Co Niemcy oddać Polsce powinni, a co oddać by chcieli

W trakcie wizyty w Berlinie 12 lutego 2024 r. zapytany na konferencji prasowej o problem reparacji za straty, jakich Polska doznała z rąk Niemiec w czasie drugiej wojny światowej Premier Donald Tusk odpowiedział: "W sensie formalnym, prawnym, międzynarodowym, kwestia reparacji została zamknięta wiele lat temu. Kwestia moralnego, finansowego i materialnego zadośćuczynienia nigdy nie została zrealizowana". Zasygnalizował, że jednym z tematów rozmów z Kanclerzem Niemiec będzie "sprawiedliwe rozstrzygnięcie" tego problemu. Czytelnie dał też do zrozumienia, że oczekuje "decyzji, które mogłyby nas usatysfakcjonować".
Ruiny Warszawy. Styczeń 1944 Co Niemcy oddać Polsce powinni, a co oddać by chcieli
Ruiny Warszawy. Styczeń 1944 / Wikipedia domena publiczna

Wymowa wypowiedzi Premiera jest jasna. Niedawna seria wizyt polskich delegacji w Berlinie - od grupy parlamentarnej, przez Ministra Spraw Zagranicznych, aż po samego szefa rządu - to obok obok szeregu innych spraw również początek negocjacji zmierzających do uregulowania materialnej odpowiedzialności Niemiec za śmierć, cierpienie i potworne zniszczenia, jakie sprowadziły na nasz kraj w okresie okupacji w latach 1939-45. Zadaniem władz jest uzyskanie w tych rozmowach godnych warunków zadośćuczynienia. Zadaniem społeczeństwa - nas wszystkich - jest zaś, by go z wykonania tego zadania rozliczyć. Ale jak? W jaki sposób formułować należałoby wobec rządu w tej materii oczekiwania? W tekście tym zasugerować postaram się pewien układ odniesienia i kryteria oceny. Mam nadzieję, że choć niektórym czytelnikom pomoże to wyrobić sobie własną opinię.

Czytaj również: Niemcy: Potężny skandal na festiwalu Berlinale

Rolnicy podpalili opony w pobliżu siedziby Komisji Europejskiej. Policja użyła armatek wodnych [WIDEO]

W rozważaniach uciec chcę od sporów natury formalnej, jakie dominować wydają się w pierwszej fali reakcji na stanowisko wyrażone przez Premiera i MSZ podczas ich niedawnych wizyt w Berlinie. Nie to, żebym uważał, iż nie mają one znaczenia. Mają. Fundamentalne. Jak wspomniałem jednak sprawa ta dzieli Polaków, a po obu stronach sporu odnajduję ludzi, których zdanie cenię i szanuję. A w ostatecznym rozrachunku problemy natury terminologicznej, a więc spory o to, czy Polsce należą się "reparacje", czy "zadośćuczynienie" (termin z uchwały Sejmu z 14 września 2022 r.), mają z punktu widzenia niniejszych rozważań drugorzędny charakter. W zamian odwołać chciałbym się do tego, co łączy polityków wszystkich opcji i większość społeczeństwa. Premier Tusk wypowiedział też w Berlinie następujące słowa: "Niemcy mają tutaj coś do zrobienia." I na potrzeby niniejszych rozważań tego się trzymajmy.

Jako punkt wyjścia dla dalszych rozważań przyjmę wywiad ministra Radosława Sikorskiego dla magazynu der Spiegel z 9 lutego 2024 r., gdyż spośród szeregu wypowiedzi przedstawicieli rządu i jego zaplecza eksperckiego ta właśnie wydaje mi się najbardziej szczegółowa i reprezentatywna. Potraktuję ją tu, jako wyjściową pozycję negocjacyjną. Sikorski zaapelował do rządu w Berlinie o sformułowanie "pakietu, który przekona Polaków, że problem zadośćuczynienia jest traktowany poważnie". W ramach propozycji co w takim pakiecie mogłoby się znaleźć wymienił zaś 4 kwestie. Przyjrzyjmy się im teraz nieco bliżej.

 

Polityka pamięci - zamiatanie pod dywan?

Pierwszy punkt w wypowiedzi Radosława Sikorskiego to budowa tzw. widocznego znaku. Tego terminu użył minister. To ważne. Dobór słownictwa zdradza akceptację ze strony polskiego MSZ dla projektu upamiętnienia polskich ofiar wojny w Berlinie, który jest już de facto w fazie realizacji. Uchwałę w tej sprawie podjął Bundestag jeszcze w roku 2020. Sprawa ciągnie się co najmniej od momentu, gdy o budowę pomnika polskich ofiar zaapelował Władysław Bartoszewski w roku 2012 i nie ma tu miejsca na omówienie wszystkich jej zawiłości. Warto jednak zwrócić uwagę, że formuła na jaką zdecydowały się ostatecznie władze RFN budzi liczne kontrowersje. Gorzko skrytykował projekt nawet jego oficjalny inicjator po stronie niemieckiej - architekt Florian Mausbach. W wywiadzie dla Deutsche Welle z 29 sierpnia  2023 r. powiedział: "Można było wznieść pomnik w ciągu trzech, czterech lat... Ale nie ma takiej woli, unika się nawet słowa 'pomnik'." Jego zdaniem 'pomnik' byłby wyrazem „uznania swojej winy” przez Niemców. A tego, jak Mausbach zwrócił uwagę, Niemcy nie chcą w sposób wyraźny uczynić.

Mausbach dotknął w tej wypowiedzi kwestii niesłychanie istotnej. Sednem sporu o pomnik nie jest bowiem sam fizyczny monument, a problem trudnej do zaakceptowania z polskiego punktu widzenia polityki pamięci RFN. W Berlinie istnieje cały szereg pomników "ofiar narodowego-socjalizmu" - od memoriału Holokaustu, przez pomnik ofiar pochodzenia romskiego, aż po miejsca upamiętnienia ofiar niepełnosprawnych i - osobno - ofiar prześladowanych ze względu na tożsamość seksualną. Ta lista nie jest przypadkowa. 4 wymienione tu miejsca upamiętnienia stanowią lustrzane odbicie standardowego modelu polityki historycznej RFN. Jest to swego rodzaju kanon pamięci. To właśnie te 4 grupy ofiar wymieniane są zawsze przez najwyższych funkcjonariuszy państwowych przy okazji uroczystości rocznicowych upamiętniających wojnę. Co w takiej sytuacji nie zaskakuje, są to także dokładnie te grupy ofiar, które utkwiły w świadomości społecznej, co potwierdzają regularne badania sondażowe. Najistotniejsze z punktu widzenia naszych rozważań jest jednak to, że te same badania potwierdzają równocześnie prawie kompletny brak świadomości na temat skali oraz charakteru zbrodni dokonanych przez Niemców na Polakach. Problem nie ogranicza się zresztą tylko do szerokich mas społecznych. Nawet wśród historyków niemieckich nie brakuje takich, którzy relatywizują ludobójczą politykę III Rzeszy wobec etnicznych Polaków, usiłując zamknąć ją w formule bliżej nieokreślonych “zbrodni wojennych”, popełnionych często “w reakcji na działania ruchu oporu”. Stan rzeczy dobrze oddaje chyba opinia byłego dyrektora Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich Dietera Bingena. Historyk ten określił stosunek Niemców do polskich ofiar wojny, jako "ofiary drugiej kategorii".

