Nowy Obywatel. 25 lat pod prąd głównego nurtu
Co musisz wiedzieć:
- „Nowy Obywatel” to niezależne pismo lewicowe, które od początku sprzeciwiało się zarówno neoliberalnemu mainstreamowi, jak i konformizmowi innych środowisk lewicy.
- Jego wyjątkowość polega na przekraczaniu ideologicznych podziałów i skupieniu na realnych problemach społecznych.
- Zdaniem autora, mimo ograniczonych zasobów pismo ma zauważalny wpływ na debatę i może odegrać większą rolę w przyszłości.
Koniec XX i początek XXI wieku zdawał się zwiastować długoletnią dominację lewicy w polskiej polityce. Wywodzący się z postkomunistycznej lewicy, bijący rekordy popularności w kraju, Aleksander Kwaśniewski gładko, już w pierwszej turze, wygrał reelekcję na urząd prezydencki w 2000 r., a rok później kierowana przed doświadczonego partyjnego wyjadacza Leszka Millera post-PZPR-owska lewica wygrała wybory parlamentarne. Dziś po tamtej potędze SLD-owskiego obozu pozostały jedynie wspomnienia. Równocześnie koniec poprzedniego i początek obecnego wieku był też okresem powstania wielu ciekawych ośrodków lewicowej myśli i debaty, często zachowujących dystans lub nawet ostry krytycyzm wobec ówczesnych rządów. Wymienienie ich wszystkich byłoby bardzo trudne, więc ograniczę się do najważniejszych z tego okresu. W 2001 r. powstał portal lewica.pl, który postawił sobie za cel tworzenie niezależnej publicystyki i otwarcie na różne środowiska lewicowe.
W 2000 r. ukazał się pierwszy numer periodyku „Forum Klubowe” – lewicowego czasopisma próbującego budować platformę debaty między socjaldemokracją i postsolidarnościową lewicą, krytyczne zarówno wobec rosnącego wówczas w siłę neoliberalizmu, jak i praktyki rządzenia postkomunistycznej lewicy. 2005 to rok założenia Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, będącego jedną z pierwszych poważnych prób stworzenia klasycznego lewicowego think tanku w stylu zachodnim. Wreszcie – w 2002 r. powstała „Krytyka Polityczna”. Środowisko skupione wokół Sławomira Sierakowskiego postawiło przed sobą bardzo ambitny cel działania w postaci wpuszczenia lewicowej narracji do liberalnego mainstreamu, aby w miarę możliwości „wychylać go w lewo” i zrobić z niego partnera do dyskusji w sprawach związanych z lewicową agendą polityczną.
Jednak najciekawsze, w mojej ocenie, środowisko uformowało się w grudniu 2000 r. Wtedy ukazał się pierwszy numer „Obywatela” – ogólnopolskiego czasopisma o tematyce społeczno-polityczno-ekologicznej założonego przez grupę niezależnych publicystów, aktywistów obywatelskich i działaczy ekologicznych. Redaktorem naczelnym od początku był socjolog i społecznik Remigiusz Okraska, a samo pismo, które w 2011 r. zmieniło nazwę na „Nowy Obywatel”, stało się ważnym punktem odniesienia dla wszystkich, dla których idee sprawiedliwości społecznej i solidaryzmu są ważne.
