Konrad Wernicki: Ekologizm realny

Bycie EKO jest w modzie, bez dwóch zdań. Często jednak jest to tylko ekologizm powierzchowny na potrzeby nośnych hasztagów, robienia sobie pozytywnego PR-u albo i zaspokajania potrzeb swojego ego, które chce, byśmy zrobili coś dla planety. Wtedy kupienie koncernowego produktu z naklejką „BIO”, „EKO” załatwia sprawę: sumienie staje się czyste, a my ratujemy Ziemię. A tak się składa, że prawdziwy ekologizm ma więcej wspólnego z patriotyzmem niż globalną modą.
Jedzenie od rolnika
Jedzenie od rolnika / fot. freepik.com

Ekologizm realny

Po pracy lubię zajść do lokalnego warzywniaka – małej budki wokół której są rozstawione kosze i palety z warzywami, owocami. Nie wygląda to najestetyczniej, próżno też szukać wygód typu wózek, albo apka na telefon pokazująca na co jest aktualnie promocja. W zasadzie tam w ogóle nie ma promocji. Nie ma też naklejek „BIO”, „EKO”, „BEZ DODATKÓW KONSERWANTÓW”. Kurczę, jak to tak?! To te ziemniaki nie są eko? W ogóle jakieś takie brudne, całe w ziemi. A przecież w dyskoncie 200 metrów dalej można kupić takie ładne, już obrane, zafoliowane w zielonym opakowaniu…

To się może wydawać śmieszne, ale w podświadomości ludzi wychowanych w sterylnych miejskich warunkach tak to mniej więcej wygląda. Nie żeby oni/my tak myśleli na głos, ale cała machina marketingowa globalnych koncernów podpowiada nam jak powinniśmy  się zachowywać. Co kupować, jak się odżywiać. Może zauważyliście, że w supermarketach te produkty BIOEKO przeważnie mają matowe, nieco szorstkie opakowania, tak by fakturą przywodziły nam na myśl coś „naturalnego”, takiego bliżej ziemi. Konieczne jest też połączenie koloru zielonego z jasnym brązem. Czasem te produkty faktycznie są lepszej jakości i bardziej ekologiczne od ich tańszych zamienników, ale często to zwyczajny chwyt marketingowy. Te same produkty ładowane są w inne opakowania, a sprzedawane w innych cenach, no bo jak eko, to wiadomo że drożej.

Tymczasem po rzeczy prawdziwie ekologiczne trzeba się właśnie nieco bardziej schylić. Wiadomo, że wygodniej jest pojechać raz w tygodniu do jednego sklepu i tam kupić jednocześnie warzywa, wędliny, papier toaletowy, napoje i szampon do włosów. W dzisiejszym zabieganym świecie taki supermarket ze wszystkim bardzo ułatwia życie. No ale właśnie. My chcemy żeby było łatwo, czy faktycznie stawiamy ekologizm jako drogę do lepszego życia, nie tylko naszego, ale też innych ludzi, przyszłych pokoleń?

Zaopatrując się w takim małym warzywniaczku praktycznie macie pewność, że wszystko jest tam eko. Nawet możecie spytać skąd sprzedawca sprowadza dane produkty. I ja np. wiem, że kupuję marchewki, które pochodzą z gospodarstwa z tej samej gminy, a np. ogórki ze skupu w sąsiedniej wiosce. Co prawda z trudem rozumiem sympatycznego Pana, który mi to wyjaśnia, ale takie czasy. Imigrant? A gdzie tam. Kaszub. Dla niego to ja jestem imigrant co nie ogarnia kaszëbsczi gôdki. U niego nie kupuje się jak w markecie, patrząc na ceny i promocje. Kupuje się zmysłami: wzrokiem, węchem. Jest tylko jeden zapach, który może konkurować z wonią unoszącą się w takim warzywniaku. Zapach po wejściu do lokalnego sklepu mięsnego. Może to i bardzo subiektywne wrażenie, ale widok i zapach wiszących pęt kiełbas, poukładanych wędlin i schabów jest najlepszym bodźcem zakupowym. I właśnie takimi zakupami zmniejszam swój ślad węglowy! Zdziwieni?

Zmniejszaj ślad węglowy

Kupując lokalne produkty generujemy o wiele mniejszy ślad węglowy, aniżeli mielibyśmy nabywać te same artykuły, często gorszej jakości, wyprodukowane w innej części Polski, a nawet świata. Transport lotniczy, morski, lądowy, to wszystko generuje duże zużycie energii, emisję spalin i gazów cieplarnianych. 

