Cień Grupy D. Jak komanda śmierci MSW zainfekowały III Rzeczpospolitą
Co musisz wiedzieć:
- Samodzielna Grupa D była tajną komórką Departamentu IV MSW – działała w ramach Służba Bezpieczeństwa i zajmowała się „dezintegracją” środowisk kościelnych oraz opozycyjnych, stosując metody operacyjne wykraczające poza standardowe działania wywiadowcze.
- Struktura ta jest łączona ze sprawą zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki – wątek odpowiedzialności funkcjonariuszy i ewentualnego łańcucha decyzyjnego ponad bezpośrednimi wykonawcami pozostaje przedmiotem debat historycznych i śledczych.
- Autor wskazuje na niewyjaśnione wątki po 1989 roku – w tekście pojawia się teza, że część dawnych funkcjonariuszy mogła zachować wpływy w III RP, a nierozliczone sprawy z lat 80. miały oddziaływać na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w kolejnych dekadach.
Choć formalnie Służba Bezpieczeństwa przestała istnieć w 1990 roku, jej najmroczniejszy relikt – Grupa D – pozostawił po sobie spuściznę, która paraliżowała polski wymiar sprawiedliwości przez dekady.. To historia o terrorze i prokuratorze, którego zniszczono metodami rodem z podręczników KGB, gdy tylko zbliżył się do prawdy o zleceniodawcach mordu na księdzu Jerzym Popiełuszce.
Samodzielna Grupa D
W oficjalnych podręcznikach historii data 1990 roku wyznacza cezurę – koniec ponurej epoki PRL i początek wolności. Jednak w zaciszu gabinetów, na zapleczach willi w Konstancinie oraz Magdalence i w zadymionych pokojach przesłuchań na Rakowieckiej, czas płynął inaczej. Służba Bezpieczeństwa formalnie przestała istnieć, ale jej najmroczniejsze dziecko – Grupa D – nigdy nie złożyło broni. To opowieść o ludziach, którzy zmienili mundury na garnitury, a pistolety na teczki z hakami, paraliżując rodzącą się demokrację.
W strukturach MSW istniały komórki, o których szeptano nawet na korytarzach na Rakowieckiej. Nie zajmowały się wywiadem. Nie ścigały szpiegów. Były to de facto państwowe grupy przestępcze, a ich zadaniem była „dezintegracja”. To biurokratyczne słowo kryło w sobie terror, łamanie kości i łamanie sumień.
- Komunikat dla mieszkańców Białegostoku
- Komunikat dla mieszkańców woj. śląskiego
- Przewodnicząca KRS: SAFE budzi poważne wątpliwości konstytucyjne
- SAFE – sprzęt wojskowy nie dla Polski, a dla armii UE? Istnieje realne zagrożenie
- Komunikat dla mieszkańców woj. lubelskiego
- Komunikat dla abonentów sieci Plus
- Biedronki, Stokrotki i inne Dino(zaury). O pracy ponad siły w sieciach handlowych w Polsce
- IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach
- NFZ wydał pilny komunikat
- Niemcy biją na alarm. "Pieniądze prawdopodobnie przepadły"
- Władimir Siemirunnij zdobył srebrny medal. Rosja nam tego nie wybaczy
Samodzielna Grupa D (od „Dezintegracja” lub „Dezinformacja”) Departamentu IV MSW to wierzchołek zbrodniczych struktur tego resortu. Powołana w listopadzie 1973 roku (wcześniej jako Sekcja IV), miała jeden cel: niszczenie Kościoła katolickiego od środka i zewnątrz metodami pozaprawnymi. Kierownicze funkcje piastowali w niej m.in. odpowiedzialni za śmierć bł. ks. Jerzego Popiełuszki – kpt. Grzegorz Piotrowski oraz gen. Zenon Płatek – dyrektor Departamentu IV. Była to de facto zorganizowana grupa przestępcza działająca pod parasolem państwa, której celem była fizyczna eliminacja przeciwników, terror i dezintegracja. Jej funkcjonariusze, działający w ścisłej koordynacji z KGB, mieli jeden cel: niszczenie Kościoła od środka.
Szkoła zbrodni. Od pornografii do morderstwa
Arsenał Grupy D był bogaty i brudny. Od podrzucania duchownym pornografii i narkotyków (jak w prowokacji na ul. Chłodnej wobec ks. Popiełuszki), przez podpalenia i niszczenie mienia, aż po pobicia i skrytobójstwa. Ich największym sukcesem operacyjnym było wywołanie paranoi – ofiary zaczynały podejrzewać się nawzajem o zdradę. Metody Grupy D, ściśle koordynowane z moskiewskim KGB, przypominały scenariusz gangsterskiego filmu. Nie chodziło tylko o zabijanie – chodziło o zniszczenie reputacji, o „śmierć cywilną”.
