Dariusz Lipiński: Euro jako problem nieekonomiczny
Co musisz wiedzieć:
- Autor przekonuje, że decyzja o przyjęciu euro ma przede wszystkim charakter polityczny i ideologiczny, a nie czysto ekonomiczny.
- Wśród ekonomistów nie ma zgody – zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy wspólnej waluty przedstawiają odmienne argumenty, w tym także krytyczne opinie znanych noblistów.
- Przykłady państw takich jak Dania czy Szwecja pokazują, że decyzje o euro w praktyce wynikają z uwarunkowań politycznych i społecznych, a nie wyłącznie gospodarczych.
Ci, którzy wypowiadają się na temat przyjęcia euro – zwolennicy, przeciwnicy oraz (bo są i tacy) różnego stopnia symetryści – pozornie posługują się argumentacją ekonomiczną, ale wyrażają swoje stanowisko polityczne lub ideologiczne wyznanie wiary. Nic dziwnego zresztą, bo wybór między suwerennością monetarną a zrzeknięciem się jej jest czysto polityczny i w elektoracie odpowiada dość dokładnie podziałowi na tych, którzy deklarują przywiązanie do ojczyzny oraz na tych, którzy takich deklaracji nie składają, ewentualnie byliby skłonni do jej złożenia, choć z rozmaitymi zastrzeżeniami, ewentualnie (druga skrajność) z pojęcia ojczyzny szydzą.
Spektrum poglądów ekonomistów na przyjęcie euro
Nie podejmuję się precyzyjnego streszczenia poglądów rozmaitych ekonomistów na temat euro, gdyż nie czuję się do tego wystarczająco kompetentny, wydaje się jednak, że spektrum jest pełne. Argumenty zwolenników dotyczą takich spraw, jak brak ryzyka kursowego, niższe koszty transakcyjne, zwiększenie wiarygodności makroekonomicznej i wiarygodności w oczach inwestorów, a nawet ułatwień w podróżowaniu. Przeciwnicy podkreślają znaczenie mechanizmu amortyzacyjnego związanego z możliwością dewaluacji własnej waluty w przypadkach kryzysu i pokazują na konkretnych danych liczbowych, o ile lepiej z kryzysem po roku 2008 poradziły sobie będące poza strefą Wielka Brytania, Polska czy Islandia w porównaniu z należącymi do strefy państwami śródziemnomorskimi, a nawet Niemcami. Wydaje się jednak, iż najważniejszym argumentem przeciw euro, z którym zresztą zgadzają się wszyscy, jest ten, że przyjęcie euro jest nieodwracalne: gdy już się je przyjmie, odejście od niego jest niewyobrażalne, nawet gdyby – jak na przykład w przypadku Włoch – było ono głęboko wskazane.
Wśród radykalnych przeciwników euro są laureaci Nobla z ekonomii: Maurice Allais (Nagroda Nobla 1988), Joseph E. Stiglitz (2001) i Paul Krugman (2008). Stiglitz pisał, że „zastój Europy po części wynika ze wspólnej waluty, która już u swoich początków była problematyczna”. Krugman uważa, że „euro było błędem, miało być symbolem unifikacji, lecz ostatecznie opóźniło europejską integrację”. W Polsce Stefan Kawalec, współtwórca tzw. planu Balcerowicza i były wiceminister finansów w rządach Hanny Suchockiej i Waldemara Pawlaka, jest współautorem książki, której tytuł mówi sam za siebie: „Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty?”; drugim z autorów jest Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Banku Pekao SA. Nie wiem, ilu laureatów Nobla jest zwolennikami euro (w Polsce wśród profesorów ekonomii jest ich chyba sporo), ale skoro – powtórzmy – problem jest polityczny, a nie ekonomiczny, nie musimy wchodzić w szczegóły.
