"Do bramy weszło trzech ubeków". Tajemnica śmierci "Anody"

W Wigilię 1948 r. do bramy kamienicy przy ul. Lwowskiej 7 w stolicy weszło trzech mężczyzn. Byli z Urzędu Bezpieczeństwa. Mieli przy sobie nakaz aresztowania podpisany przez mjr. Wiktora Herera i wystawiony na nazwisko Jana Rodowicza, urodzonego 7 marca 1923 r. w Warszawie, syna Kazimierza i Zofii z domu Bortnowskiej. Ubecy zapukali do mieszkania pod numerem 10, w którym lokatorzy mieli właśnie podzielić się opłatkiem.
Jan
Jan "Anoda" Rodowicz po aresztowaniu przez MBP 24.12.1948 – ostatnie zdjęcie / Wikimedia Commons

Jako podstawę aresztowania podano podejrzenie o działalność antypaństwową. Zanim zatrzymano legendarnego „Anodę”, zrewidowano go i przeszukano jego pokój. Następnie ubecy wyprowadzili Jana Rodowicza do samochodu i pojechali w kierunku gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej 6. Matka zdołała dać synowi ukradkiem okruch opłatka. Dwa tygodnie później Jan Rodowicz już nie żył…

Mówiono o nim szeptem 

W tej historii młodego chłopaka, harcerza, mężczyzny, żołnierza Armii Krajowej, powstańca jest wszystko to, czym można opisać jego pokolenie, nazywane „Kolumbami”. Pokolenie najpierw prześladowane przez nazistów, a później komunistów. Jest to więc historia bohatera i degeneratów na służbie totalitarnych ustrojów. On przeżył ćwierć wieku, jego oprawcy żyli jeszcze bardzo długo. Nigdy nie ponieśli odpowiedzialności za jego śmierć, o której przez lata nie można było głośno mówić. Ewa Celińska-Spodar napisała o Rodowiczu celne zdanie: „Był jednym z ludzi, o których przez długie lata mówiło się tylko szeptem…”.

Jakim człowiekiem był „Anoda”? Napisano o nim kilka książek, on sam napisał o sobie i swoich przyjaciołach: „Wspaniale żyje się i walczy w takim gronie przyjaciół, których się kocha jak braci, i z którymi bardziej niż z braćmi łączy nas braterstwo broni i służby oraz wspólnie przeżyte walki, trudy i niebezpieczeństwa”.

Kamienie przez Boga rzucane na szaniec...

Urodzeni po 1918 r., już w wolnej Polsce, uformowani w ciągu dwóch dekad, harcerze wychowani w patriotycznej atmosferze, gdy wkraczali w dorosłość, na ich ojczyznę napadły „wspólnie i w porozumieniu” III Rzesza i Związek Sowiecki. Jedni wpadli w czerwony terror, drudzy w brunatny. Jedna i druga okupacja były straszne. Jedna i druga pochłonęły miliony ofiar. Chłopcy, tacy jak „Anoda”, nie widzieli innego wyjścia, jak tylko walczyć z okupantem. W każdy możliwy sposób. Maj 1945 r. wcale nie przyniósł wyzwolenia. Owszem, mówiło się po polsku, były polskie szkoły i uczelnie, terror nie był już tak wszechobecny jak za Niemców, ale Polska nie była krajem wolnym. Rządzili nią ci z sowieckiego nadania. Według nich takich jak „Anoda” należało wyeliminować, nawet jeśli tylko chcieli się uczyć, ożenić, mieć dzieci, pracować, żyć… po prostu żyć. 

Po wojnie Jan Rodowicz „Anoda” był legendą. Nawet jeżeli ktoś nie znał jego twarzy, imienia i nazwiska, to znał jego konspiracyjny pseudonim. Był przecież jednym z tych, którzy brali udział w akcji pod Arsenałem, kiedy to 26 marca 1943 r. u zbiegu ulic Długiej i Bielańskiej w Warszawie członkowie Grup Szturmowych Szarych Szeregów dokonali udanej akcji odbicia z rąk Gestapo swojego kolegi Janka Bytnara „Rudego”. Każdy, kto znał „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego, znał również chociażby ten fragment:

„Alek uczuł ostre uderzenie w brzuch. Uderzenie tak silne, że skurczył się, zatoczył i opadł na chodnik. Dotknął lewą ręką ubrania i wyczuł coś ciepłego, lepkiego, spojrzał – krew. Przez chwilę skurcz strachu wstrzymał bicie serca, ale potem w ułamku sekundy szarpnęła mózgiem ostrość świadomości – ujrzał bowiem lufę pistoletu wymierzoną wprost w swoją twarz. Niemiec nie zdążył strzelić. Anoda, jeden z ludzi Alka, szybciej nacisnął spust swego pistoletu i w chaosie strzałów, które nagle rozległy się na ulicy, Alek dostrzegł walącego się z nóg Niemca. Reszta pierzchła za bramę Arbeitsamtu i stamtąd strzelała dalej”.