W zamyśle pomysłodawców pomnika "polskiego" miałby więc on być niejako symbolicznym uzupełnieniem istotnej luki w niemieckiej pamięci historycznej. Miałby on posłużyć za impuls i wehikuł do wprowadzenia korekty w narodowym kodzie pamięci poprzez uwzględnienie zbrodni ludobójstwa wobec etnicznych Polaków. Niestety, tak się nie stanie. Projekt napotkał potężny opór. Po wielu latach piętrzenia przeszkód formalnych, administracyjnych, oraz rozciągniętych w czasie deliberacji, nie ma już mowy o "pomniku". Mowa jest o "miejscu spotkań", "centrum polsko - niemieckiego dialogu". Zawierać ma on wprawdzie jakąś ekspozycję nt. okupacji, ale w ramach szerszej wystawy o historii wzajemnych relacji od czasów Mieszka i Dobrawy. Realizatorzy zapowiadają szczególne uwzględnienie sąsiedztwa na obszarach o historycznie mieszanej kompozycji etnicznej - a więc byłych obszarów kolonizacji niemieckiej w Polsce zachodniej i północnej. Gdzieś na uboczu, tymczasem, ma być też jakieś ekstra miejsce do złożenia kwiatów 1 września.

Dopiero w tak zarysowanym kontekście właściwie ocenić można całość niedawnej wypowiedzi na ten temat ministra Sikorskiego. Stwierdził on, że chodzić ma o "centrum dokumentacyjne i ośrodek dialogu, który równocześnie byłby pomnikiem i miejscem uznania dla polskich cierpień." Kolejność i rozłożenie akcentów są nieprzypadkowe. Strona polska akceptuje i adoptuje tu de facto koncepcję niemiecką. A wraz z nią także towarzyszącą jej narrację historyczną. Upamiętnienie polskich ofiar nie przyjmie formy porównywalnej z innymi kategoriami ofiar w oficjalnym kanonie niemieckiej polityki historycznej i nie doprowadzi do przewartościowań w niemieckiej "kulturze pamięci". Będzie to bezkompromisowo 'niemiecki' Dom Polski, w którym upamiętnienie polskich ofiar wojny odgrywać będzie rolę drugo lub raczej trzecio - rzędną, gdzieś na uboczu wielkiej narracji o "skomplikowanej, wspólnej historii". Zasadniczym jego celem będzie tworzenie "przestrzeni dialogu", w którym - jak podpowiada doświadczenie - pojawią się zapewne dość szybko wykłady, debaty i wystawy na temat polskiego antysemityzmu lub wypędzeń Niemców po zakończeniu wojny. Taka, a nie inna formuła realizacji tego projektu, jest naturalnie suwerenną prerogatywą państwa niemieckiego. Państwo polskie nie powinno jednak tego projektu nadmiernie legitymizować, a już na pewno nie powinno lansować wrażenia, że jest to projekt stanowiący jakiś istotny fragment zadośćuczynienia wobec Polski za hekatombę wojny i okupacji. Takie postawienie sprawy przez Sikorskiego należy jednoznacznie uznać za błąd.

Co dalej?

 

Zadośćuczynienie materialne - symbol, ale czego?

We wspomnianym wcześniej wywiadzie dla Spiegla Radosław Sikorski stwierdził, że niemiecka odpowiedzialność powinna przybrać również wymiar finansowy. Padły z jego ust w tym kontekście 3 sugestie. Po pierwsze zaproponował sfinansowanie odbudowy Pałacu Saskiego. Osobiście nie jestem wielkim zwolennikiem tego projektu. Jeśli już jednak by do tego doszło, powiedzieć sobie należy otwarcie, że w obliczu kompletnego zburzenia przez Niemców w trakcie wojny 84% zabudowy samej tylko lewobrzeżnej Warszawy - w tym ze szczególnym zacięciem dokonanej dewastacji wszystkich prawie budowli o wartości historycznej i kulturalnej - odbudowa jednego pałacu to raczej zabieg o charakterze czysto symbolicznym. Projekt taki miałby być może sens, jako zwieńczenie znacznie szerszego pakietu rekompensat finansowych i tylko w takiej formule powinien być rozważany.

Kolejna propozycja dotyczyła prawdopodobnie najmniej kontrowersyjnej dla obu stron formy zadośćuczynienia. Chodzi o "sfinansowanie opieki medycznej dla ocalałych". Nie jest to określenie precyzyjne, ale założyć możemy, że chodzi ministrowi o wciąż żyjące jeszcze ofiary okresu okupacji. Mowa tu o najwyżej kilkudziesięciu tysiącach osób. Jak napisałem - kwestia ta nie powinna budzić właściwie żadnej kontrowersji. Ofiarom się to po prostu należy. Z drugiej strony, nie można nie odnotować, że odszkodowania należały im się także 80 lat temu. Oraz że osób takich było wiele milionów, a miażdżąca większość z nich, jak również ich rodziny - nie otrzymała od Niemiec ani grosza i już nigdy go nie otrzyma.

Nie ma tu miejsca na wyłożenie w szczegółach dekadami ciągnących się, nieudanych zabiegów strony polskiej o załatwienie tej sprawy wcześniej, w sposób szanujący godność poszkodowanych. Za taki bowiem nie można uznać np. wypłat dokonanych przez Fundację Polsko-Niemieckie Pojednanie dla robotników przymusowych. Osoby te otrzymały jednorazowe świadczenie w średniej wysokości... 689 zł na osobę. Standard wyliczeń pierwszych wypłat był na poziomie... 50 gr za dzień pracy. Byli tacy, którzy przyjęcia tej żenująco niskiej kwoty odmówili. Byli też tacy, którzy ją przyjęli, lecz żałowali i szukali później możliwości jej zwrotu. Wypłaty otrzymało w tej formule ponad milion osób. Liczbę polskich robotników przymusowych w Niemczech szacuje się na 2.5 miliona. Trudno znów nie odnotować, że rodziny tych, którzy po totalnym wyeksploatowaniu zostali w Niemczech bestialsko zamordowani, nigdy nie zobaczyły złamanego grosza.

Różnym, bardzo restrykcyjnie zakreślonym grupom polskich ofiar strona niemiecka wypłaciła łącznie środki szacowane na 1.5 miliarda Euro. Właściwa ocena tej kwoty wymaga kontekstu. Dla porównania więc, ofiarom zbrodni nazistowskich, które w momencie ich popełnienia posiadały obywatelstwo niemieckie, wypłacono łącznie 48.5 miliarda Euro. Liczba ich była naturalnie niewspółmiernie mniejsza, niż ofiar polskich. Również obywatele innych państw zachodniej Europy, a zwłaszcza Izraela,  otrzymały z punktu widzenia ofiar polskich astronomicznie wręcz wysokie odszkodowania. Tragizm sytuacji obrazuje jednak chyba najlepiej inne zestawienie. Otóż na różnego rodzaju świadczenia dla byłych funkcjonariuszy III Rzeszy wypłaciła RFN owych miliardów... 300. Podczas gdy znakomita większość polskich ofiar niemieckich zbrodni i ich rodzin nie otrzymała nigdy ŻADNEJ rekompensaty, po dziś dzień regularne wypłaty emerytur i innych świadczeń otrzymują międzynarodowi ochotnicy korpusu Waffen SS, którzy byli czasami tych zbrodni wykonawcami.

