Tȟašúŋke Witkó: Baryłka zimnej ropy na rozgrzane głowy
Chciałbym wylać pół kubła zimnej wody na rozgrzane głowy komentatorów wydarzeń dziejących się w tamtej części świata , ale skoro mowa będzie o państwie zasobnym w ropę naftową, więc ów słynny idiom nieco strawestowałem. A czemuż to przywołałem znamienne słowa czerwonego partyjniaka, zapytacie? Odpowiedź jest bardzo prosta: zacznę dąć w fanfary na cześć Donalda Trumpa dopiero wtedy, kiedy w Caracas zostanie stworzony gabinet, będący w stanie sięgnąć swoją władzą do każdej, nawet najdalej na bagnach posadowionej wioski i pojedynczej chałupiny, ale nie wcześniej. Do owego wiekopomnego dnia zachowam jednak powściągliwość i spokój.
Goliat i Dawid
Nicolás Maduro Moros wiedział i czuł, że jego czas się kończy, gdyż kilka dni przed wejściem sił specjalnych do pałacu prezydenckiego – podczas publicznego wystąpienia, gwałtownie i emocjonalnie – wykrzykiwał buńczuczne hasła pod adresem 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Skąd ta moja teza? Ano stąd, że nawet jednostka specjalna Delta Force nie byłaby w stanie tak płynnie opanować obiektu bez pomocy z wewnątrz. Tak, macie Państwo rację, satrapa został zdradzony i to przez grupę ludzi ze swojego najbliższego otoczenia. Maduro, co raczej pewne, zauważył zmianę w zachowaniu swych totumfackich, a reszty już się domyślił, dlatego – będąc silnie wzburzonym – zagłuszał trawiący go strach własnym krzykiem. Zaraz po tym, „Goliat”, czyli Amerykanie, wyjął „Dawida”, znaczy Nicolása, z ciepłej pościeli, zapakował do śmigłowca i wywiózł w siną dal, aby postawić go przed sądem. Zwykła, wielopoziomowa operacja specjalna, przed którą trudno padać na kolana, zważywszy na przepaść dzielącą USA i Wenezuelę w obszarze gospodarczym, technologicznym i wojskowym. Dodam, że tym razem „Goliatowi” dopisało szczęście, którego uśmiech podczas podobnych działań bywa kluczowy, czego dowodem są choćby operacje w Zatoce Świń, „Orli Szpon” czy wydarzenia w Mogadiszu z roku 1993. Nie, Drodzy Państwo, nie ujmuję zasług planistom i wykonawcom ataku z 3 stycznia 2026 roku, bowiem niemal wszystko poszło zgodnie z założeniami i cel został osiągnięty. Jednak, osobiście daleki jestem od wyciągania wniosków geostrategicznych wyłącznie dlatego, że południowoamerykańskiego, bananowego watażkę – nawet takiego wspieranego przez Rosję i Chiny – mocarstwo atomowe zdetronizowało w ciągu kliku godzin. Uważam, że natychmiastowe ogłaszanie dominacji Waszyngtonu nad Moskwą i Pekinem jest nieco przedwczesne i należy spokojnie czekać, nawet kilka miesięcy, na dalszy rozwój wypadków.
Sukces potrzebny natychmiast
Państwo, jako wytrawni krytycy sceny politycznej, zapewne zwrócili uwagę, że ciężar informowania o pojmaniu Maduro całkowicie wziął na siebie Donald Trump. To on prezentował fotografie zakutego w kajdanki Wenezuelczyka, okraszając je osobistymi, mniej lub bardziej wysublimowanymi komentarzami. To on, jako pierwszy, chwalił żołnierzy operujących w siedzibie satrapy, opisując przebieg zdarzenia. I to on informował o stanie zdrowia komilitonów rannych po ostrzale śmigłowca. Generalnie, w oczach przeciętnego zjadacza frytek i hamburgerów, główny lokator Białego Domu stał się postacią pierwszoplanową i niekwestionowanym ojcem sukcesu obalenia reżimu w Caracas. Dlaczego? Dlatego, że wkrótce minie już rok jego rządów, a problemy Trumpa wydają się być coraz większe. Ot, choćby Jeffrey Epstein i jego akta kładą się długim cieniem na wizerunku prezydenta, a do tego wygrana Zohrana Mamdaniego w Nowym Jorku, wbrew woli Gabinetu Owalnego. Ponadto, pomruki niezadowolenia dobiegające z szeregów rozbestwionej za czasów Bidena armii, której śrubę próbuje dokręcić Pete Hegseth, sam mający poważne kłopoty z krytykującymi go mediami i wreszcie dająca upust niezadowoleniu, zniecierpliwiona klasa średnia, oczekująca na poprawę bytu. Już teraz Państwo wiedzą, skąd takie zaangażowanie Trumpa w operację wenezuelską i jego głód poklasku – on zwyczajnie potrzebował sukcesu. Teraz spokojnie czekajmy na sygnały z Pekinu, Teheranu i Moskwy, sami siedząc cicho i nie wywijając koncerzem, żeby samemu się nie pokaleczyć. Żądnym poklasku politykom znad Wisły, wykrzykującym publicznie mniej lub bardziej głupie hasła opiewające Amerykanów, proponuję szklankę zimnej wody i spacer w mroźny wieczór, tak dla ochłonięcia i uniknięcia kompromitacji w przyszłości.
Howgh!
Tȟašúŋke Witkó, 9 stycznia 2026 r.
[Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Miłośnik kawy w dużym kubku ceramicznym – takiej czarnej, parzonej, słodzonej i ze śmietanką. Samotnik, cynik, szyderca i czytacz politycznych informacji. Dawniej nerwus, a obecnie już nie nerwus]