– Dopiero po latach, czytając o akcji pod Arsenałem, dowiedziałam się, jak ważną funkcję pełnił tam Janek – opowiadała Zofia Rodowicz dziennikarce Barbarze Wachowicz, autorce książki o jej synu „Ułan Batalionu «Zośka». Gawęda o Janku Rodowiczu «Anodzie»”. – Dowodził sekcją „Butelki”, uratował życie już rannemu Alkowi Dawidowskiemu, błyskawicznym zastrzeleniem mierzącego mu w skroń Niemca.

Nie była to jedyna akcja polskiej podziemnej armii, w której brał udział Rodowicz. Między innymi był jednym z tych akowców, którzy odbili więźniów wiezionych pociągiem z Lublina do KL Auschwitz, wziął również udział w likwidacji niemieckiego posterunku granicznego w miejscowości Sieczychy.  

– Pod maską dowcipnisia i uroczego filuta, urządzającego jednoosobowe frapujące przedstawienia, ukrywa się mocny, ale wrażliwy człowiek dorastający w „grozie – ojczyny mojej”, jak to napisze jego kolega z „Zośki” – Krzysztof Kamil Baczyński – usłyszała Wachowicz od „Katody”, czyli Józefa Saskiego, przyjaciela „Anody”.

Powstaniec w ułańskiej czapce 

Ten, jak się o nim wyraził jeden z jego kolegów – „Wieniawa-Dłoguszowski batalionu «Zośka»”, po wojnie jeździł po ulicach swojej ukochanej, ale zniszczonej Warszawy, motorem marki Zündapp, zawsze w brytyjskiej bluzie wojskowej, w której zostanie pochowany, i do której jego mama przypnie odznaczenia syna, a wśród nich Virtuti Militari. Wtedy, gdy jeszcze żył (choć w Powstaniu Warszawskim był czterokrotnie ranny), jak zawsze się uśmiechał i jak zawsze się wygłupiał. „Jego sława, co nie wszystkim się podoba, wyrasta ponad popularność Zośki, Rudego czy Alka…” – pisze Dariusz Baliszewski w książce „Wojna, tajemnica, miłość”. 

1 sierpnia 1944 r. o godzinie 17 wybuchło w Warszawie powstanie. 

– Janek odjechał o trzeciej po południu – wspominała jego mama Zofia Rodowicz. – Ucałował mnie, wskoczył na rower, pomknął. Był w doskonałym nastroju, przekonany, że zwyciężą. Nawdziewał na siebie, co tam miał wojskowego. Nawet potem skądś zdobył czapkę ułańską.
Ta ułańska czapka będzie jego znakiem rozpoznawczym. Któregoś dnia rzuci tą czapką o ziemię ze złości na wieść o tym, że mają oddać swoją broń na jakiś czas żołnierzom z 3. kompanii, a przy tym klął jak nigdy dotąd. 

Tamte dni, gdy „Anoda” i tysiące innych „Kolumbów” walczyło z Niemcami na ulicach stolicy, opisał Kamiński w kolejnej swojej książce „Zośka i Parasol”. 

„– Anoda, ruszaj!Anoda poprawia swą czapkę z barwnym otokiem, obciąga panterkę i odbezpiecza karabin. Potem daje znak sekcji zwiadowczej i miękkim ruchem, wysoki, szczupły, bystry, przesuwa się za bramę. Za nim kilku innych. […] gwałtownie i jazgotliwie grać zaczyna karabin maszynowy […]. Bunkry! Jeden – zdobyty zaskoczeniem. Z drugiego wytryskują nieustannie błyski ognia. Przy bunkrze zdobytym – Anoda…” – pisał Kamiński. 

Stanisław Sieradzki z batalionu „Zośka” wspominał, że „Anoda” „odznaczył się już w pierwszych dniach powstania jako świetny dowódca i niezwykle odważny żołnierz”.

W ubeckiej katowni 

W lutym 1996 r. Dariusz Baliszewski, historyk i dziennikarz, odwiedził z ekipą telewizyjną prof. Wiktora Herera mieszkającego w Warszawie przy ul. Spacerowej. Było samo południe. Herer nie zgodził się na rozmowę przed kamerą. Operator odłożył ją więc na krzesło, ale kamera była włączona…
Baliszewski rozmawiał z byłym ubekiem i doskonale zdawał sobie sprawę, że ten kłamał w żywe oczy, kiedy np. mówi, że aresztował „Anodę”, by… go uratować. 