Takie zestawienia naturalnie szokują. Zdawać sobie przy tym należy sprawę, że opisany stan rzeczy nie jest wynikiem pomyłki, tragicznego w skutkach błędu, lub przeoczenia. Wynika on ze świadomej i bezwzględnie konsekwentnej polityki kolejnych generacji przywódców RFN. Zaświadcza o tym treść dokumentów wewnętrznych przygotowanych na ich potrzeby przez niemiecką administrację, do jakich dotarli historycy. Nie będzie też chyba wielkim zaskoczeniem gdy dodam, że osoby które te ‘analizy’ i ‘rekomendacje’ przygotowywały, to często byli wysoko postawieni funkcjonariusze III Rzeszy. W pewnym więc sensie - to kaci konspirowali w zaciszu wygodnych gabinetów, aby odmówić odszkodowania swoim ofiarom, którym zrujnowali życie. 

Ten trudny do zaakceptowania stan był obiektem regularnych napomnień i apeli kierowanych pod adresem RFN ze strony przedstawicieli państwa polskiego. Niewiele więcej można było zrobić. Głęboka asymetria potęgi i potencjału obu państw utrudniała inne działania. W okresie zimnej wojny o jakichkolwiek skutecznych zabiegach strony polskiej w celu zmiany sytuacji nie mogło być mowy bez wsparcia ze strony imperialnego centrum w Moskwie. Ta zaś miała w relacjach z Bonn własne priorytety. Po upadku ZSRR Niemcy lewarował tymczasem fakt, iż - jak ujął to kiedyś Władysław Bartoszewski – Polska znalazła się w sytuacji “biednej panny bez posagu”. Gwałtowne przestawienie wektora orientacji polskiej polityki na zachód, w zestawieniu z potrzebami znajdującej się w głębokim kryzysie gospodarki (umorzenie długu, kredyty, inwestycje, negocjacje z UE) dyktowały imperatyw starań o jak najlepsze relacje z potężnym zachodnim sąsiadem. Jakiekolwiek tymczasem próby postawienia tematu sprawiedliwego zadośćuczynienia za straty wojenne na agendzie relacji dwustronnych spotykały się w Berlinie z gwałtownym sprzeciwem. Jak daleko gotowe były w tym sprzeciwie posunąć? W latach 1989-90 zirytowany podnoszeniem kwestii przez polskich przywódców Kanclerz Helmut Kohl nie wahał się grozić brakiem ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Jak w tamtej sytuacji geopolitycznej na takie dictum zareagować mogła Warszawa...?
 

Nie jest tu naturalnie moją intencją wyczerpujące omówienie problematyki historii dwustronnych negocjacji nt. zadośćuczynienia. Już jednak tak wybiórcze zestawienie jasnym uczynić powinno, że na temat "polsko-niemieckiego pojednania" opowiedzieć sobie możemy rzeczy bardzo różne, ale na pewno nie to, że w jakimkolwiek sensie i stopniu rachunki zostały wyrównane, a sprawiedliwości stało się zadość. Oczywistym powinno być też, że na wypłacie odszkodowań dla ostatnich żyjących ofiar niemieckich zbrodni teraz - po dekadach świadomego przez RFN oczekiwania aż nieubłagany czas i biologiczne przemijanie ograniczą skalę "problemu" - skończyć się nie może. Niemcy winne są Polsce zdecydowanie więcej. Bezdyskusyjnie. I tylko w tej perspektywie ocenić możemy właściwie kolejny, ostatni już z punktów "pakietu", jaki w rozmowie z Spieglem zasugerował Radosław Sikorski.

 

Kompensata dla zbiorowości

W wywiadzie padła też propozycja "inwestycji w zdolności obronne obu państw". Realizacja tego pomysłu, sformułowanego kiedyś przez dyrektora PISM Sławomira Dębskiego, wychodziłaby naprzeciw głębokiej potrzebie radykalnego wzmocnienia sił zbrojnych Rzeczpospolitej w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. Spełniałaby równocześnie kryterium, które w sposób dorozumiany zasugerowałem w akapicie poprzednim. A mianowicie - byłaby to kompensata o charakterze materialnym skierowana na rzecz narodu polskiego, jako zbiorowości - jedyna wyobrażalnie sprawiedliwa forma zadośćuczynienia w obliczu odejścia z tego świata przytłaczającej większości indywidualnych ofiar. Postawienie takiej kwestii publicznie na agendzie relacji polsko - niemieckich zapisać należy więc ministrowi Sikorskiemu na plus.

"Zaraz, zaraz - skąd przekonanie, że Niemcy będą w ogóle chcieli na ten temat negocjować?" - zapyta ktoś. "Przecież jak dotąd konsekwentnie jakichkolwiek rozmów odmawiali." Niemcy negocjować BĘDĄ, ponieważ zdają sobie sprawę, że sprawa jest niezałatwiona, że stanowi ona wielkie obciążenie w relacjach z Polską, oraz - co najważniejsze - że mają dziejową okazję żeby ją wreszcie załatwić w rozmowach z partnerem, który skłonny jest do bardzo daleko idącego kompromisu. W środowiskach eksperckich RFN i kuluarach świata polityki od dłuższego juz czasu trwają na ten temat ożywione rozmowy. Decyzje w sprawie budowy "widocznego znaku" zostały już właściwie podjęte i z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć możemy, że na biurku w urzędzie kanclerskim leży gdzieś szczegółowa analiza uwarunkowań i kosztów programu materialnego wsparcia dla ostatnich żyjących ofiar wojny. Rząd w Berlinie prędzej czy później podjął by tą sprawę bez względu na to kto sprawowałby władzę w Polsce. Słusznie jednak, ze swojego punktu widzenia, skalkulował, że warto się wstrzymać do momentu utworzenia po wyborach w październiku zeszłego roku nowego rządu. Oczywistym jest, że PiS byłby dla Niemiec partnerem o niebo trudniejszym. Pouczające może być przy tym bliższe przyjrzenie się tej dynamice.

Dziejową zasługą partii Jarosława Kaczyńskiego było asertywne postawienie tej sprawy na agendzie relacji polsko - niemieckich. Odwołując się do znanego modelu gry - PiS odegrał w tej sprawie rolę "złego policjanta. Jego głośne i bezkompromisowe żądania wykreowały zaognioną sytuację, w której problemu nie da się już dalej ostentacyjnie ignorować. Nowy rząd RP pod przewodnictwem Donalda Tuska odegrać w tych negocjacjach może zaś rolę "dobrego gliny". Dość klarownie zresztą już się tak pozycjonuje. Tak rozumieć chyba należy stanowisko, jakie Premier Tusk zaprezentował w Berlinie. Powiedział tam, że o sprawie zadośćuczynienia chce rozmawiać, "ale nie chce z tego uczynić frontu wzajemnej niechęci, a pomysł na dalszą współpracę". Jest to w naturalny sposób zachęta dla Niemiec, by skorzystały z okazji by sprawę załatwić w formule wzajemnego kompromisu. Sięgając dalej w przeszłość - atakując od lat rząd PiS za "psucie relacji" z Niemcami, oraz za "nieumiejętność załatwienia czegokolwiek" Donald Tusk i prowadzona przez niego KO postawiła się do pewnego stopnia w pozycji zakładnika własnej retoryki. Musi ona bowiem teraz zademonstrować, że - w odróżnieniu od poprzedników - nowy rząd potrafi się "dogadać" i uzyskać od partnerów jakieś koncesje. Elity niemieckie zdają sobie z tego doskonale sprawę. Wiedzą, że warunki potencjalnego porozumienia z Polską w sprawach historycznych nie będą nigdy lepsze, niż te, jakie uzyskać można będzie w rozmowach z Donaldem Tuskiem. W tak zakreślonym kontekście jasnym staje się, że pewne koncesje ze strony Niemiec na rzecz Polski w najbliższym czasie wydają się nieuchronne. Pozostaje więc jedno zasadnicze pytanie. O jakiej skali transferów finansowych mówimy?

