Urbanizacja łbów i mediów
Co musisz wiedzieć:
- Tekst stawia tezę, że współczesne polskie media odziedziczyły po Jerzym Urbanie wzorce propagandy, manipulacji i dezinformacji.
- Urban zostaje przedstawiony jako kluczowy architekt medialnego cynizmu: skuteczny, bezkarny, wpływowy.
- Autorka dowodzi, że po krótkim okresie pluralizmu nastąpił powrót cenzury, podporządkowania mediów władzy i niszczenia przeciwników.
To od niego czerpano wzorce uprawiania inżynierii społecznej opakowanej w efektowną publicystyczną retorykę. On dał przykład, jak w plotkę wplatać cienki wątek prawdy – przy czym prawda ginęła w gąszczu „sensacji” suflowanych przez zakumplowanych z nim byłych esbeków. Nauczył, jak rozgrzewać emocje do czerwoności, napuszczać pół Polski na drugą połowę i ostatecznie zawiadować całością. Oto on: Jerzy Urban, zmarły niecałe 4 lata temu w zacnym wieku 89 lat. Pochowany na Powązkach Wojskowych w splendorze, na jaki z pewnością nie zasługiwał. Psuj-charakter, piewca antypolskości, wierny wyznawca komunizmu, zdeklarowany nienawistnik Solidarności. Zarazem – postać fascynująca, taki współczesny Mefisto… Choć może to przesadny komplement.
- Komunikat dla mieszkańców woj. podkarpackiego
- Burza po niedzielnej „Familiadzie”. Widzowie podzieleni
- IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach
- Gwiazda Kanału Zero odchodzi. Mówi wprost
- Komunikat dla mieszkańców Poznania
- Pilne doniesienia z granicy. Jest komunikat Straży Granicznej
- Nowy ruch obrony Zbigniewa Ziobry. Ważny wniosek trafił do sądu
- Wyłączenia prądu. Ważny komunikat dla mieszkańców Dolnego Śląska
- Kurierzy będą musieli udawać biznesmenów
- Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko. Będzie pogrzeb państwowy?
- Ekspert: Za obchodzenie Konstytucji przez Sąd Najwyższy obywatel zapłaci wysoką cenę
Zły, brzydki, sexy
Urban nawet swe antywarunki fizyczne i pochodzenie potrafił przerobić na atut. Kpił ze swej brzydoty, wielkich uszu, nikczemnego wzrostu i na swój sposób jarał się nienawiścią, z jaką się tu i ówdzie spotykał. Bo dla wielu była to wyjątkowo odrażająca postać. Jednak nie brakowało mu fanów, i to nawet w III RP. Jeśli wytaczano mu sprawy za obrazę uczuć religijnych, ciągnące się latami procesy kończyły się uniewinnieniem. W 2011 r. patronował Ruchowi Palikota, a w 2014 r. oficjalnie poparł w wyborach Platformę Obywatelską. Wreszcie, nie brakowało kobiet, którym wydawał się sexy. Ostatnia z jego trzech żon Małgorzata Daniszewska (od 1985 r. do końca), również dziennikarka, redaktorka sensacyjnego magazynu „Zły”, młodsza od Urbana o 22 lata, przejawiała podobne upodobania do luksusu, alkoholu i cielesnych uciech. O początkach ich love story mówiła tak:
„Dla mnie ten facet był superatrakcyjny. Miał odpowiednie usta i był dobry w łóżku”.
Co najważniejsze, obydwoje byli pozbawieni skrupułów, bezwzględni i zręczni w rozgrywaniu ludzi, którzy mogli im być przydatni. Ich domostwo w Konstancinie słynęło z wystawnych przyjęć, na których spotykali się prominenci, świeżo upieczeni biznesmeni, a także twórcy i dziennikarze, którzy dodawali parze artystowskiego blichtru. Ze wszystkimi szybko zawierali sztamę, przechodzili na „ty” i… ich upijali.
Zasłużony w każdym systemie
W roku 1989, kiedy sypał się komunizm, Urbanowi w kwietniu powierzono fotel prezesa Radiokomitetu. Na tę funkcję powołał go premier Mieczysław Rakowski, przekonując starego kumpla z redakcji „Polityki”:
„Potrzebny nam jesteś na nowym stanowisku”.