Zachowały się protokoły przesłuchań Rodowicza. Wśród nich są dwa z dnia, w którym zginął. 7 stycznia 1949 r. mjr Wiktor Herer, oficer śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, zadał pierwsze pytanie: „Jakie akty terrorystyczne przygotowywał batalion «Zośka» w roku 1945”? Rodowicz miał odpowiedzieć: „W sierpniu 1945 r. przygotowywaliśmy porwanie szefa wojskowej misji sowieckiej, który mieszkał w Konstancinie. Porwanie miało nastąpić w czasie przejazdu ww. generała sowieckiego z Konstancina do Warszawy. Po przeprowadzeniu koniecznych ustaleń z dwoma samochodami oczekiwaliśmy generała sowieckiego na szosie koło Powsina. Jeden z naszych samochodów, którym kierował Marian Rojowski, [jego adres to] ul. Lwowska 15, zatarasował drogę przejeżdżającemu sowieckiemu samochodowi. Kierowca sowiecki wyminął przeszkodę i wymknął się z zasadzki. W ten sposób zamach się nie udał”.

W czasie tego przesłuchania „Anoda” miał mówić jeszcze m.in. o tym, kto wydał rozkaz porwania, że za Rosjanina chciano wymienić Radosława i kto brał udział w akcji. 

Tego samego dnia Rodowicz trafił na drugie przesłuchanie. Tym razem przesłuchującym miał być porucznik Bronisław Kleina. Padły cztery pytania. Ostatnie brzmiało: „Co wiecie o Zalewskim lub Zaleskim Jerzym?”. „Anoda” nie odpowiedział. Ktoś dopisał innym długopisem w poprzek strony pod ostatnim pytaniem: „Podejrzany wyskoczył oknem i zabił się”. Czy faktycznie tak było? 

W 1992 r. Kleina zeznał przed prokuratorem: „Otworzyłem drzwi i wszedłem pierwszy do pokoju. Jan Rodowicz wszedł za mną i biegiem wskoczył na parapet otwartego okna i wyskoczył. Okno było dwuskrzydłowe, otwarte na oścież. Do okna nie podchodziłem, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że na pewno poniósł śmierć. Zawiadomiłem sekretariat o tym samobójstwie”. 

Tajemnica jego śmierci 

Oficjalnie więc popełnił samobójstwo (w co nie wierzyli ani rodzina, ani przyjaciele, ani nie wierzą niektórzy historycy), wyskakując z okna na czwartym piętrze budynku MBP przy ul. Koszykowej od strony Al. Ujazdowskich. Jednakże mogło być inaczej. 

„[…] powstało przynajmniej pięć wersji mających wyjaśnić okoliczności tajemniczej śmierci Jana Rodowicza w areszcie śledczym MBP…” – pisze Przemysław Benken, autor książki „Tajemnica śmierci Jana Rodowicza «Anody»”, który szczegółowo omówił kilka możliwości okoliczności śmierci bohatera. Śmierć przez zastrzelenie, umyślne pobicie ze skutkiem śmiertelnym, nieumyślne pobicie ze skutkiem śmiertelnym, skatowanie po nieudanej próbie ucieczki, skok samobójczy wymuszony przebiegiem śledztwa. Według Benkena prawdopodobne jest nieumyślne pobicie ze skutkiem śmiertelnym i skok samobójczy wymuszony przebiegiem śledztwa. Historyk przychyla się raczej do ostatniej wersji i dodaje: „Trzeba jednak raz jeszcze podkreślić, że obie [wersje] mają słabe punkty tak istotne, że nie można z całkowitą pewnością przyjąć żadnej z nich”.

7 stycznia 1949 r., według Przemysława Benkena, Rodowicz „prawdopodobieństwo wyjścia żywym z rąk MBP oceniał […] zapewne jako niewielkie. «Anoda» musiał również rozumieć, że dalsze śledztwo, w którym funkcjonariusze będą stosować przemoc fizyczną, wymusi na nim prawdopodobnie podpisanie nowych zeznań obciążających towarzyszy broni ze Zgrupowania AK «Radosław» i samego płk. Mazurkiewicza. Kolejnym etapem byłby zaś upokarzający proces, a finałem całej sprawy przeprowadzona w hańbiący sposób egzekucja”. Dalej historyk przytoczył zasady postępowania konspiracyjnego z lat 1939–1945, które „Anodzie” wpojono. Jedna z nich mówiła, że „w razie aresztowania czy wpadki w łapance należy: […] w ostatecznym wypadku wziąć wszystko na siebie, poświęcić się, raczej śmierć [wybrać] niż wsypanie innych, zdrada”.

