Polityka klimatyczna zaczyna pękać
Co musisz wiedzieć:
- System ETS2 może znacząco podnieść koszty życia i energii w Europie, a skala jego konsekwencji wciąż nie jest w pełni uświadomiona opinii publicznej.
- Polityka klimatyczna Zachodu zaczyna się zmieniać m.in. pod wpływem działań administracji Donalda Trumpa, która stawia na rozwój wydobycia surowców i deregulację zamiast ograniczeń emisji.
- Rosnące koszty energii i presja gospodarcza powodują, że coraz więcej europejskich polityków zaczyna otwarcie mówić o potrzebie rewizji lub ograniczenia systemu ETS.
Współczesną politykę klimatyczną od początku lat 90. warunkowały rozmaite dokumenty tworzone przez ONZ i porozumienia zawierane podczas kolejnych poświęconych kwestiom ekologii i emisji CO2 szczytów klimatycznych. Poza dokumentami europejskimi, takimi jak Zielony Ład, Fit for 55 czy ETS, kluczowe są tu Ramowa konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, będąca efektem szczytu w Rio de Janeiro w 1992 roku, protokół z Kioto z 1997, po raz pierwszy wprowadzający limity emisji przyjęte przez państwa rozwinięte, oraz późniejsze o 18 lat porozumienia paryskie, podczas których państwa deklarowały pod międzynarodową presją kolejne samoograniczenia.
Dla Europy postanowienia wszystkich tych szczytów były niekwestionowalne (pomimo sprzeciwu poszczególnych rządów) i stanowiły podstawę tworzenia unijnej polityki klimatycznej i narzucania ograniczeń krajowym gospodarkom, przy czym część krajów uzyskiwała dla siebie odpowiednie mechanizmy kompensacyjne adekwatne do specyfiki ich gospodarek. Inaczej rzecz miała się ze Stanami Zjednoczonymi. Choć zwrot dokonany w tej sprawie przez Donalda Trumpa jest najdalej idącą zmianą obowiązującego paradygmatu, równocześnie jednak mieści się w dotychczasowej polityce USA.
- Przemysław Czarnek: Żadne OZE-srOZE. My mamy nasz węgiel
- Komunikat dla mieszkańców woj. śląskiego
- Przemysław Czarnek kandydatem PiS na premiera. Lawina komentarzy
- Lewandowski w czołówce najlepszych napastników XXI wieku według BBC
- Wyłączenia prądu. Ważny komunikat dla mieszkańców Dolnego Śląska
- Serwis mObywatel wydał ważny komunikat
- Przemysław Czarnek: Mam być maszynistą, a prezes Kaczyński kierownikiem pociągu
Ameryka lawiruje
Amerykanie bowiem zawsze podchodzili do kolejnych postanowień w sposób niekonsekwentny. Argumentując to przede wszystkim zbyt dużymi ustępstwami na rzecz Chin, Stany nigdy nie przyłączyły się do protokołu z Kioto, choć prezydent Bill Clinton złożył pod nim swój podpis. Był to właściwie pusty akt, ponieważ nie miał zamiaru kierować dokumentu do Senatu, w którym nie było szans na jego ratyfikację. Prezydent George W. Bush natomiast już wprost ogłosił, że Ameryka nie wprowadzi postanowień z Kioto w życie. Protesty aktywistów nie zdały się na nic, choć temat był dla nich nośny. Dość wspomnieć, że w 2002 roku utwór zatytułowany „Kyoto now!” („Kioto teraz!”) nagrała popularna wówczas amerykańska grupa punkrockowa Bad Religion. Porozumienia z Paryża natomiast były przyjmowane i wdrażane w życie przez administracje demokratyczne (Baracka Obamy i Joe Bidena), a wypowiadane przez Donalda Trumpa zarówno w pierwszej, jak i drugiej kadencji. Za czasów
Joe Bidena doszło do mocnego wychylenia polityki państwa w kierunku OZE i redukcji emisji, a jednym z głównych narzędzi jej prowadzenia były zawarte w ustawie mającej przeciwdziałać inflacji liczne subsydia dla działań związanych z produkcją i magazynowaniem zielonej energii. Była to strategia mniej restrykcyjna od polityk europejskich, nastawiona bardziej na motywacje finansowe i silne wsparcie państwa, jednak wyraźnie kierująca gospodarkę w podobnym kierunku – ku dekarbonizacji. Symbolem wpisującego się w główny nurt nastawienia Bidena do kwestii ekologii był powrót do porozumień z Paryża już w pierwszym dniu jego urzędowania.