Funkcję szefa Radiokomitetu sprawował ledwie kilka miesięcy, tylko do września 1989 r., jednak ten fakt i przełomowy czas wydają się symboliczne. W walącym się systemie dewizą Urbana było „nie ustępować, niech sami odwołują. Trzeba trwać, pomagać swoim”. I pomagał, wciąż mając znajomości na najróżniejszych polach. Zaraz po Okrągłym Stole (Urban z ramienia Radiokomitetu śledził obrady) gromkie pokrzykiwania przeciwko komunistom ucichły, zamieniając się w aprobatę dla konformistycznych ustaleń z Magdalenki. Okazało się, że ludzi cynicznych i pazernych łączy silniejsza więź niż „naiwną” opozycję.
Mimo wszystko zdumiewa późniejsza, potransformacyjna kariera tej jednej z najbardziej skompromitowanych postaci schyłku PRL-u. W III RP Urbana nigdy nie spotkała żadna krzywda czy afront, za nic nie został potępiony, a finansowo wzniósł się na milionerskie wyżyny. Trzeba mu jednak przyznać, że był pracowity i utalentowany: miał na koncie ponad 20 książek, scenariusze do kilku filmów, no i nieskończoną ilość felietonów. Jeszcze w 2025 r. radzono Adamowi Szłapce, by uczył się fachowości od Urbana. Jednak obecnemu rzecznikowi rządu daleko do intelektu i esprit tamtego mistrza obłudy.
Rzecznik podłości
Nie wszyscy puścili w niepamięć „dokonania” Urbana z czasów PRL. Niechęć najlepiej wyrażają epitety, którymi obdarzano Urbana: Goebbels stanu wojennego, wielki Manipulo, czerwona kanalia. Dla wielu pozostawał ikoną popkultury, jednym z najświetniejszych umysłów w Polsce. Aleksander Kwaśniewski wystawił mu laurkę w pogrzebowej, pożegnalnej mowie:
„Był błyskotliwym błaznem, prześmiewcą, krytykiem zakłamania, obłudy, bohaterszczyzny, narodowych wzmożeń. Prowokacje, skandale, wulgaryzmy to była jego metoda, ale i tarcza ochronna tego w istocie delikatnego człowieka”.
Intelekt Urbana komplementował też medioznawca i socjolog Tomasz Goban-Klas (dodajmy – wieloletni członek PZPR):
„Był mistrzem insynuacji, przekręcania argumentów i przeinaczeń”.
W okresie „najczarniejszego okresu czerwonej władzy” (1981–1989) Urban jako rzecznik prasowy Rady Ministrów był idealnym człowiekiem na tym stanowisku. Zachwycali nim się także zagraniczni korespondenci, obserwujący cotygodniowe, wtorkowe show Urbana w Centrum Prasowym „Interpress”. Ten łysy paskud potrafił znaleźć ciętą ripostę na każde niewygodne pytanie, usadzić dociekliwych i oponentów! Nie wszyscy dostrzegali propagandową stronę tych spotkań. Zauważał to przedstawiciel ambasady brytyjskiej w Warszawie:
„Ukazywał Polskę i Polaków w sposób zafałszowany, a często obraźliwy i szkalujący. Występował jako rzecznik swojego prywatnego światka, swojej grupy, która w jego interpretacji stanowi pewną wyższość”
– ocenił Urbana. Co jeszcze bardziej zadziwiające, wtorkowe popisy rzecznika rządu emitowane w TV wielu rodaków uważało za atrakcję.