Jakże krótszą drogę jednym środkiem transportu musi pokonać ogórek od znajomego rolnika w porównaniu z tym samym warzywem, które wyrosło choćby kilka województw dalej. A to i tak delikatny przykład, bo nie raz widziałem w markecie cebule wyprodukowane w Holandii. Albo jajka pochodzące z Łotwy. A co to, w Polsce cebule nie rosną, a kury jaj nie znoszą? To te biedne wrażliwe jaja muszą jechać przez Łotwę, Litwę, Podlasie, Warmię, Pomorze by dotrzeć do Biedronki na Kaszubach? Ile z nich się rozbije po drodze? I choćby były z wolnego wybiegu, to ni chu chu nie można ich nazwać eko.

Nie żebym był jakimś kategorycznym przeciwnikiem zagranicznych produktów. Niech Łotysze czy Holendrzy śmiało sprzedają i eksportują urobek swojej pracy, ale bądźmy rozsądni. O ile zdrowsze dla świata jest kupowanie lokalnej żywności? Taka cebula z Holandii najpierw musi zostać zapakowana na auto dostawcze, przetransportowana do skupu/hurtowni, potem na większą ciężarówkę, następnie jedzie przez pół Europy, parkuje w centrali logistycznej, znowu trafia do mniejszej furgonetki i finalnie do sklepu. A Polska cebula od naszego rolnika? Jeden kurs od rolnika do warzywniaka. To jest dopiero EKO.

Ta sama zasada, a nawet bardziej, tyczy się mięsa. Dodatkowo te pochodzące z mniejszych ubojni jest żywnością zdrowszą, lepszej jakości, bo nie jest produkowana na skalę przemysłową. Tam zwierzęta nie są tak faszerowane sterydami i antybiotykami, wszystko odbywa się bardziej naturalnie. Przez to może być droższe, ale przynajmniej jecie mięso, a nie kurczaka-zombie, który w swoim jednomiesięcznym życiu ani razu trawy nie skubnął, nie widział słońca.

Wiadomo, że wielu warzyw i owoców w Polsce czy Europie się nie uprawia. Nie ma jak pozyskać „lokalnego banana”. Nie chodzi tu o jakiś antyglobalistyczny zamordyzm. Korzystajmy z dóbr cywilizacji i globalizacji, ale warto mieć na uwadze, że choć jedzenie awokado jest modne i wygląda na eko, to bardziej „zielone” jest jednak zjedzenie ziemniaka, który kupiliśmy bezpośrednio od sąsiada wujka co to ma swoją małą rolę. Tylko, że ziemniak nie wygląda tak dobrze na Insta, co nie?

 

Diagnoza dobra, rozwiązanie złe

Tę rzeczywistość nawet dobrze odczytuje postępowy Libleft, ale wyciąga złe wnioski. Bo zamiast promować lokalne rolnictwo, lokalną produkcję, planuje ją kompletnie zaorać, zastępując zamiennikami, których globalna produkcja nie jest tak energochłonna i wysokoemisyjna.

Przemysłowa produkcja mięsa pochłania znaczące ilości wody, zużywa sporo energii, do tego sama w sobie potrzebuje produkcji pasz dla zwierząt. Stąd pomysły, by na naszych talerzach mięso było powoli zastępowane przez robaki, które hodować o wiele taniej. Złośliwi powiedzą, że taki substytut białka w postaci robaków to i na g*wnie można wyhodować. Abstrahując od uprzedzeń do jedzenia owadów, to nie ich smak jest tu najważniejszy, a błędne rozwiązanie realnego problemu.

Mięso produkowane masowo nie jest najzdrowsze, nie jest najsmaczniejsze, a do tego nie jest ekologiczne. Zatem naprawmy jego produkcję, przenieśmy ją na wiele mniejszych, lokalnych gospodarstw, zamiast załamywać ręce, że w Chinach stawia się 26 piętrową chlewnię, która rocznie wypuści 1,2 miliona ubitych świń, które trafią na europejskie talerze.

Niech Unia powie: Nie, my jesteśmy EKO i nie będziemy kupować waszych świń-zombie, będziemy jeść nasze świnie: z Polski, Francji, Rumunii. Zamiast tego Unia uczy Europejczyków jedzenia substytutów mięsa, a jednocześnie wypycha rolnictwo z Europy, bo te jest „nieekologiczne”.

