Politykę klimatyczną zamienić na politykę energetyczną
Co musisz wiedzieć
- System ETS podnosi koszty energii i produkcji w Europie, wpływając bezpośrednio na ceny dla obywateli
- Europa powinna skupić się na suwerenności energetycznej, a nie wyłącznie na redukcji emisji CO₂
- Doradcy Prezydenta RP proponują konkretne reformy ETS
- Zmiany mają ograniczyć spekulacje, ustabilizować ceny i ochronić przemysł oraz gospodarstwa domowe
Trudno nie odnieść wrażenia, że Unia Europejska, zamiast budować siłę, konsekwentnie osłabia potencjał Europy. System ETS, który w teorii miał być narzędziem redukcji emisji, w praktyce stał się podatkiem nakładanym na własną gospodarkę. I to podatkiem szczególnym, bo jego wysokość nie wynika z demokratycznej decyzji, lecz z mechanizmów rynkowych podatnych na spekulację. Unia Europejska postanowiła karać państwa członkowskie i ich przedsiębiorstwa za emisje gazów cieplarnianych, by te jak najszybciej przeszły transformację energetyczną. Nie tędy droga. Taka terapia szokowa za pomocą kija sprawia, że przemysł z Europy ucieka. Unia powinna zadbać w pierwszej kolejności o suwerenność energetyczną, a kwestie emisji zostawić na marginesie swojej polityki.
Europa musi być niezależna
Bezpieczeństwo energetyczne nie jest już kwestią wyboru, lecz przetrwania. Jeśli Europa chce być silna, musi odejść od myślenia w kategoriach abstrakcyjnych celów klimatycznych i zastąpić je czymś znacznie bardziej konkretnym – polityką suwerenności energetycznej. To oznacza prostą, choć dla niektórych niewygodną prawdę: potrzebujemy miksu opartego na atomie, odnawialnych źródłach energii oraz - tam, gdzie to możliwe - własnych surowcach. Węgiel, gaz, biomasa - kto co ma!
Nie chodzi o negowanie transformacji energetycznej. Chodzi o jej racjonalizację i działanie zgodne z interesami oraz potencjałem państw narodowych. Europa już raz zapłaciła wysoką cenę za nadmierną zależność od rosyjskich surowców. Teraz wpływa na nią wojna na Bliskim Wschodzie. Dlatego transformacja powinna polegać na uniezależnieniu się od importowanych paliw, a nie na cięciu emisji CO2, które w globalnym rozrachunku niewiele znaczą.
Całkowite odejście od ETS w obecnej konstelacji politycznej wewnątrz UE wydaje się mało realne, ale jego głęboka reforma – już tak. I co ważniejsze, konieczna. Propozycje przygotowane przez doradców Prezydenta RP Karola Nawrockiego pokazują, że można system ETS uczynić mniej szkodliwym dla europejskich gospodarek i obywateli UE, w tym Polski.
Pałac Prezydencki proponuje reformę ETS
Na tle ogólnej krytyki obecnego systemu ETS, wyróżniają się konkretne propozycje Pałacu Prezydenckiego. Ich wartość polega na tym, że nie są one jedynie publicystycznym sprzeciwem wobec ETS, lecz konkretnymi rozwiązaniami zaprezentowanymi podczas konferencji przez Wandę Buk i Karola Rabendę. Te mają ograniczyć koszty społeczne, nie rezygnując całkowicie z mechanizmu transformacyjnego.
Punktem wyjścia jest diagnoza, że największym problemem systemu nie jest sama idea wyceny emisji, lecz jej oderwanie od realiów gospodarczych. Stąd propozycja wprowadzenia tzw. opłaty zastępczej. W praktyce oznaczałoby to stworzenie alternatywy wobec zakupu uprawnień na niestabilnym rynku – przedsiębiorca mógłby zamiast tego wnieść przewidywalną opłatę do budżetu państwa. Kluczowe jest tu słowo „przewidywalną”, bo właśnie brak stabilności cenowej jest dziś jednym z głównych czynników podnoszących koszty energii i produkcji w Europie.
Drugim elementem jest zmiana logiki działania mechanizmu stabilizacyjnego. Obecny system reaguje na ilość uprawnień w obiegu, a nie na ich cenę, co prowadzi do sytuacji paradoksalnych – ceny rosną, a mechanizm pozostaje bierny. Proponowany limit cenowy CO₂ odwraca tę logikę: w momencie przekroczenia określonego progu na rynek trafiałyby dodatkowe uprawnienia, co działałoby jak bezpiecznik chroniący gospodarkę przed szokami.
Nie mniej istotna jest kwestia spekulacji. Dzisiejszy rynek ETS w dużej mierze przestał być narzędziem polityki klimatycznej, a stał się polem gry instytucji finansowych. Eksperci proponują więc ograniczenie dostępu do systemu dla podmiotów, które nie mają związku z realną emisją. To próba przywrócenia ETS jego pierwotnej funkcji – narzędzia regulacyjnego, a nie instrumentu inwestycyjnego.
Kolejnym postulatem jest utrzymanie bezpłatnych uprawnień dla przemysłu energochłonnego. Ich stopniowe wycofywanie, uzasadniane wprowadzeniem mechanizmu granicznego, w praktyce może prowadzić do ucieczki produkcji poza Unię Europejską. Problem polega na tym, że globalna konkurencja nie funkcjonuje według tych samych zasad, a europejskie firmy zaczynają przegrywać nie dlatego, że są mniej efektywne, lecz dlatego, że działają w bardziej kosztownym systemie regulacyjnym.
Najbardziej zdecydowanym postulatem pozostaje rezygnacja z rozszerzenia systemu na nowe sektory, czyli tzw. ETS2. Wprowadzenie go oznaczałoby przeniesienie kosztów transformacji bezpośrednio na obywateli – poprzez wyższe ceny paliw i ogrzewania. W ocenie autorów propozycji byłby to krok nie tylko społecznie bolesny, ale również politycznie ryzykowny, mogący podważyć poparcie dla całej transformacji energetycznej.
W sumie mamy więc do czynienia z próbą przesunięcia ciężaru polityki klimatycznej: z niekontrolowanego rynku na bardziej przewidywalne i politycznie odpowiedzialne mechanizmy.
Suwerenność energetyczna Europy
Europa stoi dziś przed wyborem: kontynuować kurs, który prowadzi do rosnących kosztów i malejącej konkurencyjności, czy też dokonać zdecydowanej korekty i postawić na bezpieczeństwo, stabilność oraz własne zasoby. To nie jest spór o klimat. To jest spór o przyszłość europejskiej gospodarki i realną niezależność polityczną.