Idealnym przykładem była prowokacja na ulicy Chłodnej 15 w Warszawie w. Funkcjonariusze przed oficjalną rewizją włamali się do mieszkania ks. Jerzego Popiełuszki. Zamienili je w scenografię z piekła rodem, podrzucając tysiące ulotek, materiały wybuchowe, broń i amunicję. Wszystko po to, by w blasku świateł reżimowej telewizji wyprowadzić kapłana w kajdankach jako „niebezpiecznego ekstremistę”. To był ich podpis: zasiać wątpliwość. Sprawić, by ofiary zaczęły podejrzewać się nawzajem. Największym sukcesem Grupy D nie były aresztowania, ale momenty, w których opozycjoniści przestawali sobie ufać, wietrząc wszędzie zdradę.
Jednak Grupa D to nie tylko Warszawa i głośna sprawa zabójstwa ks. Jerzego. Macki resortu sięgały głębiej. Niewykluczone, że to właśnie esbecy z tej struktury stoją za niewyjaśnionymi śmierciami księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha u schyłku PRL.
„Grupa Perka” – śląskie komando
W cieniu centrali MSW Kiszczaka działała brutalna struktura regionalna. W kwietniu 1980 roku w Katowicach sformowano grupę specjalną pod dowództwem Edmunda Perka – „Grupę Perka”. Perek, niewykształcony funkcjonariusz, który braki w edukacji nadrabiał „nadzwyczajną skutecznością” w werbunku agentury oraz bezwzględnością, stworzył i dowodził na Śląsku filią Grupy D.
Edmund Perek, urodzony w 1927 roku, rozpoczął służbę w bezpiece w 1948 r., po zgłoszeniu się do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Po kursie w Szkole Specjalnej WUBP szybko doceniono jego przydatność operacyjną – już w 1949 r. zauważono, że w werbowaniu tajnych współpracowników jest „nadzwyczaj skuteczny". W 1953 r. objął kierownictwo Sekcji I Wydziału w katowickim UB/SB, odpowiedzialnej za sprawy wyznaniowe.
Po utworzeniu w 1962 r. Departamentu IV MSW Perek został kierownikiem grupy I w katowickim pionie IV, i rozpracowywał Kurię w Katowicach. Mimo ogromnych zasług dla katowickiej SB – w tym wieloletniej pracy nad werbunkiem agentury w Kurii i dezintegrowaniem środowiska kościelnego – do końca służby w 1990 r. pozostał zastępcą naczelnika Wydziału IV. Powód był banalny – nigdy nie zdobył wyższego wykształcenia. Dopiero w 1983 r., po szczególnych sukcesach, otrzymał awans na podpułkownika. „Bazą” Grupy Perka był dom letniskowy ówczesnego komendanta WUSW w Katowicach Jerzego Gruby, który zresztą karierę zaczynał w latach 50. w UB.
Pobicia, zabójstwa, ostrzeżenia
To podwładni Perka mają na koncie pobicia działaczy „Solidarności” na Górze św. Anny podczas pielgrzymki Jana Pawła II czy pod kościołem w Gliwicach i katedrą w Katowicach. Perek zmarł w szpitalu jako resortowy emeryt w listopadzie 1992 roku. Najbardziej przerażający jest jednak wątek pacyfikacji kopalni „Wujek”. W chaosie pacyfikacji świadkowie dostrzegli postacie, które nie pasowały do obrazka. Nie mają mundurów ZOMO, poruszają się inaczej, strzelają celnie. Czy to ludzie Perka pociągali za spust, wykonując brudną robotę, której nie chcieli robić milicjanci? Prokuratorzy, często wywodzący się z tego samego układu milicyjno-towarzyskiego, nigdy nie pozwolili, by to pytanie wybrzmiało na sali sądowej.
Ciekawe jest to, że gdy jego nazwisko w 1994 roku pojawiło się podczas procesu w sprawie pacyfikacji „Wujek”, nieznani sprawcy zamordowali w mieszkaniu jego żonę, której ciało nosiło ślady tortur. Nie stwierdzono śladów włamania, czyli ofiara znała sprawców, a z mieszkania nic nie zginęło. To klasyczny podpis służb – uciszanie świadków i ostrzeżenie dla żywych.
Także dla Romualda Cieślaka, dowódcę plutonu specjalnego ZOMO, który strzelał do górników. Kiedy trwało śledztwo i proces w sprawie pacyfikacji kopalni, „nieznani sprawcy” potrącili samochodem na przejściu, tuż obok jego mieszkania, żonę. Kobieta, w zaawansowanej ciąży, ledwo przeżyła. Cieślak sygnał zrozumiał i pogodził się z wyznaczoną rolą w procesie.
Proces toruński jako operacja dezinformacyjna
Proces zabójców księdza Jerzego Popiełuszki w Toruniu (27 grudnia 1984 – 7 lutego 1985) był w istocie przedłużeniem działań dezinformacyjnych i dezintegracyjnych Departamentu IV MSW – tym razem prowadzonych przeciwko własnej prokuraturze i opinii publicznej. Resort MSW, którym kierował Czesław Kiszczak, zablokował istnienie i ujawnienie związków Grupy D ze zbrodnią, chroniąc łańcuch rozkazów na wysokich szczeblach.
