prace nad usunięciem problemu.

REKLAMA

Konrad Wernicki: Francuzi mają dziwne hobby

Francuzi z jednej strony umiłowali sobie swobody obywatelskie, a z drugiej nie potrafią się oderwać od przekazywania władzy w ręce autokratycznych elit. Te w ich oczach mogą imitować dawnych monarchów, dając ułudę, że Francja dalej jest wielka, wpływowa i wyjątkowa. Przy okazji jest na kim wyżyć społeczne niezadowolenie i frustrację nawiązując do słynnej Rewolucji francuskiej. Prawdziwy sadomasochizm.
Francja kojarzona jest z historią walki o wolność
Francja kojarzona jest z historią walki o wolność / freepik.com

Francja - kraj utożsamiany dziś z dojrzałą demokracją, wyrosłą w ogniu ludowej rewolucji kładącej kres absolutnej władzy monarchów. Najważniejszym elementem formalnym owej rewolucji była słynna Deklaracja Praw człowieka i obywatela. Czy można mieć mocniejsze podstawy do pielęgnowania wartości demokratycznych? To dziedzictwo we Francuzach wciąż jest żywe i daje swój wyraz w powtarzających się protestach politycznych i licznych strajkach pracowniczych. Z drugiej strony zdaje się, społeczeństwo francuskie, może podświadomie, wciąż czuje sentyment do czasów wielkiej Francji z okresu monarchii absolutnej i to tłumaczyłoby, dlaczego wciąż z uporem maniaka daje legitymację do rządzenia elitom, które działają w sposób autokratyczny.

 

Świadomość praw obywatelskich

Francuskie społeczeństwo jak mało które jest świadome swoich praw obywatelskich, wolności wynikającej nawet nie z samej demokracji, ale prawa naturalnego do którego każdy człowiek jest predysponowany. Głęboki opór w niemal każdym Francuzie budzi jakikolwiek zamach na jego dobro, styl życia, status społeczny i ekonomiczny.

 

We Francji drożeje paliwo? Francuzi wychodzą na ulice. Władza podwyższa podatki? Francuzi wychodzą na ulicę. I nie są to pokojowe demonstracje, czy nawet głośne wyrażanie swojego niezadowolenia z prześmiewczymi, czy ostrymi w swojej retoryce hasłami i transparentami. Nie, tam podczas ulicznych protestów ulice dosłownie płoną. Z dymem idą samochody, śmietniki, niszczone są witryny sklepów i wszystko co znajdzie się na drodze niezadowolonego tłumu.

“Francja płonie” - myślimy sobie wszyscy dookoła. Wszak podobne protesty w Polsce niechybnie skończyłyby się wywiezieniem polityków na taczkach z Sejmu. We Francji jednak jest inaczej. Przez kilka dni, a może nawet tygodni francuskie miasta płoną, policja brutalnie pacyfikuje tłum, ten się na chwilę wycofuje, by po chwili znów uderzyć, atakując przy tym francuskie służby porządkowe, znów coś płonie i tak ta niby-rewolucja trwa. Trwa, aż się wypali. Gdy dym się rozejdzie, to polityczne elity i tak zachowają swój status, a plany w ten czy inny mniej inwazyjny sposób zrealizują, a sami Francuzi po wyszumieniu się na ulicach w końcu przechodzą nad tym do porządku dziennego. Ot, rewolucja Schrodingera - jednocześnie jest i jej nie ma.

 

Nieco inaczej sprawy mają się w sytuacjach mniej politycznych, a bardziej pracowniczych. Jeśli Francuzi pretensje mają nie bezpośrednio do klasy politycznej, ale do biznesowej, to są bardzo skuteczni.

 

Dał nam przykład Francuz jak strajkować mamy

Strajki pracownicze we francuskiej rzeczywistości, szczególnie tej wielkomiejskiej, to rzecz bardzo naturalna i powszechna. Paryżanie są przyzwyczajeni, że co jakiś czas metro nie działa, bo pracownicy strajkują, albo że nie będą mogli pojechać pociągiem do innego miasta, bo pracownicy kolei zawiesili swoją pracę na weekend.

