„Pojedynek” - mocny dramat o próbie złamania człowieka (recenzja)
Co musisz wiedzieć:
- "Pojedynek" to dramat psychologiczny Łukasza Palkowskiego o próbie przewerbowania polskich oficerów w Kozielsku przez majora NKWD.
- W opinii autora film wyróżnia się mocną obsadą, wiarygodną scenografią, zdjęciami i muzyką.
- „Pojedynek” stawia aktualne pytania o polską tożsamość, wierność wartościom oraz to, czy tragiczna historia jest dla nas ciężarem, czy źródłem siły.
Pojedynek w sanatorium u Gorkiego
„Pojedynek” to film o sowieckiej agresji na Polskę i zakończonej masowym mordem próbie przeciągnięcia na stronę Moskwy uwięzionych w Kozielsku przedstawicieli polskiej elity. Choć sam obraz zaczyna udana i bardzo mocna scena batalistyczna, reszta filmu to dramat czy – jak chce dystrybutor – thriller psychologiczny. Tytułowy pojedynek rozgrywa się między stworzoną na potrzeby filmu postacią Karola Grabowskiego, genialnego pianisty, początkowo próbującego ukryć swoją tożsamość, i Wasilijem Zarubinem, majorem NKWD z intelektualnymi aspiracjami i ambicją wykreowania nowej, powojennej elity świata, który próbuje Grabowskiego przekonać do zdrady.
- Komunikat dla mieszkańców woj. lubelskiego
- W ramach SAFE dostaniemy sprzęt z demobilu? Gen. Wroński: Nigdzie nie wyartykułowano, że będzie nowy
- Kto stoi za największym załamaniem oglądalności w historii TVP Info?
- Niemcy w tarapatach. Wracają niebezpieczne Tapinoma magnum
- Zarobki Książulo. Te kwoty przyprawiają o zawrót głowy
- Burza w Tańcu z Gwiazdami. Ta decyzja zaskoczyła widzów
- Komisja Wenecka akceptuje segregację sędziów. Ekspert: To przekracza granicę, której przekraczać nie wolno
- Netanjahu: "wiele wskazuje, że najwyższego przywódcy Iranu Alego Chamenei już nie ma"
Od uśmiechu do płaczu
Pianistę gra Jakub Gierszał, którego Palkowski wcześniej umieścił już w głównej roli swojego poprzedniego pełnego metrażu. „Najlepszy” na ekrany wszedł w 2017 roku i opowiadał o losach Jerzego Górskiego, triatlonisty, który najpierw zaliczył całkowity upadek jako człowiek, by odbić się od samego dna i osiągnąć w sporcie wszystko, co było do osiągnięcia. „Najlepszy” odniósł spory sukces w kinach, choć już niekoniecznie w recenzjach krytyków, był zresztą filmem bardzo wyczekiwanym. Wcześniej bowiem Palkowski wygrał wszystko, robiąc znakomity film „Bogowie” pokazujący bój, który z władzami PRL i wszechobecną niemocą toczył nasz genialny kardiochirurg Zbigniew Religa wraz z gronem oddanych współpracowników. „Bogowie” zdobyli szereg nagród środowiskowych, byli też w swoim czasie najchętniej oglądanym w kinach polskim filmem. Wcześniej był jeszcze „Rezerwat” – stworzony z Marcinem Kwaśnym jako współscenarzystą i odtwórcą głównej roli ciepły portret cieszących się najgorszą sławą podwórek i kamienic starej warszawskiej Pragi.
