Sztuka bez wolności. Dlaczego elity boją się prawdziwej twórczości
Co musisz wiedzieć:
- Autorka pisze, że współczesna sztuka jest rozdarta między ideologicznym dyktatem instytucji publicznych a realnymi potrzebami odbiorców i rynku prywatnego.
- Jej zdaniem publiczne galerie produkują dziś kosztowne, przegadane wystawy służące promocji określonego światopoglądu, a nie autonomii artystycznej.
- Stwierdza również, że żyjemy w epoce recyklingu dawnych stylów, bo elity kulturowe premiują przeciętność i konformizm zamiast ryzyka i oryginalności.
Dwubiegunówka sztuki
Sztuki onegdaj zwane pięknymi, teraz wizualnymi, nie są tylko estetycznym wyznacznikiem. Przekazują też bogactwo informacji: odzwierciedla się w nich ustrój, polityka decydentów, układy społeczne i zbiorowe nastroje, co poetycko określa się mianem ducha czasów. W jakim miejscu jest sztuka końca lat dwudziestych XXI wieku? Podobnie jak spora część społeczeństwa krajów rozwiniętych cierpi ona na chorobę afektywną dwubiegunową.
To poważne zaburzenie psychiczne, które w ludzkim wydaniu przejawia się amplitudą nastrojów – od nadmiernej euforii i pobudzenia skłaniającego do ryzykownych zachowań po depresyjne doły, kiedy występują emocjonalna załamka i brak motywacji do podjęcia najprostszych działań. W tym, co „sztuką się zwie”, chodzi o krańcową rozbieżność między oczekiwaniami/potrzebami odbiorców a zadaniami, jakie artystom wyznaczają instytucje publiczne.
- Pilne doniesienia z granicy. Jest komunikat Straży Granicznej
- Komunikat RCB dla woj. opolskiego i dolnośląskiego
- Komunikat dla mieszkańców woj. lubelskiego
- IMGW wydał komunikat. Oto, co nas czeka
- Wybory w Polsce 2050. Będzie II tura
Między potrzebami a ideologią
Ci pierwsi – fani, pasjonaci, kolekcjonerzy – chcą podniet dla oczu i intelektu, a czasem także długoterminowej, lecz pewnej lokaty kapitału; tym drugim powyższe wartości są obojętne – oni pojmują sztukę jako ideologiczne instrumenty. Sprawna żonglerka nimi przekłada się na kariery supermacherów od sztuki, którzy urastają do rangi wyroczni i pozycji celebrytów. Ci pierwsi są „niewinni” – głosują nogami (frekwencja na wystawach) lub uszczupleniem własnego konta (kupowanie obiektów sztuki), kierując się własnymi preferencjami estetycznymi bądź wskazaniami rynku sztuki. Drudzy traktują sztukę jako formę uprawiania polityki, pilnie nasłuchując mainstreamowego przekazu.
Gdzie najdobitniej uzewnętrznia się owo rozbieżne rozumienie sensu sztuki? Oczywiście w galeriach i muzeach. Dzięki wystawom można zauważyć, jakie art-tendencje dominują. Gdybym miała je określić jednozdaniowo, powiedziałabym – balansujemy między neo-soc-postkonceptualizmem a neosurrealizmem. Z jednej strony jesteśmy karmieni wykwitami wyjałowionymi twórczo i nudnymi wizualnie (jak za socrealizmu pod dyktando teorii), za to podpartymi bombastycznymi tekstami. I uwaga! Do tego nurtu zaliczam też figuratywne prace neoekspresjonistyczne, które kryją sekspodteksty niebinarnych autorów – co jest promowane i nagradzane na różnych konkursach (vide ostanie Biennale Malarstwa Bielska Jesień i laureat/ka Małgorzata Mycek).
Kontrą wobec ideotrendów są intrygujące i perfekcyjnie wykonane kompozycje malarskie, rzeźbiarskie czy wideo (mniejsza o technikę), z których wyłania się prawda: lęki, frustracje, poczucie wyalienowania i inne demony współczesności. Do tych uwolnionych przekazów podświadomości nie trzeba dorabiać kuratorskich interpretacji – działają na widza podprogowo. Nie trzeba ich tłumaczyć, ważne są emocje. Co ciekawe – poboczem tych horrorów jest eskapo-sztuka, odłam również w konwencji nadrealistycznej, będący próbą ucieczki od realiów – co na jedno wychodzi.