 

Francuzi mają przy tym bardzo dużo zrozumienia dla strajkujących pracowników innych branż. Nie oburzają się na niechciane dla nich niedogodności. Rozumieją, że ten sposób wyrażania swojego niezadowolenia i wywierania presji na pracodawcy ma sens, a skoro ci pracownicy muszą się upominać w tak radykalny sposób o swoje prawa, to nie jest ich wina, ale szefostwa, które doprowadziło do takiej sytuacji.

 

W tym aspekcie moglibyśmy się od Francuzów dużo nauczyć, bo ileż to razy widzieliśmy w Polsce pogardliwe zniesmaczenie na protesty górników, pielęgniarek czy nauczycieli?
“Jak tak im źle, to niech zmienią pracę!” - to często komentarze pod newsami dotyczącymi strajków pracowniczych w Polsce. Tak jakbyśmy im zazdrościli, wiedząc, że sami nie jesteśmy w stanie wynegocjować takich podwyżek, jak choćby górnicy, a na strajk generalny nie mamy co liczyć, bo nie przynależymy do związku zawodowego, albo w ogóle jesteśmy zatrudnieni na śmieciówce i nijak nie mamy szansy na podjęcie strajku.

 

A może my jesteśmy zbyt zmęczeni i przepracowani, by angażować się w związki zawodowe czy życie lokalnych społeczności? Jak wynika z badań European Trade Union Institute, Polska jest krajem, w którym pracownicy są jednymi z najmniej skłonnych do strajkowania w całej Unii Europejskiej. Przodują za to Francuzi.

 

W latach 2000-2009 statystycznie na 1000 pracowników w Polsce przypadało kilkanaście dni nieprzepracowanych z powodu strajku. We Francji grubo ponad 100 dni. To samo w Hiszpanii, trochę mniej we Włoszech. Średnia unijna to 53 dni w których nie pracowano z powodu strajku.

 

To nieco smutna konstatacja, że my jako naród “Solidarności” niejako zapomnieliśmy czym jest prawdziwa Solidarność. Wmówiono nam, że w wolnej Polsce każdy odpowiada za siebie i swój los, a związki zawodowe to przeszłość. Zachłysnęliśmy się wolnorynkowym kapitalizmem, co skrzętnie wykorzystali liberałowie, depcząc rynek pracy w poprzednich latach. To się powoli zmienia, na całe szczęście, ale wróćmy do Francji.

 

Francuzi, mimo że bardzo skorzy do wszelkich strajków i protestów, trzymają się raczej z daleka od związków zawodowych. Do nich należy jedynie kilka procent pracującego społeczeństwa. Nie oznacza to jednak, że związki zawodowe nie mają nic do powiedzenia w kraju nad Sekwaną. Wprost przeciwnie. Potrafią porwać tłumy, tak jak to ma miejsce teraz przy okazji próby przepchnięcia reformy emerytalnej dekretem prezydenckim przez Emmanuela Macrona. To centrale związków zawodowych zaplanowały protesty uliczne, za którymi poszli jak w dym potomkowie XVIII wiecznych rewolucjonistów.

 

Możliwe, że postrzeganiem związków zawodowych i polityków przez Francuzów rządzi ten sam modus operandi. Obywatele chcą w nich widzieć elitę i podświadomie być “pod nimi”, by z jednej strony czuć, że to są sfery elitarne, dbające o status Francji i francuskiego obywatela, a z drugiej móc na nich przelać swoje niezadowolenie, gdy coś w państwie pójdzie nie po ich myśli. Takie wygodnictwo.

 

Elity oderwane od obywateli na życzenie obywateli

Francja zbudowała swój dobrobyt na bazie kolonialnego wyzysku i do dzisiaj czerpie z niego profity. Choć czasy kolonialne oficjalnie już minęły, to dawne kolonie francuskie dalej są źródłem profitów, głównie taniej siły roboczej dla francuskiego kapitału.Obywatele Francji bogacili się kosztem biednych i styranych Afrykanów, zachowując przy tym w większości czyste ręce. Tym sposobem “Trójkolorowi” wypracowali niezwykle socjalny model funkcjonowania państwa, zapewniający obywatelom duże wsparcie ekonomiczne przy niewielkich nakładach własnej pracy. Czyniły to za nich polityczne elity i to może tłumaczyć, dlaczego Francuzom odpowiada to, że ich politycy są wręcz odseparowani od zwykłego ludu.