- ZUS wydał pilny komunikat
- Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy
- Warszawa: Ogromny pożar na Białołęce. Kłęby dymu nad miastem
- "Kompromitacja Żurkowców". Sąd zwrócił prokuraturze akt oskarżenia w sprawie Dworczyka
- IMGW wydał nowy komunikat. Oto co nas czeka
- Nie żyje Tadeusz Surdy. Małopolskie władze wydały komunikat
- USA otworzyły archiwa z pełnymi kartotekami członków NSDAP
- Ogromny meteoryt eksplodował nad Ohio. Nagrania obiegły sieć
- Przewodniczący "S" w Solinie dla Tysol.pl: Protest głodowy trwa, morale jest wysokie
Inni od pozostałych
Chciałbym zaznaczyć, że ideą tego tekstu nie jest przedstawienie historii „Nowego Obywatela”, jego redakcji oraz jej wpływu na debatę publiczną. Do tego należałoby przeprowadzić analizę, której rozmiary z pewnością przekraczałyby dostępną tu przestrzeń. Na początek, zamiast tego, spróbuję wyjaśnić, dlaczego dla mnie „Nowy Obywatel” był i pozostał ważnym punktem na ideowej mapie. Przede wszystkim ciekawe już było to, w jaki sposób odróżniał się on od innych metapolitycznych podmiotów funkcjonujących w dyskursie publicznym. Część lewicowych środowisk skupiała się zbytnio na własnej ideowej tożsamości, tworząc konstrukty w stylu „my lewica”, „z lewicowego punktu widzenia” czy „lewicową odpowiedzią powinno być”, co w naturalny sposób powodowało, że nawet jeśli ich dyskusje bywały ciekawe, to pozostawały hermetyczne, skupione na własnej „bańce”, trzymające wszystkich spoza własnej tożsamości za metaforycznymi drzwiami.
Z kolei „Krytyka Polityczna” chcąca „zmienić mainstream” dużo bardziej sama zaczęła się zmieniać pod jego wpływem. Tu z całej masy przykładów pozwolę sobie wymienić dwa. Pierwszy to artykuł autorstwa Jakuba Majmurka pt. „Czy warto umierać za zakaz handlu w niedzielę?” z września 2023 r., w którym autor przekonuje, że lewica nie powinna „umierać” (czyli walczyć z liberalnym mainstreamem) za utrzymanie zakazu handlu w niedziele. Drugi – to tekst autorstwa Michała Sutowskiego z czasów kampanii prezydenckiej 2020 r. pt. „Prezydencki Paryż wart jest konfederackiej mszy”. Autor pisał w nim wprost:
„Co do handlu demokracją i prawami człowieka, dobrze byłoby dziś przyjąć odwrotną perspektywę – że warto zapłacić czysto symboliczną cenę za realną szansę na ukrócenie najbardziej szkodliwych praktyk obecnej władzy”.
Dla idei walki z nielubianą władzą cena w postaci ideowych umizgów do przedstawiciela formacji, którą lewica uważa za największe zagrożenie dla demokracji, stają się nagle już tylko „czysto symboliczną ceną”. To, że ideowe środowisko, które miało przekonywać mainstream do lewicowej agendy, piórem swoich publicystów namawia lewicę do zaniechania walki w obronie zdobyczy polityki społecznej, a liberalne centrum do „taktycznych” zwrotów w prawo, jest aż nazbyt wyrazistym podsumowaniem, gdzie zawędrowała „Krytyka…” wraz ze swoją misją.
Na tym tle „Nowy Obywatel” od początku prezentował się inaczej. Pismo powstało z niezgody na mainstreamową narrację po transformacji, gloryfikującą neoliberalny model polityki gospodarczej i permanentnie ignorującą jej społeczne koszty. Nie zasklepiało się w konkretnie nakreślonej ideowej tożsamości ani też nie próbowało „nawracać” liberalnego centrum, które ostro krytykowało za prowadzenie przez niego polityki sprzyjającej zwiększaniu nierówności i atomizacji społeczeństwa. Zamiast wchodzić do głównej debaty, „Nowy Obywatel” próbował poprzez jednoczenie różnych środowisk (m.in. anarchiści, ekolodzy, działacze społeczni) budować alternatywny ośrodek dyskursu poza mainstreamem. W rezultacie powstało coś bardzo unikalnego na polskiej scenie medialnej.
Szukając tego, co prawdziwe
Mnie w publicystyce „Nowego Obywatela” najbardziej pociągało zainteresowanie rzeczywistością ponad etykietkami. Przekraczali różne „kredowe koła”, bo interesował ich świat i jego zrozumienie, a nie ideologiczne klasyfikacje. W tym sensie tworzyli medium dla ludzi z różnych stron politycznej barykady, których cechą wspólną było poszukiwanie w polityce tego, co w niej prawdziwe. Tego, co wychodzi poza kulturę spektaklu czy związane z nią rytualne nawalanki. Równocześnie łamy „Nowego Obywatela” potrafiły dostarczać ciekawej i nieszablonowej wiedzy eksperckiej – tu warto wspomnieć choćby pogłębione rozmowy z profesor Leokadią Oręziak, profesorem Jerzym Żyżyńskim, czy analizy ekonomisty i historyka Krzysztofa Mroczkowskiego.