Przekaz w oprawie na bogato
Czy pomiędzy show w publicznych świątyniach utrzymywanych za kasę podatnika a pokazami z puli prywatnej zachodzi jakaś zbieżność? Tak, zdarzają się punkty styku, zwłaszcza gdy spójnią jest interes rodzinny albo kolesiowski – lecz ten wątek tu pominę. Ciekawszy jest rozziew stylistyczny pomiędzy tym, co oglądamy w prywatnych galeriach, a tym, co w Zachęcie, MSN, Muzeum Sztuki w Łodzi, MOCAK-u, CSW – Zamek Ujazdowski, Arsenałach (białostockim i poznańskim), CSW Znaki Czasu (Toruń) itd… Listę można wydłużyć, jednak i te wymienione wystarczają, by wyprowadzić jakąś wystawową medianę. Otóż w prestiżowych instytucjach sztuki funkcjonujących dzięki naszym podatkom wiruje karuzela kierowniczych stanowisk według politycznych wskazań. Jak za PRL – na kierowniczych stołkach wyżej wspomnianych obiektów musi zasiadać ktoś realizujący linię partii wiodącej.
Najlepszy dowód, że w ciągu ostatnich dwóch lat wymieniono wszystkich „niepewnych” lub zbyt koncyliacyjnych szefów na kadry realizujące neoliberalną politykę. Oczywiście, pozostawiono na stanowiskach ciotki rewolucji lat 90. Co zabawne, nieruszeni zostali kuratorzy i pracownicy niższego szczebla (np. od edukacji), którzy zadekowali się na etatach od „pierwszego Tuska”, i w czasach władzy PiS-u nikt ich nie zwolnił. Przez osiem lat do 2023 roku stanowili coś w rodzaju piątej kolumny instytucji kultury (chroniło ich prawo pracy). W rezultacie w publicznych galeriach i muzeach pracują – poza kuratorami – tabuny specjalistów od „oprawy wystaw”. Musi być „na bogato”, więc aranżacja każdej ekspozycji pochłania krocie. Już dawno nie chodzi tylko o efektowne/intrygujące przedstawienie „materii sztuki”, lecz o nadbudowę wizualno-ideologiczną wzmacniającą przekaz. Do każdej wystawy projektowane są specjalne meble i „mała architektura”, tudzież często rysunki/malowidła naścienne, zamawiane ekstra u artystów, którzy nie uczestniczą w pokazie. Kosztuje to niemało, ale kto zabroni wyrzucać nie swoją kasę? Wszystkie te dodatki ubogacają nawet najcieńszy artystycznie show i przydają zwiedzaniu dramaturgii.
Kuratorskie popisy
Jednak clou to sążniste teksty wyjaśniające przesłanie prezentacji oraz komentujące każdy eksponat z osobna. Te erudycyjne popisy zespołu kuratorskiego często wcale nie ułatwiają zrozumienia prac, za to sprawiają, że oglądający czują się upokorzeni swą niewiedzą i niedostatkiem intuicji. Gdy jednak wziąć się za rozbiór logiczny owych kuratorskich wykwitów, okazują się one elukubracjami inkrustowanymi cytatami ze „wszystkich świętych” – Foucaulta, Derridy, Lyotarda, Baudrillarda, Fukudy, Sontag…
Ale mniejsza o teorię. W tych wystawach chodzi o narzucenie europejskiego wzorca ideologicznego. Ekologia, Zielony Ład, ratowanie ziemi, zrównanie praw dla istot ludzkich i zwierzęcych, a nawet roślinnych; akceptacja migracji, otwarte ramiona dla uchodźców, pochwała różnych kultur, ekspiacja za „kolonialną mentalność” Polaków; niebinarność, transseksualizm, związki jednopłciowe; odrzucenie nauk Kościoła; a nade wszystko – zadośćuczynienie kobietom za tysiącletnie krzywdy, upokorzenia i brak szans. A najlepiej wszystkie wątki naraz.