 

Przyjrzyjmy się przez chwilę francuskim politykom. Czy zobaczymy wśród nich ludzi o korzeniach afrykańskich, arabskich? W ostatniej wyborach prezydenckich wszyscy kandydaci to byli Biali, rodowici Francuzi z dziada pradziada. Podobnie wygląda obecny francuski rząd. A jak wyglądają francuskie ulice? Totalne multi-kulti z bardzo dużą reprezentacją osób pochodzenia afrykańskiego, wyznających Islam. I nie chodzi tu o niedawno przybyłych imigrantów z ostatnich lat. We Francji osoby mające swoje korzenie w Afryce czy Bliskim Wschodzie żyją już od pokoleń. To mogłoby sugerować, że są na tyle wtopieni we francuską rzeczywistość, że biorą normalny, równy udział w życiu społecznym, publicznym. Tak jednak nie jest. Kolejne pokolenia ludzi pochodzących z afrykańskich kolonii nie są dopuszczane na polityczne salony. Czyżby postępowa polityka otwarta na różnorodność, miłość i inne modne bonmoty była tylko propagandą mającą na celu zapewniać Francji tanią siłę roboczą?

 

Świat elit nie jest dla nich, a ten rządzi Francją w sposób odstający od tego, jak my postrzegamy demokrację.

 

Elitokracja

W końcu demokracja to z greckiego “rządy ludu”. Władza wybierana przez obywateli winna tak kierować państwem, by spełniać wolę zwykłych ludzi. Patrząc na politykę Francji można odnieść wrażenie, że tamtejsza władza, mimo że wybrana w demokratycznych wyborach, jest opozycją w stosunku do obywateli i wciąż musi się z nimi mierzyć.

 

Najjaskrawszym tego przykładem jest próba przeprowadzenia reformy emerytalnej przez Emmanuela Macrona, która zakłada podwyższenie wieku emerytalnego z 62 do 64 roku życia. Budzi to ogromny sprzeciw wśród Francuzów. Reforma ta nie ma też poparcia we francuskim parlamencie więc Prezydent Francji postanowił wykorzystać swoją mocną prerogatywę i wprowadzić reformę jednostronnym dekretem, pomijając parlament. Nie do pomyślenia w demokratycznym państwie? Nie we Francji.

 

Rewolucja Francuska doprowadziła do skonstruowania pierwszej francuskiej konstytucji, drugiej w Europie (tuż po Polsce), która wprowadziła trójpodział władzy - rzecz fundamentalną dla państwa demokratycznego. Każdy podmiot władzy jest kontrolowany przez inny i tym samym chroni się obywateli przed jednostronnymi, autokratycznymi decyzjami. To co dzieje się we Francji to w istocie pogwałcenie trójpodziału władzy, ale usankcjonowane prawnie, zgodne z ichniejszą konstytucją. Specyficzna demokracja… przepraszam: wyjątkowa.

 

Oni to chyba lubią

Francuzi będą się oburzać, palić samochody, wieszać psy na swoim rządzie i prezydencie, a gdy przyjdzie czas wyborów, ponownie wybiorą takie elity polityczne, które w ciągu kilku lat stracą poparcie społeczne. Te, mimo utraty tej naturalnej legitymacji do pełnienia władzy, dalej będą rządzić, a paryskie ulice znów będą płonąć. I tak to już się kręci od długich lat. Można powiedzieć, że Francuzi zrobili sobie nietypowe hobby z wybierania polityków, którzy potem ich nie słuchają, ale może tak już musi być? Francuzi dalej chcą się czuć wyjątkowo i elitarnie, więc potrzebują elitarnych, zadufanych w sobie polityków, a nie wsłuchanych w głos ludu śmiertelników. Póki co stać ich na taką zabawę, ale pieniędzy płynących z wyzysku ludności postkolonialnej będzie coraz mniej, a ta w końcu może zapukać do bram Pałacu Elizejskiego. Starczy policji?

 



 

Polecane