W swoich szczytnych planach unijni urzędnicy i politycy widzą Europę jako region neutralny klimatycznie. Przy obecnych technologiach oznacza to likwidację przemysłu i rolnictwa, które chcąc nie chcąc, muszą zużywać sporo energii i emitować gazy różnej maści. I to jest dopiero cyniczny fasadowy ekologizm. 

Europa może i sama w sobie będzie neutralna dla środowiska, nie będzie emitować gazów cieplarnianych, ale tylko dlatego, bo wszystko co te gazy emituje, zostanie wyoutsource’owane poza Unię.

Przemysł? Przecież gros rzeczy można produkować w Azji przy znacznie niższych kosztach pracowniczych, płacąc pracownikom dosłownie miskę ryżu za wykonaną robotę, za którą w Europie pracownik w związkach zawodowych zażądałby godnej płacy.

Rolnictwo? A nie wystarczy postawić na rolników w Afryce czy Ameryce Południowej? A że technologicznie odstają to nie problem. Zamontujemy u nich europejskie agroholdini, które dostarczą odpowiedni sprzęt, know-how, będą zarządzać całym procesem, a potem w miarę tanio przetransportują owoce tej pracy do Europy.

Tak się teraz myśli w Brukseli.

Lekcja dla Europy

Pandemia i wojna na Ukrainie powinny dla nas wszystkich być lekcją, że długie łańcuchy dostaw łatwo można przerwać, a wtedy zostaje się z niczym. Tak było na początku pandemii, gdy nagle okazało się, że większość sprzętu ochrony sanitarnej i leki produkuje się w Chinach. W niektórych państwach Europy na sklepowych półkach brakowało żywności, bo załamały się łańcuchy eksportu i importu. W Polsce jedzenia nie brakowało, bo mamy silne rolnictwo. Jeszcze.

Naprawdę warto zadbać o siebie, lokalną społeczność, jednocześnie dbając o planetę. W krótkiej perspektywie takie ekologiczne wybory mogą wydawać się droższe, bardziej obciążające nasze portfele, ale w dłuższej zwrócą się nam z nawiązką. A polskie rolnictwo to jest element naszej suwerenności.


 


 

POLECANE
Umowa z Mercosur w zasadzie przesądzona. Włochy planują poprzeć porozumienie z ostatniej chwili
"Umowa z Mercosur w zasadzie przesądzona". Włochy planują poprzeć porozumienie

Z doniesień mediów wynika, że Włochy mimo początkowego sprzeciwu planują ostatecznie poprzeć umowę handlową z krajami Mercosuru. Jeśli informacje się potwierdzą, upadnie na szansa na stworzenie tzw. mniejszości blokującej i umowa zostanie przyjęta. Głosowanie w tej sprawie już w piątek 9 stycznia. 

Maduro był dyktatorem, ale o jego losie przesądziło co innego tylko u nas
Maduro był dyktatorem, ale o jego losie przesądziło co innego

Tak - Nicolas Maduro był dyktatorem, zdobył władzę przy pomocy oszustwa wyborczego, zamykał do więzień, mordował opozycjonistów i był zaangażowany w handel narkotykami.

Ostrzelanie auta polskiego europosła w Brukseli. Jest decyzja belgijskiej prokuratury z ostatniej chwili
Ostrzelanie auta polskiego europosła w Brukseli. Jest decyzja belgijskiej prokuratury

Belgijska prokuratura zakończyła postępowanie dotyczące sprawy rzekomego ostrzelania samochodu polskiego europosła Waldemara Budy w Brukseli. Jak ustaliła dziennikarka RMF FM, śledczy nie znaleźli dowodów potwierdzających użycie broni pneumatycznej.

Korespondent neo-TVP w Waszyngtonie przyznaje się do kompromitującego błędu z ostatniej chwili
Korespondent neo-TVP w Waszyngtonie przyznaje się do kompromitującego błędu

Korespondent Polskiego Radia w Stanach Zjednoczonych Marek Wałkuski po ostrej krytyce w mediach społecznościowych opublikował oświadczenie, w którym praktycznie przyznał się do kompromitującego błędu. Chodzi o jego wpis dotyczący zdjęcia udostępnionego przez Biały Dom po operacji USA w Wenezueli.