Swego czasu to właśnie środowisko „Nowego Obywatela” wypromowało koncept „lewica społeczna”. Nawet jeśli dziś ma już do niego pewien dystans, to w tamtym okresie rozpowszechnienie tego pojęcia odegrało bardzo pozytywną rolę, pokazując, że inna lewica, poza nadreprezentowaną w Sejmie cyniczną aparatczykowską wersją, jest możliwa. Dziś określenia „lewica społeczna” używają ideowi działacze, tacy jak Piotr Ikonowicz czy Jan Śpiewak, więc ciągle jeszcze drzemie w nim jakaś moc. Kto wie? Być może też potencjał na przyszłość? Z kolei pytanie o teraźniejszość „Nowego Obywatela” odeśle nas do mniej optymistycznego fragmentu tego tekstu.
Niechciane sumienie lewicy
W idealnym świecie przywiązanie do idei sprawiedliwości społecznej i związana z tym pryncypialność „Nowego Obywatela” czyniłaby z tego środowiska coś na kształt metapolitycznego „sumienia lewicy”. Pewnego ideowego kompasu, który w sytuacji, gdy życie wymusza czasem chodzenie na skróty, pozwoliłby nie zgubić właściwego kierunku. Jednak dzisiejsza lewica parlamentarna takiego „kompasu” nie chce. Dla Nowej Lewicy najważniejszym celem politycznym jest obecnie dalsza osmoza z obozem liberalnym. Bycie częścią mainstreamu zdaje się być dla polityków tej formacji dużo większym priorytetem od bycia jakąkolwiek lewicą.
Polityków Razem cechuje w tym kontekście większa podmiotowość, ale ciągle nie jest to podmiotowość pełna. Formacja kierowana przez Adriana Zandberga ciągle widzi siebie w roli zbawcy liberalnej demokracji. Kogoś, kto poprzez dokonanie prospołecznej korekty systemu ocali go przed nadciągającym widmem „strasznego prawicowego populizmu”. W tej opowieści Razem samo siebie sytuuje w roli swoistego „sumienia systemu”. A po co sumienie komuś, kto już sam siebie postrzega w tej roli? W tej sytuacji „Nowy Obywatel” pozostaje środowiskiem, które nie może w pełni zrealizować swojego potencjału. Jaka jest więc jego realna siła? Czy jest ona niedoceniana, czy przeceniana? Tu obie odpowiedzi są prawidłowe.
Przeceniany i niedoceniany
Przecenianie realnej siły i wpływu „Nowego Obywatela” na polityczną rzeczywistość często służy za wygodną i poręczą pałkę na to środowisko. W tej narracji robi się ono nagle niezwykle potężne i wpływowe, a wszelkie niepowodzenia lewicy i jej iluzoryczna sprawczość to jedynie prosta pochodna ciągłej krytyki. Karykaturalny przykład tego zjawiska mogliśmy zaobserwować pod koniec kampanii wyborczej 2019 r. W ramach szerszej debaty publicystka „Nowego Obywatela”, a prywatnie żona redaktora naczelnego, Magdalena Okraska opublikowała na łamach „Krytyki Politycznej” tekst pt. „Mam lewicowe poglądy. W niedzielę zagłosuję na PiS”, w którym spokojnie i rzeczowo tłumaczyła swoją decyzję. Tekst wywołał lawinę histerii połączoną z falą nieprzyzwoitego, skierowanego w kierunku małżeństwa Magdaleny i Remigiusza Okrasków hejtu. Powtarzanie jak mantrę, że to właśnie przez nich i ich środowisko PiS pozostaje u władzy, było tu szczególnie groteskowe.