Ot, pierwszy z brzegu przykład z ostatnich miesięcy – wystawa „Obywatele” Tomáša Rafy (artysta i aktywista słowacki, wykształcony w Warszawie) wiosną 2025 roku w Zachęcie. Pokazano filmy wideo i fotografie, w których autor
„…odważnie wkracza w centra konfliktów i w sposób możliwie najbardziej obiektywny, bez użycia słownego komentarza, przedstawia stanowiska różnych stron sporu – ich rozumienie patriotyzmu, kwestii uchodźctwa, praw osób LGBTQ i praw kobiet. Ważnym wątkiem jest także religia i jej miejsce w polskiej przestrzeni publicznej”.
I o to w oficjalnym przekazie sztuki chodzi.
Pod każdy gust i kasę
W prywatnych galeriach utrzymujących się z tego, co ludzie kupują, nie uświadczy się nadbudowy aranżacyjnej ani przegadanych komentarzy. Na ogół są ascetyczne, urządzane/wyposażane na zasadzie white cube. Mamy ich w Polsce setki, o bardzo zróżnicowanych profilach, jakości ofert i poziomie cenowym. Tu naprawdę działa zasada „dla każdego coś miłego”: jak kogoś zachwycają milusińskie portrety kotków, na pewno znajdzie takowe za przystępną kwotę; jeżeli ktoś poluje na dzieła topowych autorów, też bez trudu je ustrzeli, buląc całkiem ładne sumki. W tych przybytkach dominuje malarstwo (rzeźba zdarza się rzadziej) wykonane perfekcyjnie, atrakcyjne wizualnie, które nie przynależy do żadnego modnego nurtu, za to nie nudzi się po krótkim czasie.
Ale galerie to nie jedyna możliwość wejścia w posiadanie prawdziwego artefaktu, znaczy – obiektu(-ów) unikatowych (pamiętam czasy, gdy surogatem sztuki były oprawiane w ramki i wieszane na ścianach reprodukcje znanych obrazów albo plakaty, co zresztą nadal funkcjonuje). Żeby bardziej ożywić handel „żywą” sztuką, co jakichś czas organizowane są ekstra-dopingi: targi (z różnymi podtytułami – młodej sztuki, wiosenne, letnie, przedświąteczne) czy maratony weekendowe (np. Warsaw Gallery Weekend), kiedy salony otwarte są do późnych godzin nocnych i często dyżurują w nich autorzy prezentowanych obiektów (podobnie jak podczas Nocy Muzeów). Nie można też zapominać o aukcjach, zarówno tych na żywo, gdzie licytacje przybierają nieraz formę spektakli, jak i internetowych, mniej emocjonujących, za to wygodniejszych dla kupujących. Wypadałoby jeszcze dorzucić stosunkowo nową formę – cyfrowy trade art, czyli handel utworami zapisywanymi w technologii blockchain, czyli niewymienialnych tokenów. Tu do wyboru są nówki – obrazy, grafiki, wideo albo klasyki światowych mistrzów podzielone na tokeny. Chcesz sobie kupić kawałek „Pocałunku” Klimta? Już się robi. Albo „Autoportretu z zabandażowanym uchem” van Gogha? Do wzięcia. Jednak to inna bajka niż kontakt na żywo. No i nie kreuje nowych kierunków, tylko nową formę posiadania.
Mielenie przerobionych stylistyk
Na koniec pytanie – czym aktualne jest coś takiego jak styl w sztuce? Czy nadal możemy jakąś tendencję wyróżnić, ująć w teorię, dopasować do otaczających realiów? Wiadomo, sztuka ewoluowała przez stulecia. Iskrzyły, potem krystalizowały się różne style artystyczne, oddające ducha danej epoki. Kiedyś mówiono o postępie w sztuce, potem zaniechano tego określenia, uznawszy, że w każdej, choćby najbardziej skanonizowanej stylistyce geniusze potrafili zamanifestować swą odrębność. I zawsze nadchodził moment, kiedy nowatorskie u zarania rozwiązania rozpowszechniały się i banalizowały tak bardzo, że zamieniały się w komercję. Toteż to nie zabieganie o „postęp”, lecz ucieczka od taniej powszedniości motywowała największych mistrzów do poszukiwania nowych rozwiązań, tematów, technik. I nie celowe parcie na „progres”, lecz niezależne, niesubordynowane indywidualności zmieniały stylistyczny dukt, nawet jeśli działali na zlecenie jakiegoś hojnego mecenasa. Motywowało ich coś jak zew wolności, jakim nacechowany jest każdy wybitny talent.