Bałtyk coraz mniej bezpieczny tylko u nas
Bałtyk coraz mniej bezpieczny

Bałtyk staje się jednym z najbardziej narażonych akwenów w Europie. Gęsty ruch statków, krytyczna infrastruktura i działalność rosyjskiej „floty cieni” zwiększają ryzyko poważnych wypadków, wycieków ropy i zagrożeń hybrydowych tuż u granic Polski.

Wenezuela: Wiceprezydent Delcy Rodriguez zaprzysiężona na p.o. prezydenta z ostatniej chwili
Wenezuela: Wiceprezydent Delcy Rodriguez zaprzysiężona na p.o. prezydenta

Wiceprezydent Wenezueli Delcy Rodriguez została w poniedziałek formalnie zaprzysiężona w parlamencie na p.o. prezydenta kraju po schwytaniu przez siły USA i wywiezieniu z kraju dotychczasowego przywódcy Nicolasa Maduro i jego żony Cilii Flores.

USA: Maduro oskarżony o narkoterroryzm. Zapadły pierwsze decyzje sądu z ostatniej chwili
USA: Maduro oskarżony o narkoterroryzm. Zapadły pierwsze decyzje sądu

Obalony przywódca Wenezueli Nicolas Maduro i jego żona Cilia Flores usłyszeli w poniedziałek w sądzie federalnym w Nowym Jorku cztery zarzuty, w tym m.in. uczestnictwa w zmowie narkoterrorystycznej i sprowadzania kokainy do USA. Nie przyznali się do winy. Decyzją sądu termin kolejnej rozprawy wyznaczono na 17 marca.

Przedstawiciel niemieckiego rządu: Nie mogę potwierdzić terminu podpisania umowy z krajami Mercosur z ostatniej chwili
Przedstawiciel niemieckiego rządu: Nie mogę potwierdzić terminu podpisania umowy z krajami Mercosur

Czy w związku z interwencją USA w Wenezueli dojdzie do przesunięcia podpisania umowy Unii Europejskiej z Mercosur? Na to pytanie odpowiadał na poniedziałkowej konferencji prasowej Tim-Niklas Wentzel, rzecznik prasowy niemieckiego rządu ds. polityki handlu zagranicznego, polityki europejskiej i spraw resortu centralnego.

Nie żyje żołnierz. WOT składa kondolencje bliskim z ostatniej chwili
Nie żyje żołnierz. WOT składa kondolencje bliskim

W poniedziałek po południu Wojska Obrony Terytorialnej poinformowały o śmierci por. Macieja z Centrum Szkolenia Łączności i Informatyki w Zegrzu. Przekazano, że śmierć nie miała związku z pełnieniem służby.

Pożar w Crans-Montana. Wśród rannych dwie osoby z Polski z ostatniej chwili
Pożar w Crans-Montana. Wśród rannych dwie osoby z Polski

Dwie osoby z Polski są wśród wszystkich 116 zidentyfikowanych rannych w pożarze w kurorcie Crans-Montana – podała w poniedziałek szwajcarska policja. W pożarze zginęło 40 osób. Policja podkreśliła, że wcześniej podana liczba rannych została zmniejszona ze 119 do 116.

REKLAMA

Konrad Wernicki: Ekologizm realny

Bycie EKO jest w modzie, bez dwóch zdań. Często jednak jest to tylko ekologizm powierzchowny na potrzeby nośnych hasztagów, robienia sobie pozytywnego PR-u albo i zaspokajania potrzeb swojego ego, które chce, byśmy zrobili coś dla planety. Wtedy kupienie koncernowego produktu z naklejką „BIO”, „EKO” załatwia sprawę: sumienie staje się czyste, a my ratujemy Ziemię. A tak się składa, że prawdziwy ekologizm ma więcej wspólnego z patriotyzmem niż globalną modą.
Jedzenie od rolnika
Jedzenie od rolnika / fot. freepik.com

Ekologizm realny

Po pracy lubię zajść do lokalnego warzywniaka – małej budki wokół której są rozstawione kosze i palety z warzywami, owocami. Nie wygląda to najestetyczniej, próżno też szukać wygód typu wózek, albo apka na telefon pokazująca na co jest aktualnie promocja. W zasadzie tam w ogóle nie ma promocji. Nie ma też naklejek „BIO”, „EKO”, „BEZ DODATKÓW KONSERWANTÓW”. Kurczę, jak to tak?! To te ziemniaki nie są eko? W ogóle jakieś takie brudne, całe w ziemi. A przecież w dyskoncie 200 metrów dalej można kupić takie ładne, już obrane, zafoliowane w zielonym opakowaniu…