Po tych trzech filmach krytyka zarzucała Palkowskiemu, że wszystkie jego filmy mają służyć poprawie samopoczucia widza. Ten zarzut wydaje mi się mocno krzywdzący, o ile w ogóle można uznać takie stwierdzenie za zarzut. Czy „Pojedynek” również wprawi kogoś w lepszy nastrój? Nie sądzę. Nie pamiętam, czy po przedpremierowym pokazie, w którym miałem okazję uczestniczyć, w niewielkiej sali kinowej przy Muzeum Sztuki Nowoczesnej rozległy się oklaski. Jeśli tak, to bardziej moją uwagę przykuł płacz dobiegający z wielu rzędów. Przy czym nie był to lament nad złym filmem, wręcz przeciwnie – dowód na to, jak wiarygodnie udało się Łukaszowi Palkowskiemu pokazać dramatyzm losów polskich elit, których gehenna zaczęła się w obliczu niemieckiego i sowieckiego ataku na nasz kraj, a skończyła w stercie zepchniętych do głębokiego wykopanego w katyńskim lesie stosu ciał.
Major z innego świata
Nim jednak dotrzemy do tego dramatycznego końca drogi Grabowskiego i jego towarzyszy, przejdziemy z nimi pozornie nienajgorszą w porównaniu z losami wielu Polaków drogę. Nienajgorszą, bo choć są oni uwiezieni w dziwnym obozie (oficjalnie funkcjonującym jako sanatorium im. Gorkiego!), którego sami sowieci za obóz jeniecki uznać nie chcą, więc i praw jeńców więźniom nie dają, bywają bici i prześladowani, wciąż jednak próbuje się ich kusić. Ba! Kuszenie to rozgrywa się niemal w myśl „postulatu” Zbigniewa Herberta sformułowanego w „Potędze smaku”.
Zarubin, choć pochodzący z robotniczej rodziny, zdążył nabrać ogłady, podróżując i pomieszkując w wielu krajach, między innymi w Niemczech, we Francji, a nawet w Chinach jako sowiecki agent. Mówił wieloma językami, znał się na muzyce i innych dziedzinach sztuki, a przy tym, co wynika z samych świadectw, potrafił być i bywał ludzki dla swoich „podopiecznych”. Był właścicielem obwoźnej, składającej się z kilkuset książek w kilku językach biblioteki, którą udostępniał jeńcom. Choć akurat tego nie zobaczymy w filmie, z relacji ocalałych wynika, że na polecenie najstarszego stopniem uwięzionego, gen. Henryka Minkiewicza, Polacy w obozie oddawali Zarubinowi honory oficerskie.
Ta relacja musiała być więc dość nietypowa, choć oczywiście nie znaczy to, że mamy się nad majorem jakoś specjalnie roztkliwiać. Swoją misję przewerbowania Polaków przegrał, nie uratował ich przed śmiercią, ale też nie poniósł konsekwencji porażki swego „eksperymentu wychowawczego”. Z Kozielska dość szybko trafił na misję w Waszyngtonie, gdzie z większym już powodzeniem werbował kolejnych agentów. Po dekonspiracji wrócił do Związku Radzieckiego, by tam przejść z przyczyn zdrowotnych do rezerwy.
Uhonorowany wieloma odznaczeniami zmarł 33 lata później niż większość polskich oficerów, z którymi zetknął go wojenny los. Filmowego Zarubina gra znany między innymi z roli Petyra Baelisha (zwanego Littlefinger) Irlandczyk Aidan Gillen. W swojej roli wypada bardzo przekonująco, tym bardziej że jak swój historyczny odpowiednik swoje rozmowy z jeńcami prowadzi – w zależności od ich specyfiki – po francusku lub – jak z Grabowskim – po angielsku. Jednak część scen odegrać musiał po rosyjsku i to – jak mówi Palkowski – wymagało dużo więcej pracy i dzielenia scen na krótsze fragmenty. W filmie, oprócz licznych aktorów ukraińskich grających postacie rosyjskojęzyczne, znajdziemy jeszcze jednego gościa z Wysp. To wiekowy już Paul Freeman, tu w roli woźnicy-szambiarza pomagającego Grabowskiemu w ucieczce.