Inna forma przeceniania ma miejsce, gdy jakiś lewicowy dziennikarz o krytycznym stosunku wobec politycznych i ideowych wyborów aktualnej lewicy traci pracę – wówczas często może usłyszeć życzliwe rady:
„To może spróbuj w «Nowym Obywatelu»”.
Warto jednak zejść na ziemię. Mówimy o piśmie tworzonym w spartańskich warunkach, które co roku musi walczyć o przetrwanie. Nie ma możliwości, by taka sytuacja nie wpływała negatywnie na dalszy jego rozwój. Jednak przestrzegałbym przed niedocenianiem tego środowiska. Zwłaszcza że jeśli porównamy jego skromne zasoby z pewną siłą oddziaływania na rzeczywistość, której nie sposób mu odmówić, to ta siła znacząco przekracza to, co teoretycznie powinno być możliwe przy takich ograniczonych środkach. To wszystko, w pewnym sensie, czyni „Nowego Obywatela” trzmielem z popularnego mitu. Zgodnie z jego treścią:
„Z punktu widzenia aerodynamiki trzmiel nie powinien móc latać, ale o tym nie wie, więc i tak lata”.
Ten lata już ponad 25 lat.
Patrząc w przyszłość
Na koniec pozostaje postawić pytanie o przyszłość. Zapytałem Remigiusza Okraskę, jaką widzi rolę dla „Nowego Obywatela”.
– Nasza rola i misja to przede wszystkim akcentowanie przesłania wspólnotowego w kontrze do liberalizmu i indywidualizmu. Od wielu lat jesteśmy krytyczni wobec liberalizmu gospodarczego, który uderza w państwo, spójność społeczną i w słabsze środowiska, takie jak pracownicy czy niezamożni ludzie z rozmaitymi problemami. Jesteśmy za solidaryzmem, rozwiązaniami prospołecznymi, ochroną większości przed jedynowładztwem biznesu i sprzyjających mu polityków. Lepszy jest kraj ze średnim poziomem życia dla wielu niż taki, w którym niewielu ma indywidualne fortuny, a mnóstwo jest ludzi ledwo wiążących koniec z końcem czy muszących harować coraz więcej, aby utrzymać się na powierzchni. Liberalizm gospodarczy skutkuje zresztą chaotycznym indywidualizmem i rozpadem społeczeństwa, bo ostatecznie niewiele łączy milionerów z pariasami. Również wobec liberalizmu kulturowego jesteśmy sceptyczni, choć z pozycji niekoniecznie prawicowych i tradycjonalistycznych: nadmierny indywidualizm podkopuje możliwości solidarnej, grupowej współpracy, a (mikro)tożsamościowo-plemienne walki prowadzą do chaosu kulturowego i braku elementarnej spójności. Prawa jednostek powinny być chronione, ale nie nadrzędne ponad interesami zbiorowymi i spoistością kulturową społeczeństwa i narodu
– odpowiedział Okraska.
W polskiej publicystyce coraz częściej pojawia się słowo „alt-left”. To określenie lewicy antyliberalnej i antyestablishmentowej, postrzegającej politykę bardziej pod kątem klasowym, a mniej tożsamościowym. Oczywiście pisanie dziś o „alt-lefcie” to pewna publicystyczna fantazja. Dziennikarze, intelektualiści czy działacze społeczni zaliczani do tej dość różnorodnej grupy nie tworzą żadnego środowiska, lecz raczej sieć rozproszonych politycznych „elektronów”. Niemniej tych „elektronów” jest coraz więcej. Nie można wykluczyć, że dziś istniejący jedynie potencjalnie „alt-left” z czasem stanie się bytem politycznie realnym. W takim wypadku rola „Nowego Obywatela” mogłaby stać się dużo ważniejsza. Czy tak będzie? Tego oczywiście nie wiem. Natomiast mam silne przekonanie, że gdyby ponad 25 lat temu grupa ideowych zapaleńców nie postanowiła założyć pisma idącego pod prąd mainstreamowej narracji, to żylibyśmy dzisiaj w gorszej rzeczywistości.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]