Bezkarni i relatywiści 

Dopiero wojna na Ukrainie spowodowała, że ostatnie „pomniki wdzięczności Armii Czerwonej” zniknęły z polskich miast i miasteczek. To dzięki tej armii, która przyniosła osiemdziesiąt lat temu „wyzwolenie”, do władzy doszli chociażby ci, którzy przesłuchiwali „Anodę”. Jednakże samo słowo „przesłuchanie” nie oddaje tego, co za nim się kryło, a kryły się bardzo często tortury. „Oświęcim przy nich to była igraszka” – powiedział rotmistrz Witold Pilecki po ubeckim śledztwie, a wiedział, co mówi, gdyż poszedł na ochotnika do KL Auschwitz. 

W latach 1944/1945 zmieniła się władza z nazistowskiej na komunistyczną. Zmienił się język używany w czasie przesłuchań. Reszta była ta sama. Te same cele i więzienia, tortury, sądowe morderstwa… Totalitarne bezprawie. O ile w czasie okupacji każdy szpicel pracujący dla szwabów wiedział, że polskie państwo podziemne może wydać na niego wyrok, który wykonają egzekutorzy z AK, o tyle sadyści z UB byli bezkarni. Jedyne czego mogli się spodziewać od swoich ofiar, które szczęśliwie przeżyły śledztwo i więzienie to tego, że ktoś może im splunąć pod nogi na chodniku. To wszystko. Pracownicy UB/SB byli bandytami, którzy pracowali dla bandytów. Ktoś, kto dzisiaj banalizuje pracę oficerów bezpieczeństwa w PRL, po prostu uprawia relatywizm. 

Herer po odejściu z UB został profesorem, gdy w 1980 r. powstała Solidarność, stał się jej doradcą, ba, publikował w 1981 r. na łamach… „Tygodnika Solidarność” („Złotówka potrzebuje obrony”, wspólnie z Władysławem Sadowskim, nr 4/1981).

Jan Rodowicz wrócił do swojej Warszawy, musiał zająć się godnym pochówkiem swoich przyjaciół, którzy zginęli w powstaniu. On sam trafił z UB do bezimiennej mogiły, według „Hererów” miano o nim zapomnieć. Na szczęście, dzięki dobrym ludziom, ekshumowano jego szczątki i pochowano w rodzinnym grobowcu na warszawskich Powązkach. 

Wielu ludzi pamięta o „Anodzie”, o ubeku Hererze nieliczni.


 

POLECANE
Ścigany w całej UE Gruzin zatrzymany w Polsce. Obława z udziałem kontrterrorystów pilne
Ścigany w całej UE Gruzin zatrzymany w Polsce. Obława z udziałem kontrterrorystów

Akcja o podwyższonym ryzyku, udział kontrterrorystów i obywatel Gruzji poszukiwany na terenie Unii Europejskiej - to kulisy policyjnych działań przeprowadzonych w Wieluniu. Stołeczni funkcjonariusze zatrzymali czterech cudzoziemców, którzy ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości.

Kilkanaście stopni, a potem zima. Co nas czeka w weekend? Wiadomości
Kilkanaście stopni, a potem zima. Co nas czeka w weekend?

Najpierw odwilż i wiosenne temperatury, a chwilę później nagły powrót zimy. Prognozy IMGW pokazują wyraźnie: ciepły epizod nie potrwa długo, a przed końcem tygodnia czeka nas mocne ochłodzenie i opady śniegu.

Niemiecka rafineria bije na alarm. Sankcje na Rosnieft zagrażają dostawom paliwa pilne
Niemiecka rafineria bije na alarm. Sankcje na Rosnieft zagrażają dostawom paliwa

90 procent paliwa dla Berlina pochodzi z jednego zakładu. Teraz jego kierownictwo ostrzega: amerykańskie sankcje mogą sparaliżować dostawy i uderzyć w cały region.

Wagnerowcy w Bułgarii? Alarm ws. bazy pod Sofią Wiadomości
Wagnerowcy w Bułgarii? Alarm ws. bazy pod Sofią

Uzbrojeni ludzie w rosyjskich mundurach, flaga Federacji Rosyjskiej i silnie strzeżony obiekt w górach nieopodal Sofii. Bułgarskie stowarzyszenie obywatelskie alarmuje: na terytorium państwa NATO może działać baza objętej sankcjami Grupy Wagnera.

Imperium kontratakuje. Nowa afrykańska polityka Trumpa zagraża wpływom Rosji tylko u nas
Imperium kontratakuje. Nowa afrykańska polityka Trumpa zagraża wpływom Rosji

Stany Zjednoczone wracają do gry w Afryce i robią to na twardych zasadach. Administracja Donalda Trumpa stawia na bezpieczeństwo i dostęp do surowców, porzucając dotychczasową politykę wartości. To ruch, który może osłabić rosyjskie wpływy w Sahelu i zmienić układ sił na całym kontynencie.