Pełen przekrój
W polskiej obsadzie filmu poza Gierszałem znajdziemy kilka mniej lub bardziej znanych nazwisk. Tomasz Kot gra złego ducha całej opowieści – pojawiającego się jako zwiastun nieszczęścia i śmierci Ławrientija Berię. Bogusław Linda jest obozowym lekarzem funkcjonującym gdzieś w zawieszeniu w strukturze i hierarchii, jednak z takim samym jak wszyscy niewypowiedzianym wyrokiem śmierci. Jeńcy stanowią cały przekrój ówczesnej polskiej elity. Jest pułkownik Tucholski, jak go określa grający tę postać Antoni Pawlicki – „pozytywny antysemita”. Jest żydowski matematyk, Leon Sztein, grany przez Wojciecha Mecwaldowskiego. Wśród tłumu postaci pojawia się też między innymi góral, pilot Maciej Gąsienica, grany przez młodszego brata reżysera, Grzegorza, który przed laty dał się poznać jako świetny aktor dziecięcy w „Rezerwacie”, w którym grał rolę małego chuligana z niesamowitym talentem do robienia zdjęć.
Łukasz Palkowski ma talent do kreowania ciekawych i dobrze służących jego filmom postaci dziecięcych. Tu rolę tę odgrywa syn Wasilija Zarubina, Saszka (Grisza Gorobuczuk). Mały chłopiec w realiach obozowych jest kimś wyjątkowym. Jako syn Zarubina cieszy się wyjątkową swobodą, nie jest jednak, jak można by się spodziewać, początkującym małym psychopatą korzystającym ze swej bezkarności. Wręcz przeciwnie – to wrażliwy dzieciak, który najpierw przygarnia włóczącego się za Grabowskim bezdomnego psa, a później zaprzyjaźnia się z samym pianistą, który, choć niechętnie, zaczyna uczyć go gry na instrumencie. I to właśnie postać Saszki (nie bez pomocy psa) wprowadzi w akcję trochę humoru, ale też całkiem dużą dawkę wzruszeń. Są tu też wreszcie postacie kobiece.
Matka Boska Kozielska
Grana przez Julię Pietruchę pilotka Janina Lewandowska była jedyną kobietą w obozie. Narażona na ciągłe ataki sowieckich sołdatów (którzy później zasłyną z gwałtów podczas swego triumfalnego pochodu na Zachód), pełniła wśród uwięzionych Polaków wyjątkowa rolę.
– To był mój powrót do aktorstwa po latach. Zaintrygował mnie scenariusz i postać Janiny Lewandowskiej – jedynej kobiety w Kozielsku, pilotki, osoby silnej i jednocześnie bardzo wrażliwej. Interesowało mnie, jak funkcjonowała w męskim świecie obozu. Wiem, że była nazywana „Matką Boską Kozielską”, bo pełniła rolę opiekunki i rozjemczyni. Jej siła polegała na wrażliwości
– mówiła po pokazie Pietrucha, która w filmie miała także okazję zaśpiewać podczas obozowej Wigilii (która kojarzyć się może ze sławną „Wigilią na Syberii” Jacka Malczewskiego i inspirowaną nią piosenką Kaczmarskiego), śpiewa też (wspólnie z Mrozem) towarzyszącą premierze piosenkę „Anioły”. Ta ostatnia ma na YouTubie już ponad 1,3 miliona odsłon. Oby była to dobra zapowiedź podobnego sukcesu frekwencyjnego samego filmu.
Na chwilę na ekranie pojawia się też Anna Próchniak, grająca żonę Grabowskiego, lecz ten krótki moment jest istotny dla dopełnienia postaci głównego bohatera.
– Moja bohaterka […] jest dramaturgicznie bardzo ważna
– tłumaczy Próchniak.
– To ona otwiera dostęp do świata emocjonalnego Karola. Widz dostaje wgląd w to, czego on nie pokazuje innym
– mówi aktorka. Karykaturalną rolę odwiedzającej więźniów z gazetkami propagandystki gra Magdalena Koleśnik, w jednej scenie pojawia się Rosjanka Tania (Daria Polunina) i to tyle, jeśli chodzi o kobiety na ekranie.