„Ogromnie żałuję, że przestał Pan być rzecznikiem Rządu. Pana konferencje prasowe to artyzm w całym tego słowa znaczeniu. Obrona dobrego imienia Polski w świecie była dla mnie dowodem patriotyzmu”
– wyraziła swe poglądy pewna teleodbiorczyni, kiedy Urban skończył „rzecznikować”, bo kandydował (z porażką) do Sejmu w 1989 r. Właśnie ten entuzjazm wobec Urbana wydaje mi się najbardziej przerażający, dowodzący ślepoty PRL-owskiej inteligencji. Co tam, że kanalia – ale „nasza” kanalia, inteligencka, antykościelna, do tego self-made man. Urzeczenie eksrzecznikiem nie osłabło po ustrojowym przełomie, który nie tylko nie zaszkodził Urbanowi, a przeciwnie, pozwolił mu dojść do wielkiego majątku. Między innymi za sprawą sukcesu książki „Alfabet Urbana” i założonego w tym samym 1990 r. tygodnika „Nie”. Ten „satyryczny” periodyk pozwalał redaktorowi i skrzykniętej przez niego ekipie dziennikarskiej w niewybredny sposób atakować wszelkie tradycyjne wartości, nade wszystko Kościół.
Nieaktualne reguły
„Nie” powstało w okresie, gdy media – na krótko – stały się niezależne. Nareszcie dziennikarze mogli wypowiadać to, co uważali za prawdę. W należącej do polskiej spółki skarbu „Rzeczpospolitej” obowiązywała taka zasada: najpierw fakty (wielokrotnie sprawdzone! za błędy odpowiadał autor, a nie „chochlik” drukarski), potem, osobno, leciał odautorski komentarz. Kierownicy działów nalegali, żeby teksty były „ocenne”, czyli zawierały oryginalne opinie autora. W ten sposób budowano rozpoznawalność, charakter i wiarygodność pisma. Jeśli artykuł wywołał pisemny sprzeciw jakiegoś czytelnika, redakcja była zobowiązana wydrukować polemikę. I znów – autor mógł się ustosunkować, żeby bronić swych racji. Podobnie w stacjach radiowych – w programach emitowanych na żywo odbierano telefony od słuchaczy, którzy mogli na bieżąco dzielić się wrażeniami z redaktorem prowadzącym. Bo media w III RP miały być PUBLICZNE, tworzone według społecznych potrzeb.
Tamte reguły od dawna są nieaktualne. Wraz z wyprzedawaniem mediów zagranicznym inwestorom po cichu wróciła cenzura. Mniej więcej za pierwszego Tuska znów media znalazły się pod kuratelą rządową. Dziennikarzom zakazywano poruszania pewnych tematów, a w razie niesubordynacji – pokazywano drzwi. Wróciło przekłamywanie faktów i insynuacje, kompromitujące osoby będące „na celowniku” decydentów. Autorzy oszczerczych tekstów mogą spać spokojnie. W ich obronie stają prawnicy zatrudnieni przez każde większe medium, odpierający ewentualne zarzuty, apele na sprostowaniach, próbach samoobrony szkalowanych osób. Taki ktoś właściwie nie ma szans na sprostowanie kłamstw. Jedyna droga – pozwać redakcję do sądu za naruszenie dóbr osobistych. A wtedy redakcyjni prawnicy zrobią z delikwenta miazgę.
Spadkobiercy
Te metody to dziedzictwo Urbana. Dlaczego okazało się tak trwałe? Nie tylko dlatego, że „Nie” wciąż się ukazuje, ku uciesze lewackiej, antyklerykalnej części społeczeństwa. Już na początku istnienia „Nie” Urbanowi udało się wmówić czytelnikom, że knajacki styl pisemka to właśnie wykwit ustrojowej zmiany i dowód „wolności” słowa. Poza tym „Uszatek” wyczuł, że najbardziej podatni na deprawację są ci, którzy po zmianie ustroju poczuli się zagrożeni w swej pozycji duchowo-intelektualnych przywódców. Nietrudno też było skorumpować dziennikarzy i tzw. salon. Bo o ile za socu niedostatki kasy nie odbierały blasku, o tyle w potransformacyjnej Polsce bieda oznaczała społeczną degradację. Taka perspektywa złamała kręgosłupy większości. Dziennikarska uczciwość przestała się liczyć. Pisze się, mówi i tworzy pod tezę narzuconą przez politykę, pracodawców, sponsorów.