Ksiądz Jerzy Popiełuszko został porwany 19 października 1984 r., późnym wieczorem, ok. 21.30. Po ujęciu porywaczy – Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali, Waldemara Chmielewskiego oraz wicedyrektora Departamentu IV Adama Pietruszkę, władze zorganizowały w Toruniu spektakl, a nie proces.
Historycy są zgodni: reżyserem był resort Czesława Kiszczaka. Celem było skazanie bezpośrednich wykonawców (Piotrowskiego i spółki) jako „samowolnych sprawców”, by odciąć łańcuch dowodów prowadzący do góry. Niebezpieczne dla Kiszczaka było, że Chmielewski, jeden z trójki morderców, pochodził z tzw. rodziny resortowej. Jego dziadek był funkcjonariuszem UB, a ojciec Zenon – jednym z najbardziej doświadczonych oficerów Departamentu IV MSW; współorganizował prześladowania Kościoła (kierował m.in. inwigilacją kard. Stefana Wyszyńskiego). Sądowa farsa w Toruniu była w istocie przedłużeniem działań dezintegracyjnych Grupy D – tym razem wymierzonych w opinię publiczną, aby ukryć politycznych decydentów zbrodni.
Prokurator na celowniku. Metody SB w wolnej Polsce
Transformacja ustrojowa 1989 roku miała przynieść sprawiedliwość. Ale dla prokuratora Andrzeja Witkowskiego stała się początkiem kafkowskiego koszmaru. Witkowski, człowiek o niezłomnym charakterze, postanowił zrobić to, czego bała się większość: pójść po mocodawców zbrodni na ks. Popiełuszce. Chciał oskarżyć generałów: Kiszczaka, Ciastonia, Płatka a nawet sięgnąć po Jaruzelskiego.
Z jego zespołu „przypadkowo” odchodzili ludzie, paraliżując pracę.
Prokuratora Witkowskiego odsunięto od śledztwa w listopadzie–grudniu 1991 r. przez ówczesne kierownictwo prokuratury - oficjalnie powoływano się na konieczność „reorganizacji” i „przekształceń” kompetencji prokuratorskich. Witkowski wielokrotnie wyraźnie mówił, że w tym czasie zbliżał się do wniosku o postawienie w stan oskarżenia m.in. generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka, co oznaczało, że łańcuch dowodów prowadził wprost do najwyższego szczebla władzy PRL.
W 2004 roku odebrano mu po raz kolejny śledztwo pod wątpliwym pretekstem, prawdopodobnie by uniemożliwić przesłuchanie Jaruzelskiego i Kiszczaka oraz postawić zarzuty. Szef pionu śledczego IPN, prof. Witold Kulesza, podał oficjalnie jako powód fakt, że Witkowski był przesłuchany jako świadek w procesie dotyczących inspirowania zabójstwa księdza, co miałoby uniemożliwiać mu dalsze prowadzenie postępowania. Zresztą Witold Kulesza wiele razy publicznie deprecjonował pracę Witkowskiego, zarzucając mu „zbytnią drobiazgowość”, co w rzeczywistości było uderzeniem w zgromadzony materiał dowodowy.
Przeniesienie śledztwa
Decyzją Kuleszy śledztwo przeniesiono do IPN w Katowicach – na teren regionu dawnej działalności i wpływów Grupy Perka. Do miasta, gdzie duch Edmunda Perka i wpływy starych układów były wciąż żywe.
Śledztwo prowadził prokurator Przemysław Piątek, podwładny prokurator Ewy Koj – tej samej, która w kontrowersyjnych okolicznościach w 2006 roku umorzyła sprawę śmierci ks. Blachnickiego. Efekt? Śledztwo zamrożono na lata, a kluczowe dowody straciły na znaczeniu.
Spuścizna zła
Metody dezintegracji, polaryzacji i niszczenia ludzi, które widoczne są w dzisiejszej sferze publicznej, noszą wyraźne znamiona wschodniej szkoły wywiadu. Ludzie, tacy jak podwładni Perka nie zniknęli po 1989 roku. Wielu z nich, pozytywnie zweryfikowanych lub w ogóle nie niepokojonych, zasiliło szeregi nowej Policji, UOP, a co gorsza – prywatnego biznesu i agencji ochrony. Wynieśli ze sobą nie tylko umiejętności operacyjne, ale i „szafy” pełne kompromitujących materiałów na dzisiejsze elity i brak skrupułów.
Istnieje uzasadniona obawa, że to właśnie te nierozliczone struktury MSW stały się zaczynem dla mafii pruszkowskiej i wołomińskiej lat 90. Bezkarność sprawców zdemoralizowała wymiar sprawiedliwości. III Rzeczpospolita odziedziczyła „wrzód”, który przez lata infekował życie publiczne niejawnymi powiązaniami i szantażami. Dziś, gdy obserwujemy „wycieki” materiałów ze śledztw służące do medialnego mordu przed wyrokiem sądu, widzimy tę samą technikę, którą Grupa D stosowała wobec ks. Bardeckiego, Popiełuszki czy Jana Pawła II.
Pytanie, czy to tylko naśladownictwo, czy może dowód na to, że stare aktywa bezpieki i rosyjskich służb wciąż są w grze?