Kontrrewolucja Trumpa
Donald Trump swą kampanię prowadził, co oczywiste, w kontrze do starającego się o reelekcję Bidena, a następnie zastępującej go w wyścigu Kamali Harris. Jednym z punktów, w których zmiana zaznaczała się najmocniej, była – co nie dziwi – polityka gospodarcza, w której myślenie o efektywności i konkurencyjności gospodarki amerykańskiej zostało postawione w centrum, a ekologia zeszła na dalszy plan. Widać tu różnicę nie tylko z agendą Bidena, lecz również polityką Unii Europejskiej. UE jako receptę na pogłębiający się kryzys widziała – co potwierdzały kolejne raporty zatrudnianych do stawiania diagnoz i pisania recept unijnych autorytetów – jeszcze więcej tego samego, ucieczkę w zielone technologie, w tym takie, które nie zdążyły jeszcze nawet zaistnieć. Trump miał zupełnie inny pomysł, który zawarł w nośnym, odwołującym się do amerykańskiej duszy zdobywcy i takiej też tradycji, haśle: „Drill, baby, drill”. Ustawę antyinflacyjną Trump uważał za „zielony komunizm”, a subsydiowanie zielonej energii uznawał wręcz za zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów, ponieważ spora część środków trafiała do chińskich producentów infrastruktury OZE.
– Kryzys inflacyjny został wywołany przez potężne wydatki i eskalujące ceny energii. Dlatego dziś ogłoszę też stan wyjątkowy w energetyce. Będziemy „wiercić, kochanie, wiercić”, obniżymy ceny, wypełnimy swoją strategiczną rezerwę do pełna i będziemy eksportować amerykańską energię na cały świat
– mówił Donald Trump podczas inauguracji swej prezydentury. Jego otoczenie zapowiadało wówczas zwiększenie eksportu LNG, ułatwienie zdobywania koncesji na wydobycie ropy oraz odbudowy Rezerwy Strategicznej Ropy Naftowej. Z drugiej strony planowano zniesienie ulgi podatkowej na zakup samochodów elektrycznych, jednego z kluczowych elementów polityki proekologicznej Bidena. Działania te przywracały tradycyjne myślenie o paliwach, a przez to o gospodarce w Stanach Zjednoczonych.
W stronę deregulacji
Na początku drugiej kadencji Biały Dom opublikował oficjalny dokument polityki energetycznej „Unleashing American Energy” („Uwolnienie amerykańskiej energii”) będący zapisem kierunków, które mają odblokować potencjał zasobów energetycznych kraju – przede wszystkim poprzez zwiększenie wydobycia na lądzie i wodach federalnych. Tekst podkreślał, że wcześniejsze regulacje były motywowane ideologią i hamowały rozwój energii oraz wzrost gospodarczy.
Od teraz ideologię tę zastąpić miało odblokowanie zasobów naturalnych oraz odbudowa bezpieczeństwa energetycznego USA. „UAE” stał się podstawowym formalnym dokumentem legitymizującym deregulację rynków i konkretne działania administracyjne. Do kolejnego ważnego przewrotu doszło dosłownie kilka dni temu, gdy 12 lutego 2026 r. Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) sfinalizowała uchylenie orzeczenia z 2009 r. w sprawie zagrożenia emisjami gazów cieplarnianych (Greenhouse Gas Endangerment Finding). Orzeczenie to stanowiło warunek wstępny do wprowadzenia regulacji emisji z nowych pojazdów silnikowych. Co to oznacza? Jak na swoich stronach podaje EPA:
„w wyniku tych zmian producenci silników i pojazdów nie będą już mieli żadnych przyszłych obowiązków w zakresie pomiaru, kontroli i raportowania emisji gazów cieplarnianych dla silników i pojazdów drogowych, w tym modeli wyprodukowanych przed wejściem w życie tej ostatecznej regulacji”.
Gospodarczy wyścig
Ameryka stanęła u progu energetycznej kontrrewolucji, w której ogranicza się biurokrację, ułatwia wydobycie ropy i innych surowców, a uczestnikom gospodarczej gry likwiduje się lub łagodzi rozmaite limity emisji krępujące w ostatnich latach ich działalność. Równolegle realizacja zapowiedzi dotyczących umów międzynarodowych tworzyła ogromną wyrwę w zachodniej zielonej agendzie. Można jednak spojrzeć na to wszystko jeszcze inaczej: gdy gospodarka Unii Europejskiej łapie zadyszkę z powodu narzuconych sobie ograniczeń, Stany wracają do produkcji na pełną moc. W sytuacji, gdy coraz częściej dotychczasową współpracę zastępuje chłodna przyjaźń lub nawet (na razie w sferze werbalnej) rywalizacja, USA rzucają Europie wyzwanie i zaczynają gospodarczy odpowiednik dawnego wyścigu zbrojeń. Wówczas udało się w ten sposób wygrać Ronaldowi Reaganowi ze Związkiem Radzieckim.