Miażdżąca krytyka na wysłuchaniu publicznym ws. tzw. ustawy praworządnościowej w Sejmie pilne
Miażdżąca krytyka na wysłuchaniu publicznym ws. tzw. ustawy praworządnościowej w Sejmie

Wtorkowe wysłuchanie publiczne projektu ustawy praworządnościowej pokazało prawdziwe oblicze rządowych eksperymentów z sądownictwem. Zamiast reformy – chaos, zamiast ochrony obywatela – polityczne kalkulacje. Projekt Żurka spotkał się z ostrą krytyką zarówno ze strony ekspertów, jak i środowiska prawniczego.

Dziś setne urodziny Gdyni. IPN otworzył wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia” Wiadomości
Dziś setne urodziny Gdyni. IPN otworzył wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia”

10 lutego 2026 r. w Gdyni otwarto wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia”. W wydarzeniu wziął udział prezes Fundacji Promocji Solidarności Michał Ossowski.

Dziwne zachowanie Czarzastego. Przytulę się do pana... pilne
Dziwne zachowanie Czarzastego. "Przytulę się do pana..."

Zamiast odpowiedzi - spoufalanie i uniki. Gdy dziennikarz TV Republika zapytał Włodzimierza Czarzastego o niewypełnioną ankietę bezpieczeństwa, marszałek Sejmu zareagował w sposób, który wzbudził spore zdziwienie.

Szokujące relacje ks. Olszewskiego. Proces Funduszu Sprawiedliwości pilne
Szokujące relacje ks. Olszewskiego. Proces Funduszu Sprawiedliwości

Po raz pierwszy od początku procesu oskarżeni mogli swobodnie przemówić przed sądem. Podczas trzeciej rozprawy ks. Michał Olszewski opisał, jak był traktowany w trakcie postępowania prowadzonego przez prokuraturę.

Awantura w Sejmie. Żukowska porównała „Burego” do Putina z ostatniej chwili
Awantura w Sejmie. Żukowska porównała „Burego” do Putina

Emocjonalne wystąpienie, ostre oskarżenia i porównanie żołnierza polskiego podziemia niepodległościowego do rosyjskiego dyktatora. Sejmowa debata nad projektem Lewicy zamieniła się w polityczny skandal z Anną Żukowską w roli głównej.

REKLAMA

"Do bramy weszło trzech ubeków". Tajemnica śmierci "Anody"

W Wigilię 1948 r. do bramy kamienicy przy ul. Lwowskiej 7 w stolicy weszło trzech mężczyzn. Byli z Urzędu Bezpieczeństwa. Mieli przy sobie nakaz aresztowania podpisany przez mjr. Wiktora Herera i wystawiony na nazwisko Jana Rodowicza, urodzonego 7 marca 1923 r. w Warszawie, syna Kazimierza i Zofii z domu Bortnowskiej. Ubecy zapukali do mieszkania pod numerem 10, w którym lokatorzy mieli właśnie podzielić się opłatkiem.
Jan
Jan "Anoda" Rodowicz po aresztowaniu przez MBP 24.12.1948 – ostatnie zdjęcie / Wikimedia Commons

Jako podstawę aresztowania podano podejrzenie o działalność antypaństwową. Zanim zatrzymano legendarnego „Anodę”, zrewidowano go i przeszukano jego pokój. Następnie ubecy wyprowadzili Jana Rodowicza do samochodu i pojechali w kierunku gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej 6. Matka zdołała dać synowi ukradkiem okruch opłatka. Dwa tygodnie później Jan Rodowicz już nie żył…

Mówiono o nim szeptem 

W tej historii młodego chłopaka, harcerza, mężczyzny, żołnierza Armii Krajowej, powstańca jest wszystko to, czym można opisać jego pokolenie, nazywane „Kolumbami”. Pokolenie najpierw prześladowane przez nazistów, a później komunistów. Jest to więc historia bohatera i degeneratów na służbie totalitarnych ustrojów. On przeżył ćwierć wieku, jego oprawcy żyli jeszcze bardzo długo. Nigdy nie ponieśli odpowiedzialności za jego śmierć, o której przez lata nie można było głośno mówić. Ewa Celińska-Spodar napisała o Rodowiczu celne zdanie: „Był jednym z ludzi, o których przez długie lata mówiło się tylko szeptem…”.

Jakim człowiekiem był „Anoda”? Napisano o nim kilka książek, on sam napisał o sobie i swoich przyjaciołach: „Wspaniale żyje się i walczy w takim gronie przyjaciół, których się kocha jak braci, i z którymi bardziej niż z braćmi łączy nas braterstwo broni i służby oraz wspólnie przeżyte walki, trudy i niebezpieczeństwa”.