Długa droga do filmu…
Ważnym elementem filmu są znakomite, klimatyczne zdjęcia Piotra Sobocińskiego juniora, a klimat współtworzy również udana muzyka Bartosza Chajdeckiego. Scenografia jest wiarygodna, podobnie jak gra aktorska, a wszystko składa się w obraz wiarygodny, mogący jednym historię przypomnieć, a innym przybliżyć.
– Chcieliśmy, by film był uniwersalny i nie wymagał ogromnego historycznego zaplecza. Młodsze pokolenia często nie mają tego bagażu – i nie wiem, czy to dobrze, czy źle. W pewnym sensie im zazdroszczę, że nie muszą nosić ciężaru historii tak jak my
– mówił po pokazie Palkowski. Scenariusz filmu, za który odpowiadają Dżamila Ankiewicz, Agatha Dominik i Robert Gliński, powstał na motywach wcześniejszego scenariusza Ankiewicz i Glińskiego, który z kolei oparty był na dwóch opowiadaniach Glińskiego i opublikowany został pod tytułem „Sanatorium im. Gorkiego” już w 2002 roku w miesięczniku „Dialog”. Scenariusz ten jest jednak jeszcze starszy, w 2017 roku w rozmowie z „Gazetą Polską Codziennie” Robert Gliński, nagrodzony za „Sanatorium…” nagrodą Ministerstwa Kultury, mówił, że nie jest w stanie zrealizować tego projektu od 20 lat. Jak widać, wreszcie się udało, choć i teraz prace trwały dość długo. Jak mówi Sobociński, nad ostateczną wersją scenariusza prace zaczęto w trochę innych od obecnych realiach.
– W międzyczasie wybuchła wojna w Ukrainie i wiele rzeczy nabrało innego wymiaru. Zaczęliśmy zadawać sobie pytanie: Jak my byśmy się zachowali?
– mówił autor zdjęć. Reżyser dodał:
– Historia ma tendencję do powtarzania się. Niewiele się jako ludzkość uczymy. Jeśli jest moment, by spojrzeć wstecz i zastanowić się, gdzie popełnialiśmy błędy, warto to zrobić. Nie mam złudzeń, że kino zmieni świat, ale może skłonić do refleksji.
Wcześniej, podczas tej samej dyskusji, Łukasz Palkowski zwrócił uwagę na wpisanie się „Pojedynku” w dyskusje o tym, kim są i jak przez całą swa historię zachowują się Polacy.
– Ten film dotyka rany
– mówi Palkowski
– wiedzy o tym, że byliśmy mordowani, że musieliśmy podejmować dramatyczne decyzje. I kiedy dziś znów stoimy wobec podobnych dylematów, pojawia się pytanie, czy ta wiedza nas obciąża, czy daje siłę. Miałem po seansie refleksję, że może to wcale nie jest ciężar, tylko coś zgodnego z naszą naturą. W filmie pada zdanie, że jesteśmy nieracjonalni i uparci. Może po prostu tacy jesteśmy.
… zakończona sukcesem
„Pojedynek” swą premierę będzie miał 27 lutego. Nie wiem, czy frekwencyjnie prześcignie „Bogów”, nie wiem też, czy sam Palkowski miał takie ambicje. Myślę jednak, że film ten zasługuje na szeroką widownię i dobry odbiór. Recenzując przez lata polskie filmy historyczne, bardzo często musiałem pisać, że są to produkcje dobre pomimo pewnych braków budżetowych lub warsztatowych (drugie wynikały na ogół z pierwszych). Tym razem nie mam w ogóle takich uwag, ponieważ „Pojedynkowi” naprawdę niczego nie brakuje. Wydawałoby się, że z kilku powodów nie jesteśmy w najlepszym momencie dla tworzenia takiego kina, a jednak – dzięki samozaparciu, talentowi twórców i dobremu scenariuszowi, a także wsparciu stworzonych do tego instytucji państwa – udało się.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