Przypadki Danii i Szwecji
O tym, że decyzja dotycząca euro jest czysto polityczna, najlepiej świadczą przykłady tych państw, które euro nie przyjęły i do strefy się nie wybierają. Z formalnego punktu widzenia po brexicie jedynym państwem członkowskim Unii zwolnionym traktatowo z obowiązku wprowadzenia europejskiej waluty jest Dania. Podpisany w 1992 roku Traktat o Unii Europejskiej (Traktat z Maastricht) zobowiązywał państwa członkowskie do wprowadzenia wspólnej waluty, jednak Duńczycy odrzucili go w referendum. Dopiero po uzyskaniu na mocy tzw. porozumienia z Edynburga przywileju pozostania przy własnym pieniądzu (oraz trzech innych klauzul opt-out) Duńczycy w drugim referendum zgodzili na ratyfikację. Można powiedzieć, że ich status prawny jest taki, iż nie muszą przyjmować euro do końca świata (czy mówiąc bardziej precyzyjnie: do końca istnienia Unii Europejskiej), chyba, że sami zmieniliby zdanie. Nie ulega wątpliwości, że powody tego stanu rzeczy – zarówno referendum i jego wynik, jak i wynegocjowanie ustępstw w umowie edynburskiej – są zdarzeniami par excellence politycznymi, a nie ekonomicznymi.
Jeszcze ciekawszy jest przypadek Szwecji. Kraj ten, przystępując do Unii już po Traktacie z Maastricht, zobowiązał się do członkostwa strefy euro. Mimo to rząd szwedzki rozpisał osiem lat później, w 2003 roku, referendum w tej sprawie. Wówczas większość Szwedów (56.2%) opowiedziała się przeciwko, co dla władz tego kraju jest wiążące. Od tamtej pory każdy, jaki by nie był, rząd szwedzki jest zatem zobowiązany jednocześnie do przyjęcia euro (bo traktat) i do nieprzyjmowania go (bo wiążące referendum). Od ponad dwudziestu lat Szwedzi radzą sobie z tym szpagatem za pomocą kreatywnej księgowości: po prostu dbają o to, by ani przez chwilę nie spełniać przynajmniej jednego z tzw. kryteriów konwergencji będących warunkiem przystąpienia do strefy euro. Zatem tak, jak w przypadku Danii, również w Szwecji powody nieprzyjmowania euro są wyłącznie polityczne: ratyfikowany traktat (który nakazuje przyjęcie), wiążący wynik referendum (który nakazuje nieprzyjęcie) i Salomonowa dbałość wszystkich szwedzkich rządów o to, by przypadkiem nie spełnić kryteriów konwergencji, wszystko to są czynniki polityczne, a nie ekonomiczne.
Przypadek Polski
W Polsce stosunek kolejnych rządów do wprowadzenia euro przypominał – jak się wydaje – model szwedzki. Formalnie jesteśmy do przyjęcia tej waluty zobligowani traktatem akcesyjnym, ale przez dwadzieścia lat nikt się tym nie przejmował; i słusznie, bo traktat nie określa terminu. W latach ogólnoświatowych kryzysów własna waluta przeprowadzała nas przez nie dość bezboleśnie. W poważnych dyskusjach temat pojawiał się rzadko i raczej w wąskich gremiach, a jeśli wypływał na szersze wody, to jako lapsus lub kiks – jak w 2008 roku, kiedy to na Forum Ekonomicznym w Krynicy Donald Tusk ni z gruchy, ni z pietruchy ogłosił, ku zdumieniu wszystkich, z jego najbliższymi współpracownikami włącznie, że celem jego rządu jest przyjęcie euro w 2011 roku.
Nawet pomijając względy konstytucyjne, stosunek większości Polaków do wprowadzenia euro jest systematycznie negatywny, co pozwala rokować, że waluta ta nieprędko wyprze złotego. Ponieważ jednak nie ma silniejszej ludzkiej motywacji niż konfesyjno-irracjonalna, rodzimi zwolennicy dołączenia „tego kraju” (jak z upodobaniem Polskę nazywają) do głównego nurtu zachodnioeuropejskiego nie zrezygnują ze swoich dążeń.
Czy wmuszana Polsce gigantyczna pożyczka z instrumentu SAFE może stać się w przyszłości narzędziem nacisku, byśmy pozbyli się własnej waluty, to temat na odrębny tekst.