Otóż dokładnie tu - w tej kwestii - będą się, drogi czytelniku, toczyć właściwe, realne negocjacje. I to z ich rezultatu rozliczać mamy prawo i obowiązek obecny rząd. Ewentualnych prób przekonania społeczeństwa, że sukcesem miałoby być 'dowiezienie' od lat przygotowywanego przez Berlin projektu Domu Polskiego, lub pomoc dla przez całe prawie życie pozostawionych samym sobie ofiarom niemieckich zbrodni, nie należy traktować poważnie. Konsekwentna, jak do tej pory, odmowa przez państwo niemieckie wsparcia tych ludzi jest w istocie swej świadectwem barbarzyństwa. Ewentualna zmiana tej postawy, która nastąpi mym zdaniem niebawem, zasługuje na życzliwe słowo uznania, ale na pewno nie na żarliwe podziękowania. Jeśli Niemcy istotnie wyrażą wreszcie wolę wyjścia poza obłudne deklaracje  o rzekomym pojednaniu (które w istocie nigdy nie miało miejsca) i wzięcia finansowej odpowiedzialności za skutki wojny, nasze oczekiwania powinny być znacznie wyższe. 
 
Odnotować tu należy, że pojawiają się już w przestrzeni medialnej pewne propozycje, które wydają się absolutnie nieadekwatne do okoliczności. Np. w die Zeit ukazał się artykuł Piotra Burasa, który zasugerował przekazanie Polsce 1 (słownie - "jednego") okrętu podwodnego z zasobów marynarki niemieckiej. Jak domyśleć się można byłaby to transakcja wiązana - Polska, która w ramach programu Orka przymierza się do zakupu około 3 okrętów podwodnych zobowiązała by się zapewne do złożenia zamówienia na kolejne okręty w niemieckich stoczniach. Bez względu jednak na to, czy mowa o okręcie, fabryce amunicji, czy też jednej, monumentalnej nawet budowli w centrum Warszawy - byłaby to rekompensata ABSURDALNIE niska i nieadekwatna do długu, jaki wobec Polski mają wciąż nasi sąsiedzi. W obliczu nie tylko przygniatającego rozmiaru strat wojennych, ale też przede wszystkim przywołanej wcześniej, urągającej wszelkim granicom zwykłej przyzwoitości bezlitosnej, konsekwentnej i rozpisanej na dekady polityki Niemiec zmierzającej do uniknięcia odpowiedzialności za popełnione zbrodnie – odpowiedź na takie propozycje może być tylko jedna. Nie! Jeden okręt podwodny nie załatwi sprawy. Jeśli tak miałoby wyglądać wspomniane przez Premiera "rozstrzygnięcie", to ze strony społeczeństwa powinno spotkać się to z głosem zdecydowanego sprzeciwu. Zadośćuczynienie powinno bowiem choć w podstawowym zakresie satysfakcjonować ludzką potrzebę poczucia sprawiedliwości. Wymaga tego od nas szacunek wobec ofiar wojny, wobec naszego państwa, a także samych siebie.

Zdaniem niemieckiego historyka Karla Heinza Rotha, który od wielu już lat konsekwentnie zachęca władze Rzeczpospolitej do dochodzenia zadośćuczynienia ze strony niemieckiej na forum międzynarodowym, materialny wymiar potencjalnych odszkodowań ma bowiem bezpośredni związek z kwestiami natury etycznej. Współautor książki "Wyparte, odroczone, odrzucone. Niemiecki dług reparacyjny wobec Polski i Europy" napisał:

"Kto razem z ofiarami i ich potomkami domaga się świadczeń odszkodowawczych, ten podejmuje próbę postawienia ich na równej stopie ze sprawcami i ich spadkobiercami. Prawo do świadczeń odszkodowawczych za zbrodnie wojenne i łamanie praw człowieka jest gwarantowane przez prawo międzynarodowe. Kto o nie walczy, konstytuuje się jako równorzędny podmiot prawa."

Odwracając zaś tą formułę - kto tych roszczeń aktywnie nie dochodzi, akceptuje stan "pod-człowieczeństwa", rasowej podległości, do którego zepchnęli naszych przodków imperialiści maszerujący pod znakiem czarnego orła i swastyki. Na to zgody być nie może...
 


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

POLECANE
Rakiety ATACMS o zasięgu do 300 km dla Ukrainy. Jest komentarz Kremla z ostatniej chwili
Rakiety ATACMS o zasięgu do 300 km dla Ukrainy. Jest komentarz Kremla

Władze Rosji zamierzają dalej rozszerzać "strefę buforową" na Ukrainie w miarę zwiększania zasięgu rakiet, którymi dysponuje Kijów – potwierdził w środę rzecznik Kremla. Dmitrij Pieskow skomentował w ten sposób możliwość dostarczenia Ukrainie amerykańskich pocisków ATACMS.

Politycy Zjednoczonej Prawicy dla Tysol.pl o referendum ws. Zielonego Ładu: To dobry kierunek z ostatniej chwili
Politycy Zjednoczonej Prawicy dla Tysol.pl o referendum ws. Zielonego Ładu: To dobry kierunek

Marek Gróbarczyk, były minister gospodarki morskiej i śródlądowej, PiS przekonuje, że Zielony Ład jest skompromitowany i dzisiaj wszyscy, włącznie z Brukselą już się wycofują z tego projektu. Stwierdza, że referendum ws. Zielonego Ładu "to dobry kierunek".

Prof. Witold Modzelewski: Czy Pana ktoś zapytał, czy Pan chce Zielonego Ładu? z ostatniej chwili
Prof. Witold Modzelewski: Czy Pana ktoś zapytał, czy Pan chce Zielonego Ładu?

– Czy Pana ktoś zapytał, czy Pan chce Zielonego Ładu? Zapytał się jako Pana, jako wyborcę? Przecież mnie też nikt nie zapytał. Dlaczego ci ludzie uzurpują sobie prawo, bez konsultacji, bez wysłuchania obywateli i skonfrontowania z ich zdaniem na ten temat? – mówił prof. Witold Modzelewski w rozmowie z portalem namzalezy.pl.

Prezes PiS: Kamiński i Wąsik znajdą się na listach do PE z ostatniej chwili
Prezes PiS: Kamiński i Wąsik znajdą się na listach do PE

– Byli szefowie CBA Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik znajdą się na listach PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego – poinformował w środę prezes PiS Jarosław Kaczyński. Do PE nie zamierza natomiast startować były premier Mateusz Morawiecki. – Ja swój start wykluczam – powiedział wiceszef PiS.

Znany poseł zdradził Lewicę? z ostatniej chwili
Znany poseł zdradził Lewicę?