Czy teraz administracja Trumpa osiągnie podobny efekt w tym niewypowiedzianym jeszcze wprost, lecz narastającym sporze z Unią? Pierwsza bitwa zaczyna się na naszych oczach i dotyczy umowy, którą UE zawarła z krajami Mercosur. O znaczeniu tego porozumienia handlowego i kryjącymi się za nim problemami dla europejskiego rolnictwa pisaliśmy na naszych łamach całkiem niedawno. Umowa przez unijne elity forsowana była wręcz siłowo, z pominięciem konsultacji społecznych a nawet Parlamentu Europejskiego, i jeszcze na początku lutego wydawało się, że sprawa jest niestety przesądzona. Tymczasem doszło do niespodziewanego zwrotu akcji, gdy w całą, negocjowaną przez dekady umowę wtrącili się Amerykanie.
Administracja Trumpa postanowiła nie przyglądać się biernie temu, że UE wkracza do Ameryki Południowej uważanej przez rząd USA za swoją strefę wpływów. Zaproponowała więc Argentynie, jednemu z filarów Mercosur, umowę na dużo lepszych warunkach. O ile porozumienie z UE jest w dużym stopniu nowoczesną projekcją dawnej europejskiej myśli kolonialnej (co z pewnym opóźnieniem zdaje się do państw sygnatariuszy docierać), zamieniającą kilka zamorskich państw w folwark karmiący Europejczyków w zamian za dostawy dóbr przemysłowych, propozycja Amerykanów objęła nie tylko lepsze warunki finansowe, lecz również transfer technologii. Cywilizacyjny i technologiczny awans w miejsce wepchnięcia na lata w rolę chłopów pańszczyźnianych wielkich holdingów agrospożywczych. Oferta ta skierowana na początek do Argentyny, której prezydent Havier Milei jako prawicowiec i liberał jest naturalnym partnerem dla Trumpa, budzi coraz większe zainteresowanie również pozostałych państw Mercosur. W Brazylii i reszcie krajów grupy narasta świadomość, że gospodarczy pakt z Unią nie był wcale najlepszym możliwym interesem.
Nowe spojrzenie na ETS
Jeśli jednak do ostatecznego wejścia w życie umowy z krajami Mercosur nie dojdzie, unijna gospodarka wpadnie w kolejne duże kłopoty i będą to kłopoty z ekologią w tle. Kontrowersyjne porozumienie miało dać oddech i nowe rynki przemysłowi europejskiemu, zwłaszcza, co oczywiste, niemieckiemu. Skąd jednak wziął się kryzys, na który umowa z Mercosur miała być lekarstwem? Z wysokich kosztów energii i ograniczeń, które na produkcję poszczególnych branż przemysłu narzucały kolejne unijne polityki i obostrzenia. Skoro zaś ucieczka przed skutkami ETS może się nie udać, pora chyba zacząć myśleć o pozbyciu się lub ograniczeniu samego problemu. I choć, o czym pisałem niedawno dla naszego tygodnika, niewybieralna część elit Unii Europejskiej wciąż przygotowuje kolejne ograniczenia i szykuje się do wprowadzenia dużo bardziej drakońskiego ETS2, ci z polityków, którzy zależą od wyborców i – nie zapominajmy – od wpływowych lobbystów (a więc również przedstawicieli dużych przemysłów, zarówno ze strony właścicieli, jak i związków zawodowych), zaczynają dziś mówić trochę innym głosem.
O ile mniej dziwi fakt, że system bardzo mocno krytykują nasi partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej, o tyle bardziej dziwić może, że na nich krytyka ta wcale się nie kończy. – Ten system nie ma służyć do generowania nowych dochodów. Został wprowadzony po to, aby ograniczyć emisję CO2, a jednocześnie umożliwić przedsiębiorstwom przejście na produkcję od niej wolną. Jeśli więc nie da się tego osiągnąć i jeśli nie jest to właściwe narzędzie, powinniśmy być bardzo otwarci na jego rewizję albo przynajmniej odłożenie w czasie – mówił 11 lutego podczas nieformalnego unijnego szczytu w Antwerpii kanclerz Niemiec Friedrich Merz. Podczas tego samego szczytu zbyt wysokie ceny uprawnień, choć nie sam system, skrytykował prezydent Francji Emmanuel Macron, zauważając też łaskawie, że
„w niektórych państwach nie działa to dobrze, bo ciągle mają zbyt duży udział paliw kopalnych, które wyznaczają koszt krańcowy energii”.
Słowacy, których poparli następnie również Czesi, wezwali natomiast do zawieszenia systemu. Z kolei włoski rząd zdecydował ostatnio o czasowym usunięciu kosztów ETS z rachunków za prąd i obciążeniu nimi państwa w celu ulżenia odbiorcom. Wszystkie te doniesienia przeczą lansowanym przez lata eksperckim analizom mówiącym, że problem z ETS ma dziś w Unii wyłącznie Polska jako kraj zimny i najbardziej uzależniony od węgla.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]