Kamienie przez Boga rzucane na szaniec...

Urodzeni po 1918 r., już w wolnej Polsce, uformowani w ciągu dwóch dekad, harcerze wychowani w patriotycznej atmosferze, gdy wkraczali w dorosłość, na ich ojczyznę napadły „wspólnie i w porozumieniu” III Rzesza i Związek Sowiecki. Jedni wpadli w czerwony terror, drudzy w brunatny. Jedna i druga okupacja były straszne. Jedna i druga pochłonęły miliony ofiar. Chłopcy, tacy jak „Anoda”, nie widzieli innego wyjścia, jak tylko walczyć z okupantem. W każdy możliwy sposób. Maj 1945 r. wcale nie przyniósł wyzwolenia. Owszem, mówiło się po polsku, były polskie szkoły i uczelnie, terror nie był już tak wszechobecny jak za Niemców, ale Polska nie była krajem wolnym. Rządzili nią ci z sowieckiego nadania. Według nich takich jak „Anoda” należało wyeliminować, nawet jeśli tylko chcieli się uczyć, ożenić, mieć dzieci, pracować, żyć… po prostu żyć. 

Po wojnie Jan Rodowicz „Anoda” był legendą. Nawet jeżeli ktoś nie znał jego twarzy, imienia i nazwiska, to znał jego konspiracyjny pseudonim. Był przecież jednym z tych, którzy brali udział w akcji pod Arsenałem, kiedy to 26 marca 1943 r. u zbiegu ulic Długiej i Bielańskiej w Warszawie członkowie Grup Szturmowych Szarych Szeregów dokonali udanej akcji odbicia z rąk Gestapo swojego kolegi Janka Bytnara „Rudego”. Każdy, kto znał „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego, znał również chociażby ten fragment:

„Alek uczuł ostre uderzenie w brzuch. Uderzenie tak silne, że skurczył się, zatoczył i opadł na chodnik. Dotknął lewą ręką ubrania i wyczuł coś ciepłego, lepkiego, spojrzał – krew. Przez chwilę skurcz strachu wstrzymał bicie serca, ale potem w ułamku sekundy szarpnęła mózgiem ostrość świadomości – ujrzał bowiem lufę pistoletu wymierzoną wprost w swoją twarz. Niemiec nie zdążył strzelić. Anoda, jeden z ludzi Alka, szybciej nacisnął spust swego pistoletu i w chaosie strzałów, które nagle rozległy się na ulicy, Alek dostrzegł walącego się z nóg Niemca. Reszta pierzchła za bramę Arbeitsamtu i stamtąd strzelała dalej”.

– Dopiero po latach, czytając o akcji pod Arsenałem, dowiedziałam się, jak ważną funkcję pełnił tam Janek – opowiadała Zofia Rodowicz dziennikarce Barbarze Wachowicz, autorce książki o jej synu „Ułan Batalionu «Zośka». Gawęda o Janku Rodowiczu «Anodzie»”. – Dowodził sekcją „Butelki”, uratował życie już rannemu Alkowi Dawidowskiemu, błyskawicznym zastrzeleniem mierzącego mu w skroń Niemca.

Nie była to jedyna akcja polskiej podziemnej armii, w której brał udział Rodowicz. Między innymi był jednym z tych akowców, którzy odbili więźniów wiezionych pociągiem z Lublina do KL Auschwitz, wziął również udział w likwidacji niemieckiego posterunku granicznego w miejscowości Sieczychy.  

– Pod maską dowcipnisia i uroczego filuta, urządzającego jednoosobowe frapujące przedstawienia, ukrywa się mocny, ale wrażliwy człowiek dorastający w „grozie – ojczyny mojej”, jak to napisze jego kolega z „Zośki” – Krzysztof Kamil Baczyński – usłyszała Wachowicz od „Katody”, czyli Józefa Saskiego, przyjaciela „Anody”.

Powstaniec w ułańskiej czapce 

Ten, jak się o nim wyraził jeden z jego kolegów – „Wieniawa-Dłoguszowski batalionu «Zośka»”, po wojnie jeździł po ulicach swojej ukochanej, ale zniszczonej Warszawy, motorem marki Zündapp, zawsze w brytyjskiej bluzie wojskowej, w której zostanie pochowany, i do której jego mama przypnie odznaczenia syna, a wśród nich Virtuti Militari. Wtedy, gdy jeszcze żył (choć w Powstaniu Warszawskim był czterokrotnie ranny), jak zawsze się uśmiechał i jak zawsze się wygłupiał. „Jego sława, co nie wszystkim się podoba, wyrasta ponad popularność Zośki, Rudego czy Alka…” – pisze Dariusz Baliszewski w książce „Wojna, tajemnica, miłość”. 