Jak nieoficjalnie donosi Onet, znany z kontrowersyjnych opinii poseł Lewicy Łukasz Kohut miał się znaleźć na listach Koalicji Obywatelskiej.

Niepokój w Pałacu Buckingham. Kate Middleton wydała komunikat z ostatniej chwili
Niepokój w Pałacu Buckingham. Kate Middleton wydała komunikat

Księżna Kate, żona brytyjskiego następcy tronu księcia Williama, poinformowała niedawno, że jej styczniowy pobyt w szpitalu i przebyta operacja jamy brzusznej były związane z wykrytym u niej rakiem. Od tego czasu oczy całego świata skierowane są na Pałac Buckingham.

Żałoba w „M jak miłość” z ostatniej chwili
Żałoba w „M jak miłość”

Przed bohaterami „M jak miłość” trudne chwile. 17 listopada zmarł Maciej Damięcki, aktor wcielał się w serialu w postać proboszcza z Lipnicy. Scenarzyści będą musieli uśmiercić bohatera.

Amerykański senator: Uchwalenie pakietu dla Ukrainy nie byłoby możliwe bez wsparcia Polski z ostatniej chwili
Amerykański senator: Uchwalenie pakietu dla Ukrainy nie byłoby możliwe bez wsparcia Polski

– Uchwalenie pakietu pomocy dla Ukrainy nie byłoby możliwe bez silnego wsparcia i przykładu Polski oraz niektórych innych krajów europejskich – powiedział PAP szef komisji ds. wywiadu Senatu USA, demokrata Mark Warner. Tymczasem republikański senator Dan Sullivan uważa, że głosowanie pokazało, iż to nie izolacjoniści są dominującą siłą w jego partii.

Mentzen popiera pomysł Solidarności ws. Zielonego Ładu. „Wszystkie ręce na pokład” z ostatniej chwili
Mentzen popiera pomysł Solidarności ws. Zielonego Ładu. „Wszystkie ręce na pokład”

Podczas rozmowy z red. Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia ZET Sławomir Mentzen poinformował, że popiera pomysł NSZZ „Solidarność”, aby zapytać Polaków w referendum, co sądzą nt. wprowadzenia Zielonego Ładu.

Niepokojące doniesienia z granicy. Straż Graniczna wydała komunikat z ostatniej chwili
Niepokojące doniesienia z granicy. Straż Graniczna wydała komunikat

Straż Graniczna regularnie publikuje raporty dotyczące wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej.

REKLAMA

Co Niemcy oddać Polsce powinni, a co oddać by chcieli

W trakcie wizyty w Berlinie 12 lutego 2024 r. zapytany na konferencji prasowej o problem reparacji za straty, jakich Polska doznała z rąk Niemiec w czasie drugiej wojny światowej Premier Donald Tusk odpowiedział: "W sensie formalnym, prawnym, międzynarodowym, kwestia reparacji została zamknięta wiele lat temu. Kwestia moralnego, finansowego i materialnego zadośćuczynienia nigdy nie została zrealizowana". Zasygnalizował, że jednym z tematów rozmów z Kanclerzem Niemiec będzie "sprawiedliwe rozstrzygnięcie" tego problemu. Czytelnie dał też do zrozumienia, że oczekuje "decyzji, które mogłyby nas usatysfakcjonować".
Ruiny Warszawy. Styczeń 1944 Co Niemcy oddać Polsce powinni, a co oddać by chcieli
Ruiny Warszawy. Styczeń 1944 / Wikipedia domena publiczna

Wymowa wypowiedzi Premiera jest jasna. Niedawna seria wizyt polskich delegacji w Berlinie - od grupy parlamentarnej, przez Ministra Spraw Zagranicznych, aż po samego szefa rządu - to obok obok szeregu innych spraw również początek negocjacji zmierzających do uregulowania materialnej odpowiedzialności Niemiec za śmierć, cierpienie i potworne zniszczenia, jakie sprowadziły na nasz kraj w okresie okupacji w latach 1939-45. Zadaniem władz jest uzyskanie w tych rozmowach godnych warunków zadośćuczynienia. Zadaniem społeczeństwa - nas wszystkich - jest zaś, by go z wykonania tego zadania rozliczyć. Ale jak? W jaki sposób formułować należałoby wobec rządu w tej materii oczekiwania? W tekście tym zasugerować postaram się pewien układ odniesienia i kryteria oceny. Mam nadzieję, że choć niektórym czytelnikom pomoże to wyrobić sobie własną opinię.

Czytaj również: Niemcy: Potężny skandal na festiwalu Berlinale

Rolnicy podpalili opony w pobliżu siedziby Komisji Europejskiej. Policja użyła armatek wodnych [WIDEO]

W rozważaniach uciec chcę od sporów natury formalnej, jakie dominować wydają się w pierwszej fali reakcji na stanowisko wyrażone przez Premiera i MSZ podczas ich niedawnych wizyt w Berlinie. Nie to, żebym uważał, iż nie mają one znaczenia. Mają. Fundamentalne. Jak wspomniałem jednak sprawa ta dzieli Polaków, a po obu stronach sporu odnajduję ludzi, których zdanie cenię i szanuję. A w ostatecznym rozrachunku problemy natury terminologicznej, a więc spory o to, czy Polsce należą się "reparacje", czy "zadośćuczynienie" (termin z uchwały Sejmu z 14 września 2022 r.), mają z punktu widzenia niniejszych rozważań drugorzędny charakter. W zamian odwołać chciałbym się do tego, co łączy polityków wszystkich opcji i większość społeczeństwa. Premier Tusk wypowiedział też w Berlinie następujące słowa: "Niemcy mają tutaj coś do zrobienia." I na potrzeby niniejszych rozważań tego się trzymajmy.

Jako punkt wyjścia dla dalszych rozważań przyjmę wywiad ministra Radosława Sikorskiego dla magazynu der Spiegel z 9 lutego 2024 r., gdyż spośród szeregu wypowiedzi przedstawicieli rządu i jego zaplecza eksperckiego ta właśnie wydaje mi się najbardziej szczegółowa i reprezentatywna. Potraktuję ją tu, jako wyjściową pozycję negocjacyjną. Sikorski zaapelował do rządu w Berlinie o sformułowanie "pakietu, który przekona Polaków, że problem zadośćuczynienia jest traktowany poważnie". W ramach propozycji co w takim pakiecie mogłoby się znaleźć wymienił zaś 4 kwestie. Przyjrzyjmy się im teraz nieco bliżej.

 

Polityka pamięci - zamiatanie pod dywan?

Pierwszy punkt w wypowiedzi Radosława Sikorskiego to budowa tzw. widocznego znaku. Tego terminu użył minister. To ważne. Dobór słownictwa zdradza akceptację ze strony polskiego MSZ dla projektu upamiętnienia polskich ofiar wojny w Berlinie, który jest już de facto w fazie realizacji. Uchwałę w tej sprawie podjął Bundestag jeszcze w roku 2020. Sprawa ciągnie się co najmniej od momentu, gdy o budowę pomnika polskich ofiar zaapelował Władysław Bartoszewski w roku 2012 i nie ma tu miejsca na omówienie wszystkich jej zawiłości. Warto jednak zwrócić uwagę, że formuła na jaką zdecydowały się ostatecznie władze RFN budzi liczne kontrowersje. Gorzko skrytykował projekt nawet jego oficjalny inicjator po stronie niemieckiej - architekt Florian Mausbach. W wywiadzie dla Deutsche Welle z 29 sierpnia  2023 r. powiedział: "Można było wznieść pomnik w ciągu trzech, czterech lat... Ale nie ma takiej woli, unika się nawet słowa 'pomnik'." Jego zdaniem 'pomnik' byłby wyrazem „uznania swojej winy” przez Niemców. A tego, jak Mausbach zwrócił uwagę, Niemcy nie chcą w sposób wyraźny uczynić.