Do tego Urban i jego „Nie” wyznaczyli nowe standardy formalne. Dosadny język, żarty „z grubej rury”, dezawuowanie autorytetów plus sprytnie rozsiewana dezinformacja stały się spécialité de la maison Urbanowego tygodnika. Z upływem lat „Nie” zainfekowało media głównego nurtu. Z pewnością też przyczyniło się do powszechnej akceptacji słownego ścieku w mediach społecznościowych. Dziś mediaworkerzy mają więcej narzędzi niż kilka lat temu. Korzystają z usług AI wpływającej na przekonania w nieagresywny sposób, ale skuteczniej niż publicyści. Jedyny pozytyw: media mainstreamowe straciły niegdysiejszy monopol – teraz każdy może wypowiadać swe opinie w sieci, na kanałach YouTube i zdobyć tam audytorium.
Wzorzec propagandy i dezinformacji
Od Urbana można też uczyć się, jak preparować propagandę sukcesu (co stara się opanować Adam Szłapka), ale też, jak tuszować wydarzenia niewygodne dla władz. Tylko „Uszatek” wiedział, jak wygumkować z mediów śmierć Grzegorza Przemyka. W zwalczaniu Kościoła był niedościgłym mistrzem. Deprecjonował kanonizowanego w 1982 r. Maksymiliana Kolbego, co spotkało się z protestem Episkopatu. Jednak najzajadlej zwalczał księdza Jerzego Popiełuszkę. Na temat tego duchownego produkował paszkwile pod własnym nazwiskiem lub pseudonimami (najczęściej Jan Rem), a publikował je w oficjalnej prasie, nad którą czuwała cenzura. Bodaj najpaskudniejszy był wyssany z palca tekst „Garsoniera obywatela Popiełuszki” wydrukowany w „Expressie Wieczornym” w grudniu 1983 r.
Czy te nagonki przyczyniły się do zabójstwa kapłana? Tak wielu uważa. Przypominają się te teksty w kontekście publikowanych w ostatnim czasie w mediach głównego nurtu „rewelacji” o wykupywaniu kawalerek przez Karola Nawrockiego, jego „sutenerstwie” i kibolstwie. A w ogóle to wybrały go społeczne doły, że nie pasuje do „elit”. Wszystko po to, by przekonać opiniotwórcze gremia, że to nie „ich” prezydent, a tym samym osłabić jego pozycję, podważyć wagę decyzji. Jad jak wyssany z urbanowego systemu oszczerstw.
Rocznicowy pic
Tego też prestidigitator propagandy by się nie powstydził: TVP w likwidacji, zarządzana przed Tomasza Syguta, pominęła milczeniem 2. rocznicę przejęcia siedzib TVP przy ul. Woronicza i przy Placu Powstańców (zrobili to „silni ludzie” Bartłomieja Sienkiewicza, ministra kultury w nowym rządzie Tuska, 20 grudnia 2023 r.). Jak na ironię, niecałe trzy tygodnie później, 8 stycznia br., TVP wyemitowała duszoszczypatielny program „Niebezpieczne związki” prowadzony przez Dorotę Wysocką-Schnepf o… 10. rocznicy „nielegalnego przejęcia TVP przez PiS” w 2016 r. Wtedy prezesem TVP mianowany został Jacek Kurski, który, owszem, dokonał wielu zmian personalnych, jednak dalekie było to od czystek w mediach z 2023 i 2024 r., kiedy przetasowania kadrowe dotknęły wszystkie stacje TVP i publicznego radia.
W 2023 r. wstrząs był bodaj mocniejszy niż w stanie wojennym. Do budynków wdarli się uzbrojeni policjanci, wyłączono sygnał polskich stacji, uniemożliwiono pracownikom wejście do budynków, pozbawiono ich kart wstępu i możliwości zabrania własnych rzeczy. Porównania ze stanem wojennym same się nasuwały. Jednak… było jakby brutalniej. Po puczu Jaruzelskiego czystki kadrowe objęły około 400 osób, tym razem pracę straciło prawie 700 osób, a innym po prostu nie przedłużono umów. Zdjęto z anteny wiele programów, przetrzebiono i usunięto niektóre archiwizowane „niewygodne” programy. Co najgorsze – elity, sprzyjające obecnej władzy, jakby niczego nie zauważyły… Urbana też lubiono.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]