1 sierpnia 1944 r. o godzinie 17 wybuchło w Warszawie powstanie. 

– Janek odjechał o trzeciej po południu – wspominała jego mama Zofia Rodowicz. – Ucałował mnie, wskoczył na rower, pomknął. Był w doskonałym nastroju, przekonany, że zwyciężą. Nawdziewał na siebie, co tam miał wojskowego. Nawet potem skądś zdobył czapkę ułańską.
Ta ułańska czapka będzie jego znakiem rozpoznawczym. Któregoś dnia rzuci tą czapką o ziemię ze złości na wieść o tym, że mają oddać swoją broń na jakiś czas żołnierzom z 3. kompanii, a przy tym klął jak nigdy dotąd. 

Tamte dni, gdy „Anoda” i tysiące innych „Kolumbów” walczyło z Niemcami na ulicach stolicy, opisał Kamiński w kolejnej swojej książce „Zośka i Parasol”. 

„– Anoda, ruszaj!Anoda poprawia swą czapkę z barwnym otokiem, obciąga panterkę i odbezpiecza karabin. Potem daje znak sekcji zwiadowczej i miękkim ruchem, wysoki, szczupły, bystry, przesuwa się za bramę. Za nim kilku innych. […] gwałtownie i jazgotliwie grać zaczyna karabin maszynowy […]. Bunkry! Jeden – zdobyty zaskoczeniem. Z drugiego wytryskują nieustannie błyski ognia. Przy bunkrze zdobytym – Anoda…” – pisał Kamiński. 

Stanisław Sieradzki z batalionu „Zośka” wspominał, że „Anoda” „odznaczył się już w pierwszych dniach powstania jako świetny dowódca i niezwykle odważny żołnierz”.

W ubeckiej katowni 

W lutym 1996 r. Dariusz Baliszewski, historyk i dziennikarz, odwiedził z ekipą telewizyjną prof. Wiktora Herera mieszkającego w Warszawie przy ul. Spacerowej. Było samo południe. Herer nie zgodził się na rozmowę przed kamerą. Operator odłożył ją więc na krzesło, ale kamera była włączona…
Baliszewski rozmawiał z byłym ubekiem i doskonale zdawał sobie sprawę, że ten kłamał w żywe oczy, kiedy np. mówi, że aresztował „Anodę”, by… go uratować. 

Zachowały się protokoły przesłuchań Rodowicza. Wśród nich są dwa z dnia, w którym zginął. 7 stycznia 1949 r. mjr Wiktor Herer, oficer śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, zadał pierwsze pytanie: „Jakie akty terrorystyczne przygotowywał batalion «Zośka» w roku 1945”? Rodowicz miał odpowiedzieć: „W sierpniu 1945 r. przygotowywaliśmy porwanie szefa wojskowej misji sowieckiej, który mieszkał w Konstancinie. Porwanie miało nastąpić w czasie przejazdu ww. generała sowieckiego z Konstancina do Warszawy. Po przeprowadzeniu koniecznych ustaleń z dwoma samochodami oczekiwaliśmy generała sowieckiego na szosie koło Powsina. Jeden z naszych samochodów, którym kierował Marian Rojowski, [jego adres to] ul. Lwowska 15, zatarasował drogę przejeżdżającemu sowieckiemu samochodowi. Kierowca sowiecki wyminął przeszkodę i wymknął się z zasadzki. W ten sposób zamach się nie udał”.

W czasie tego przesłuchania „Anoda” miał mówić jeszcze m.in. o tym, kto wydał rozkaz porwania, że za Rosjanina chciano wymienić Radosława i kto brał udział w akcji. 

Tego samego dnia Rodowicz trafił na drugie przesłuchanie. Tym razem przesłuchującym miał być porucznik Bronisław Kleina. Padły cztery pytania. Ostatnie brzmiało: „Co wiecie o Zalewskim lub Zaleskim Jerzym?”. „Anoda” nie odpowiedział. Ktoś dopisał innym długopisem w poprzek strony pod ostatnim pytaniem: „Podejrzany wyskoczył oknem i zabił się”. Czy faktycznie tak było? 

W 1992 r. Kleina zeznał przed prokuratorem: „Otworzyłem drzwi i wszedłem pierwszy do pokoju. Jan Rodowicz wszedł za mną i biegiem wskoczył na parapet otwartego okna i wyskoczył. Okno było dwuskrzydłowe, otwarte na oścież. Do okna nie podchodziłem, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że na pewno poniósł śmierć. Zawiadomiłem sekretariat o tym samobójstwie”. 