Mausbach dotknął w tej wypowiedzi kwestii niesłychanie istotnej. Sednem sporu o pomnik nie jest bowiem sam fizyczny monument, a problem trudnej do zaakceptowania z polskiego punktu widzenia polityki pamięci RFN. W Berlinie istnieje cały szereg pomników "ofiar narodowego-socjalizmu" - od memoriału Holokaustu, przez pomnik ofiar pochodzenia romskiego, aż po miejsca upamiętnienia ofiar niepełnosprawnych i - osobno - ofiar prześladowanych ze względu na tożsamość seksualną. Ta lista nie jest przypadkowa. 4 wymienione tu miejsca upamiętnienia stanowią lustrzane odbicie standardowego modelu polityki historycznej RFN. Jest to swego rodzaju kanon pamięci. To właśnie te 4 grupy ofiar wymieniane są zawsze przez najwyższych funkcjonariuszy państwowych przy okazji uroczystości rocznicowych upamiętniających wojnę. Co w takiej sytuacji nie zaskakuje, są to także dokładnie te grupy ofiar, które utkwiły w świadomości społecznej, co potwierdzają regularne badania sondażowe. Najistotniejsze z punktu widzenia naszych rozważań jest jednak to, że te same badania potwierdzają równocześnie prawie kompletny brak świadomości na temat skali oraz charakteru zbrodni dokonanych przez Niemców na Polakach. Problem nie ogranicza się zresztą tylko do szerokich mas społecznych. Nawet wśród historyków niemieckich nie brakuje takich, którzy relatywizują ludobójczą politykę III Rzeszy wobec etnicznych Polaków, usiłując zamknąć ją w formule bliżej nieokreślonych “zbrodni wojennych”, popełnionych często “w reakcji na działania ruchu oporu”. Stan rzeczy dobrze oddaje chyba opinia byłego dyrektora Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich Dietera Bingena. Historyk ten określił stosunek Niemców do polskich ofiar wojny, jako "ofiary drugiej kategorii".

W zamyśle pomysłodawców pomnika "polskiego" miałby więc on być niejako symbolicznym uzupełnieniem istotnej luki w niemieckiej pamięci historycznej. Miałby on posłużyć za impuls i wehikuł do wprowadzenia korekty w narodowym kodzie pamięci poprzez uwzględnienie zbrodni ludobójstwa wobec etnicznych Polaków. Niestety, tak się nie stanie. Projekt napotkał potężny opór. Po wielu latach piętrzenia przeszkód formalnych, administracyjnych, oraz rozciągniętych w czasie deliberacji, nie ma już mowy o "pomniku". Mowa jest o "miejscu spotkań", "centrum polsko - niemieckiego dialogu". Zawierać ma on wprawdzie jakąś ekspozycję nt. okupacji, ale w ramach szerszej wystawy o historii wzajemnych relacji od czasów Mieszka i Dobrawy. Realizatorzy zapowiadają szczególne uwzględnienie sąsiedztwa na obszarach o historycznie mieszanej kompozycji etnicznej - a więc byłych obszarów kolonizacji niemieckiej w Polsce zachodniej i północnej. Gdzieś na uboczu, tymczasem, ma być też jakieś ekstra miejsce do złożenia kwiatów 1 września.

Dopiero w tak zarysowanym kontekście właściwie ocenić można całość niedawnej wypowiedzi na ten temat ministra Sikorskiego. Stwierdził on, że chodzić ma o "centrum dokumentacyjne i ośrodek dialogu, który równocześnie byłby pomnikiem i miejscem uznania dla polskich cierpień." Kolejność i rozłożenie akcentów są nieprzypadkowe. Strona polska akceptuje i adoptuje tu de facto koncepcję niemiecką. A wraz z nią także towarzyszącą jej narrację historyczną. Upamiętnienie polskich ofiar nie przyjmie formy porównywalnej z innymi kategoriami ofiar w oficjalnym kanonie niemieckiej polityki historycznej i nie doprowadzi do przewartościowań w niemieckiej "kulturze pamięci". Będzie to bezkompromisowo 'niemiecki' Dom Polski, w którym upamiętnienie polskich ofiar wojny odgrywać będzie rolę drugo lub raczej trzecio - rzędną, gdzieś na uboczu wielkiej narracji o "skomplikowanej, wspólnej historii". Zasadniczym jego celem będzie tworzenie "przestrzeni dialogu", w którym - jak podpowiada doświadczenie - pojawią się zapewne dość szybko wykłady, debaty i wystawy na temat polskiego antysemityzmu lub wypędzeń Niemców po zakończeniu wojny. Taka, a nie inna formuła realizacji tego projektu, jest naturalnie suwerenną prerogatywą państwa niemieckiego. Państwo polskie nie powinno jednak tego projektu nadmiernie legitymizować, a już na pewno nie powinno lansować wrażenia, że jest to projekt stanowiący jakiś istotny fragment zadośćuczynienia wobec Polski za hekatombę wojny i okupacji. Takie postawienie sprawy przez Sikorskiego należy jednoznacznie uznać za błąd.

Co dalej?

 

Zadośćuczynienie materialne - symbol, ale czego?

We wspomnianym wcześniej wywiadzie dla Spiegla Radosław Sikorski stwierdził, że niemiecka odpowiedzialność powinna przybrać również wymiar finansowy. Padły z jego ust w tym kontekście 3 sugestie. Po pierwsze zaproponował sfinansowanie odbudowy Pałacu Saskiego. Osobiście nie jestem wielkim zwolennikiem tego projektu. Jeśli już jednak by do tego doszło, powiedzieć sobie należy otwarcie, że w obliczu kompletnego zburzenia przez Niemców w trakcie wojny 84% zabudowy samej tylko lewobrzeżnej Warszawy - w tym ze szczególnym zacięciem dokonanej dewastacji wszystkich prawie budowli o wartości historycznej i kulturalnej - odbudowa jednego pałacu to raczej zabieg o charakterze czysto symbolicznym. Projekt taki miałby być może sens, jako zwieńczenie znacznie szerszego pakietu rekompensat finansowych i tylko w takiej formule powinien być rozważany.

Kolejna propozycja dotyczyła prawdopodobnie najmniej kontrowersyjnej dla obu stron formy zadośćuczynienia. Chodzi o "sfinansowanie opieki medycznej dla ocalałych". Nie jest to określenie precyzyjne, ale założyć możemy, że chodzi ministrowi o wciąż żyjące jeszcze ofiary okresu okupacji. Mowa tu o najwyżej kilkudziesięciu tysiącach osób. Jak napisałem - kwestia ta nie powinna budzić właściwie żadnej kontrowersji. Ofiarom się to po prostu należy. Z drugiej strony, nie można nie odnotować, że odszkodowania należały im się także 80 lat temu. Oraz że osób takich było wiele milionów, a miażdżąca większość z nich, jak również ich rodziny - nie otrzymała od Niemiec ani grosza i już nigdy go nie otrzyma.