Pomińmy jednak europejskich (światowych) geniuszy, a skupmy się na naszych wielkich – z pytaniem: czy i kiedy Polska wydała ich ze swego łona? Znów żadne odkrycie – erupcja polskich talentów nastąpiła na przełomie XIX i XX wieku, kiedy jeszcze nasz kraj nie istniał na mapie. Jednak cały XIX wiek to czas wrzenia – na całym kontynencie co i rusz wybuchały gdzieś ruchy wolnościowe, rozdrobnione państwa jednoczyły się, a jednocześnie odkrywano historię minionych cywilizacji, konstruowano maszyny zmieniające odwieczne formy bytowania… Czy sztuka mogła pozostawać w tyle wobec tak rewolucyjnych zmian? Śledząc sztukę dwóch ostatnich stuleci, nietrudno zauważyć, że w tym okresie co kilka lat odpalany był lont twórczych innowacji – od romantyzmu, poprzez impresjonizm, postimpresjonizm, secesję, ekspresjonizm…
Potem jeszcze szybciej, podczas I wojny światowej i po niej wybuchła petarda dadaizmu, surrealizmu i art déco, a obok abstrakcja geometryczna, następnie znów różne figuracje szkoły paryskiej. Potem krótki przestój na czas II wojny – i znowu przyspieszenie: abstrakcja gestu, czyli niefiguratywna forma ekspresjonizmu, ciąg dalszy surrealizmu oraz wszelkie indywidualne hybrydy figuracji. W latach 60. zderzyły się ze sobą dwa fronty: pop-art., czyli sztuka trochę nawiązująca do secesji, ale czerpiąca z realiów, i na drugim biegunie konceptualizm, trendy z pozoru sprzeczne, w istocie obydwa (u źródeł) antysystemowe. W kolejnej dekadzie szumu narobili „nowi dzicy”, co w zasadzie było powtórką z ekspresjonizmu, następnie zabełtał w głowach postmodernizm – dowodząc, że wszystko można ze wszystkim zmieszać bez obciachu: cytaty, plagiaty, epoki. Jednak nowością był stylistyczny patchwork, a nie nowy styl. I tak weszliśmy w XXI wiek, w którym dzieje się wszystko, ale wyciągane z magazynu sztuki. Ekspresjonizm? Proszę bardzo, obecny. Konceptualizm? Jak najbardziej. Antysztuka i ready made (Duchamp wiecznie żywy)? No pewnie! Figuracje w stylu art déco (Łempicka na tapecie) – owszem, są. Ale, na Boga, to same repetycje. Co sprawia, że taplamy się w powtórkach?
Mierni dla miernych
Teoretyzowanie łatwiejsze jest z czasowej perspektywy. Stawianie diagnoz na bieżąco zawsze trąci dezynwolturą i grozi samoośmieszeniem. Jednak zaryzykuję. Otóż sądzę, że właśnie owa repetycyjność współczesnej sztuki przystaje do tego, co dzieje się w polityce, w społeczeństwie. Bo kto kiedyś lansował nowości? Salony, czyli światłe elity, które umiały docenić talenty (wiem, zaraz ktoś poda przykłady Modiglianiego i van Gogha, ale to znowu wyjątki potwierdzające regułę). Nawet jeśli był to społeczny promil, to wpływowy. Obecne pierwszopokoleniowe „elity” ledwo uczą się kultury. Nie mają wygórowanych wymagań i popierają to, co nie drażni ich estetycznie. Stąd mir, jakim obdarzani są artyści mierni, za to łatwi w odbiorze i elokwentni. Tacy, którzy nie narazili się niczym ekstraordynaryjnym, a co do ich poglądów politycznych to mają je labilne. To ich media głównego nurtu okrzykują wybitnymi mistrzami. Według słów Gombrowicza: „swój do swego po swoje”.
[Tytuł, niektóre śródtytuły, lead i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