Tajemnica jego śmierci 

Oficjalnie więc popełnił samobójstwo (w co nie wierzyli ani rodzina, ani przyjaciele, ani nie wierzą niektórzy historycy), wyskakując z okna na czwartym piętrze budynku MBP przy ul. Koszykowej od strony Al. Ujazdowskich. Jednakże mogło być inaczej. 

„[…] powstało przynajmniej pięć wersji mających wyjaśnić okoliczności tajemniczej śmierci Jana Rodowicza w areszcie śledczym MBP…” – pisze Przemysław Benken, autor książki „Tajemnica śmierci Jana Rodowicza «Anody»”, który szczegółowo omówił kilka możliwości okoliczności śmierci bohatera. Śmierć przez zastrzelenie, umyślne pobicie ze skutkiem śmiertelnym, nieumyślne pobicie ze skutkiem śmiertelnym, skatowanie po nieudanej próbie ucieczki, skok samobójczy wymuszony przebiegiem śledztwa. Według Benkena prawdopodobne jest nieumyślne pobicie ze skutkiem śmiertelnym i skok samobójczy wymuszony przebiegiem śledztwa. Historyk przychyla się raczej do ostatniej wersji i dodaje: „Trzeba jednak raz jeszcze podkreślić, że obie [wersje] mają słabe punkty tak istotne, że nie można z całkowitą pewnością przyjąć żadnej z nich”.

7 stycznia 1949 r., według Przemysława Benkena, Rodowicz „prawdopodobieństwo wyjścia żywym z rąk MBP oceniał […] zapewne jako niewielkie. «Anoda» musiał również rozumieć, że dalsze śledztwo, w którym funkcjonariusze będą stosować przemoc fizyczną, wymusi na nim prawdopodobnie podpisanie nowych zeznań obciążających towarzyszy broni ze Zgrupowania AK «Radosław» i samego płk. Mazurkiewicza. Kolejnym etapem byłby zaś upokarzający proces, a finałem całej sprawy przeprowadzona w hańbiący sposób egzekucja”. Dalej historyk przytoczył zasady postępowania konspiracyjnego z lat 1939–1945, które „Anodzie” wpojono. Jedna z nich mówiła, że „w razie aresztowania czy wpadki w łapance należy: […] w ostatecznym wypadku wziąć wszystko na siebie, poświęcić się, raczej śmierć [wybrać] niż wsypanie innych, zdrada”.

Bezkarni i relatywiści 

Dopiero wojna na Ukrainie spowodowała, że ostatnie „pomniki wdzięczności Armii Czerwonej” zniknęły z polskich miast i miasteczek. To dzięki tej armii, która przyniosła osiemdziesiąt lat temu „wyzwolenie”, do władzy doszli chociażby ci, którzy przesłuchiwali „Anodę”. Jednakże samo słowo „przesłuchanie” nie oddaje tego, co za nim się kryło, a kryły się bardzo często tortury. „Oświęcim przy nich to była igraszka” – powiedział rotmistrz Witold Pilecki po ubeckim śledztwie, a wiedział, co mówi, gdyż poszedł na ochotnika do KL Auschwitz. 

W latach 1944/1945 zmieniła się władza z nazistowskiej na komunistyczną. Zmienił się język używany w czasie przesłuchań. Reszta była ta sama. Te same cele i więzienia, tortury, sądowe morderstwa… Totalitarne bezprawie. O ile w czasie okupacji każdy szpicel pracujący dla szwabów wiedział, że polskie państwo podziemne może wydać na niego wyrok, który wykonają egzekutorzy z AK, o tyle sadyści z UB byli bezkarni. Jedyne czego mogli się spodziewać od swoich ofiar, które szczęśliwie przeżyły śledztwo i więzienie to tego, że ktoś może im splunąć pod nogi na chodniku. To wszystko. Pracownicy UB/SB byli bandytami, którzy pracowali dla bandytów. Ktoś, kto dzisiaj banalizuje pracę oficerów bezpieczeństwa w PRL, po prostu uprawia relatywizm. 

Herer po odejściu z UB został profesorem, gdy w 1980 r. powstała Solidarność, stał się jej doradcą, ba, publikował w 1981 r. na łamach… „Tygodnika Solidarność” („Złotówka potrzebuje obrony”, wspólnie z Władysławem Sadowskim, nr 4/1981).

Jan Rodowicz wrócił do swojej Warszawy, musiał zająć się godnym pochówkiem swoich przyjaciół, którzy zginęli w powstaniu. On sam trafił z UB do bezimiennej mogiły, według „Hererów” miano o nim zapomnieć. Na szczęście, dzięki dobrym ludziom, ekshumowano jego szczątki i pochowano w rodzinnym grobowcu na warszawskich Powązkach. 

Wielu ludzi pamięta o „Anodzie”, o ubeku Hererze nieliczni.



 

Polecane