Nie ma tu miejsca na wyłożenie w szczegółach dekadami ciągnących się, nieudanych zabiegów strony polskiej o załatwienie tej sprawy wcześniej, w sposób szanujący godność poszkodowanych. Za taki bowiem nie można uznać np. wypłat dokonanych przez Fundację Polsko-Niemieckie Pojednanie dla robotników przymusowych. Osoby te otrzymały jednorazowe świadczenie w średniej wysokości... 689 zł na osobę. Standard wyliczeń pierwszych wypłat był na poziomie... 50 gr za dzień pracy. Byli tacy, którzy przyjęcia tej żenująco niskiej kwoty odmówili. Byli też tacy, którzy ją przyjęli, lecz żałowali i szukali później możliwości jej zwrotu. Wypłaty otrzymało w tej formule ponad milion osób. Liczbę polskich robotników przymusowych w Niemczech szacuje się na 2.5 miliona. Trudno znów nie odnotować, że rodziny tych, którzy po totalnym wyeksploatowaniu zostali w Niemczech bestialsko zamordowani, nigdy nie zobaczyły złamanego grosza.

Różnym, bardzo restrykcyjnie zakreślonym grupom polskich ofiar strona niemiecka wypłaciła łącznie środki szacowane na 1.5 miliarda Euro. Właściwa ocena tej kwoty wymaga kontekstu. Dla porównania więc, ofiarom zbrodni nazistowskich, które w momencie ich popełnienia posiadały obywatelstwo niemieckie, wypłacono łącznie 48.5 miliarda Euro. Liczba ich była naturalnie niewspółmiernie mniejsza, niż ofiar polskich. Również obywatele innych państw zachodniej Europy, a zwłaszcza Izraela,  otrzymały z punktu widzenia ofiar polskich astronomicznie wręcz wysokie odszkodowania. Tragizm sytuacji obrazuje jednak chyba najlepiej inne zestawienie. Otóż na różnego rodzaju świadczenia dla byłych funkcjonariuszy III Rzeszy wypłaciła RFN owych miliardów... 300. Podczas gdy znakomita większość polskich ofiar niemieckich zbrodni i ich rodzin nie otrzymała nigdy ŻADNEJ rekompensaty, po dziś dzień regularne wypłaty emerytur i innych świadczeń otrzymują międzynarodowi ochotnicy korpusu Waffen SS, którzy byli czasami tych zbrodni wykonawcami.

Takie zestawienia naturalnie szokują. Zdawać sobie przy tym należy sprawę, że opisany stan rzeczy nie jest wynikiem pomyłki, tragicznego w skutkach błędu, lub przeoczenia. Wynika on ze świadomej i bezwzględnie konsekwentnej polityki kolejnych generacji przywódców RFN. Zaświadcza o tym treść dokumentów wewnętrznych przygotowanych na ich potrzeby przez niemiecką administrację, do jakich dotarli historycy. Nie będzie też chyba wielkim zaskoczeniem gdy dodam, że osoby które te ‘analizy’ i ‘rekomendacje’ przygotowywały, to często byli wysoko postawieni funkcjonariusze III Rzeszy. W pewnym więc sensie - to kaci konspirowali w zaciszu wygodnych gabinetów, aby odmówić odszkodowania swoim ofiarom, którym zrujnowali życie. 

Ten trudny do zaakceptowania stan był obiektem regularnych napomnień i apeli kierowanych pod adresem RFN ze strony przedstawicieli państwa polskiego. Niewiele więcej można było zrobić. Głęboka asymetria potęgi i potencjału obu państw utrudniała inne działania. W okresie zimnej wojny o jakichkolwiek skutecznych zabiegach strony polskiej w celu zmiany sytuacji nie mogło być mowy bez wsparcia ze strony imperialnego centrum w Moskwie. Ta zaś miała w relacjach z Bonn własne priorytety. Po upadku ZSRR Niemcy lewarował tymczasem fakt, iż - jak ujął to kiedyś Władysław Bartoszewski – Polska znalazła się w sytuacji “biednej panny bez posagu”. Gwałtowne przestawienie wektora orientacji polskiej polityki na zachód, w zestawieniu z potrzebami znajdującej się w głębokim kryzysie gospodarki (umorzenie długu, kredyty, inwestycje, negocjacje z UE) dyktowały imperatyw starań o jak najlepsze relacje z potężnym zachodnim sąsiadem. Jakiekolwiek tymczasem próby postawienia tematu sprawiedliwego zadośćuczynienia za straty wojenne na agendzie relacji dwustronnych spotykały się w Berlinie z gwałtownym sprzeciwem. Jak daleko gotowe były w tym sprzeciwie posunąć? W latach 1989-90 zirytowany podnoszeniem kwestii przez polskich przywódców Kanclerz Helmut Kohl nie wahał się grozić brakiem ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Jak w tamtej sytuacji geopolitycznej na takie dictum zareagować mogła Warszawa...?
 

Nie jest tu naturalnie moją intencją wyczerpujące omówienie problematyki historii dwustronnych negocjacji nt. zadośćuczynienia. Już jednak tak wybiórcze zestawienie jasnym uczynić powinno, że na temat "polsko-niemieckiego pojednania" opowiedzieć sobie możemy rzeczy bardzo różne, ale na pewno nie to, że w jakimkolwiek sensie i stopniu rachunki zostały wyrównane, a sprawiedliwości stało się zadość. Oczywistym powinno być też, że na wypłacie odszkodowań dla ostatnich żyjących ofiar niemieckich zbrodni teraz - po dekadach świadomego przez RFN oczekiwania aż nieubłagany czas i biologiczne przemijanie ograniczą skalę "problemu" - skończyć się nie może. Niemcy winne są Polsce zdecydowanie więcej. Bezdyskusyjnie. I tylko w tej perspektywie ocenić możemy właściwie kolejny, ostatni już z punktów "pakietu", jaki w rozmowie z Spieglem zasugerował Radosław Sikorski.

 

Kompensata dla zbiorowości

W wywiadzie padła też propozycja "inwestycji w zdolności obronne obu państw". Realizacja tego pomysłu, sformułowanego kiedyś przez dyrektora PISM Sławomira Dębskiego, wychodziłaby naprzeciw głębokiej potrzebie radykalnego wzmocnienia sił zbrojnych Rzeczpospolitej w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. Spełniałaby równocześnie kryterium, które w sposób dorozumiany zasugerowałem w akapicie poprzednim. A mianowicie - byłaby to kompensata o charakterze materialnym skierowana na rzecz narodu polskiego, jako zbiorowości - jedyna wyobrażalnie sprawiedliwa forma zadośćuczynienia w obliczu odejścia z tego świata przytłaczającej większości indywidualnych ofiar. Postawienie takiej kwestii publicznie na agendzie relacji polsko - niemieckich zapisać należy więc ministrowi Sikorskiemu na plus.

"Zaraz, zaraz - skąd przekonanie, że Niemcy będą w ogóle chcieli na ten temat negocjować?" - zapyta ktoś. "Przecież jak dotąd konsekwentnie jakichkolwiek rozmów odmawiali." Niemcy negocjować BĘDĄ, ponieważ zdają sobie sprawę, że sprawa jest niezałatwiona, że stanowi ona wielkie obciążenie w relacjach z Polską, oraz - co najważniejsze - że mają dziejową okazję żeby ją wreszcie załatwić w rozmowach z partnerem, który skłonny jest do bardzo daleko idącego kompromisu. W środowiskach eksperckich RFN i kuluarach świata polityki od dłuższego juz czasu trwają na ten temat ożywione rozmowy. Decyzje w sprawie budowy "widocznego znaku" zostały już właściwie podjęte i z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć możemy, że na biurku w urzędzie kanclerskim leży gdzieś szczegółowa analiza uwarunkowań i kosztów programu materialnego wsparcia dla ostatnich żyjących ofiar wojny. Rząd w Berlinie prędzej czy później podjął by tą sprawę bez względu na to kto sprawowałby władzę w Polsce. Słusznie jednak, ze swojego punktu widzenia, skalkulował, że warto się wstrzymać do momentu utworzenia po wyborach w październiku zeszłego roku nowego rządu. Oczywistym jest, że PiS byłby dla Niemiec partnerem o niebo trudniejszym. Pouczające może być przy tym bliższe przyjrzenie się tej dynamice.

Dziejową zasługą partii Jarosława Kaczyńskiego było asertywne postawienie tej sprawy na agendzie relacji polsko - niemieckich. Odwołując się do znanego modelu gry - PiS odegrał w tej sprawie rolę "złego policjanta. Jego głośne i bezkompromisowe żądania wykreowały zaognioną sytuację, w której problemu nie da się już dalej ostentacyjnie ignorować. Nowy rząd RP pod przewodnictwem Donalda Tuska odegrać w tych negocjacjach może zaś rolę "dobrego gliny". Dość klarownie zresztą już się tak pozycjonuje. Tak rozumieć chyba należy stanowisko, jakie Premier Tusk zaprezentował w Berlinie. Powiedział tam, że o sprawie zadośćuczynienia chce rozmawiać, "ale nie chce z tego uczynić frontu wzajemnej niechęci, a pomysł na dalszą współpracę". Jest to w naturalny sposób zachęta dla Niemiec, by skorzystały z okazji by sprawę załatwić w formule wzajemnego kompromisu. Sięgając dalej w przeszłość - atakując od lat rząd PiS za "psucie relacji" z Niemcami, oraz za "nieumiejętność załatwienia czegokolwiek" Donald Tusk i prowadzona przez niego KO postawiła się do pewnego stopnia w pozycji zakładnika własnej retoryki. Musi ona bowiem teraz zademonstrować, że - w odróżnieniu od poprzedników - nowy rząd potrafi się "dogadać" i uzyskać od partnerów jakieś koncesje. Elity niemieckie zdają sobie z tego doskonale sprawę. Wiedzą, że warunki potencjalnego porozumienia z Polską w sprawach historycznych nie będą nigdy lepsze, niż te, jakie uzyskać można będzie w rozmowach z Donaldem Tuskiem. W tak zakreślonym kontekście jasnym staje się, że pewne koncesje ze strony Niemiec na rzecz Polski w najbliższym czasie wydają się nieuchronne. Pozostaje więc jedno zasadnicze pytanie. O jakiej skali transferów finansowych mówimy?

Otóż dokładnie tu - w tej kwestii - będą się, drogi czytelniku, toczyć właściwe, realne negocjacje. I to z ich rezultatu rozliczać mamy prawo i obowiązek obecny rząd. Ewentualnych prób przekonania społeczeństwa, że sukcesem miałoby być 'dowiezienie' od lat przygotowywanego przez Berlin projektu Domu Polskiego, lub pomoc dla przez całe prawie życie pozostawionych samym sobie ofiarom niemieckich zbrodni, nie należy traktować poważnie. Konsekwentna, jak do tej pory, odmowa przez państwo niemieckie wsparcia tych ludzi jest w istocie swej świadectwem barbarzyństwa. Ewentualna zmiana tej postawy, która nastąpi mym zdaniem niebawem, zasługuje na życzliwe słowo uznania, ale na pewno nie na żarliwe podziękowania. Jeśli Niemcy istotnie wyrażą wreszcie wolę wyjścia poza obłudne deklaracje  o rzekomym pojednaniu (które w istocie nigdy nie miało miejsca) i wzięcia finansowej odpowiedzialności za skutki wojny, nasze oczekiwania powinny być znacznie wyższe. 
 
Odnotować tu należy, że pojawiają się już w przestrzeni medialnej pewne propozycje, które wydają się absolutnie nieadekwatne do okoliczności. Np. w die Zeit ukazał się artykuł Piotra Burasa, który zasugerował przekazanie Polsce 1 (słownie - "jednego") okrętu podwodnego z zasobów marynarki niemieckiej. Jak domyśleć się można byłaby to transakcja wiązana - Polska, która w ramach programu Orka przymierza się do zakupu około 3 okrętów podwodnych zobowiązała by się zapewne do złożenia zamówienia na kolejne okręty w niemieckich stoczniach. Bez względu jednak na to, czy mowa o okręcie, fabryce amunicji, czy też jednej, monumentalnej nawet budowli w centrum Warszawy - byłaby to rekompensata ABSURDALNIE niska i nieadekwatna do długu, jaki wobec Polski mają wciąż nasi sąsiedzi. W obliczu nie tylko przygniatającego rozmiaru strat wojennych, ale też przede wszystkim przywołanej wcześniej, urągającej wszelkim granicom zwykłej przyzwoitości bezlitosnej, konsekwentnej i rozpisanej na dekady polityki Niemiec zmierzającej do uniknięcia odpowiedzialności za popełnione zbrodnie – odpowiedź na takie propozycje może być tylko jedna. Nie! Jeden okręt podwodny nie załatwi sprawy. Jeśli tak miałoby wyglądać wspomniane przez Premiera "rozstrzygnięcie", to ze strony społeczeństwa powinno spotkać się to z głosem zdecydowanego sprzeciwu. Zadośćuczynienie powinno bowiem choć w podstawowym zakresie satysfakcjonować ludzką potrzebę poczucia sprawiedliwości. Wymaga tego od nas szacunek wobec ofiar wojny, wobec naszego państwa, a także samych siebie.

Zdaniem niemieckiego historyka Karla Heinza Rotha, który od wielu już lat konsekwentnie zachęca władze Rzeczpospolitej do dochodzenia zadośćuczynienia ze strony niemieckiej na forum międzynarodowym, materialny wymiar potencjalnych odszkodowań ma bowiem bezpośredni związek z kwestiami natury etycznej. Współautor książki "Wyparte, odroczone, odrzucone. Niemiecki dług reparacyjny wobec Polski i Europy" napisał:

"Kto razem z ofiarami i ich potomkami domaga się świadczeń odszkodowawczych, ten podejmuje próbę postawienia ich na równej stopie ze sprawcami i ich spadkobiercami. Prawo do świadczeń odszkodowawczych za zbrodnie wojenne i łamanie praw człowieka jest gwarantowane przez prawo międzynarodowe. Kto o nie walczy, konstytuuje się jako równorzędny podmiot prawa."

Odwracając zaś tą formułę - kto tych roszczeń aktywnie nie dochodzi, akceptuje stan "pod-człowieczeństwa", rasowej podległości, do którego zepchnęli naszych przodków imperialiści maszerujący pod znakiem czarnego orła i swastyki. Na to zgody być nie może...
 



Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

Polecane
Emerytury
Stażowe