To się może wydawać śmieszne, ale w podświadomości ludzi wychowanych w sterylnych miejskich warunkach tak to mniej więcej wygląda. Nie żeby oni/my tak myśleli na głos, ale cała machina marketingowa globalnych koncernów podpowiada nam jak powinniśmy  się zachowywać. Co kupować, jak się odżywiać. Może zauważyliście, że w supermarketach te produkty BIOEKO przeważnie mają matowe, nieco szorstkie opakowania, tak by fakturą przywodziły nam na myśl coś „naturalnego”, takiego bliżej ziemi. Konieczne jest też połączenie koloru zielonego z jasnym brązem. Czasem te produkty faktycznie są lepszej jakości i bardziej ekologiczne od ich tańszych zamienników, ale często to zwyczajny chwyt marketingowy. Te same produkty ładowane są w inne opakowania, a sprzedawane w innych cenach, no bo jak eko, to wiadomo że drożej.

Tymczasem po rzeczy prawdziwie ekologiczne trzeba się właśnie nieco bardziej schylić. Wiadomo, że wygodniej jest pojechać raz w tygodniu do jednego sklepu i tam kupić jednocześnie warzywa, wędliny, papier toaletowy, napoje i szampon do włosów. W dzisiejszym zabieganym świecie taki supermarket ze wszystkim bardzo ułatwia życie. No ale właśnie. My chcemy żeby było łatwo, czy faktycznie stawiamy ekologizm jako drogę do lepszego życia, nie tylko naszego, ale też innych ludzi, przyszłych pokoleń?

Zaopatrując się w takim małym warzywniaczku praktycznie macie pewność, że wszystko jest tam eko. Nawet możecie spytać skąd sprzedawca sprowadza dane produkty. I ja np. wiem, że kupuję marchewki, które pochodzą z gospodarstwa z tej samej gminy, a np. ogórki ze skupu w sąsiedniej wiosce. Co prawda z trudem rozumiem sympatycznego Pana, który mi to wyjaśnia, ale takie czasy. Imigrant? A gdzie tam. Kaszub. Dla niego to ja jestem imigrant co nie ogarnia kaszëbsczi gôdki. U niego nie kupuje się jak w markecie, patrząc na ceny i promocje. Kupuje się zmysłami: wzrokiem, węchem. Jest tylko jeden zapach, który może konkurować z wonią unoszącą się w takim warzywniaku. Zapach po wejściu do lokalnego sklepu mięsnego. Może to i bardzo subiektywne wrażenie, ale widok i zapach wiszących pęt kiełbas, poukładanych wędlin i schabów jest najlepszym bodźcem zakupowym. I właśnie takimi zakupami zmniejszam swój ślad węglowy! Zdziwieni?

Zmniejszaj ślad węglowy

Kupując lokalne produkty generujemy o wiele mniejszy ślad węglowy, aniżeli mielibyśmy nabywać te same artykuły, często gorszej jakości, wyprodukowane w innej części Polski, a nawet świata. Transport lotniczy, morski, lądowy, to wszystko generuje duże zużycie energii, emisję spalin i gazów cieplarnianych. 

Jakże krótszą drogę jednym środkiem transportu musi pokonać ogórek od znajomego rolnika w porównaniu z tym samym warzywem, które wyrosło choćby kilka województw dalej. A to i tak delikatny przykład, bo nie raz widziałem w markecie cebule wyprodukowane w Holandii. Albo jajka pochodzące z Łotwy. A co to, w Polsce cebule nie rosną, a kury jaj nie znoszą? To te biedne wrażliwe jaja muszą jechać przez Łotwę, Litwę, Podlasie, Warmię, Pomorze by dotrzeć do Biedronki na Kaszubach? Ile z nich się rozbije po drodze? I choćby były z wolnego wybiegu, to ni chu chu nie można ich nazwać eko.

Nie żebym był jakimś kategorycznym przeciwnikiem zagranicznych produktów. Niech Łotysze czy Holendrzy śmiało sprzedają i eksportują urobek swojej pracy, ale bądźmy rozsądni. O ile zdrowsze dla świata jest kupowanie lokalnej żywności? Taka cebula z Holandii najpierw musi zostać zapakowana na auto dostawcze, przetransportowana do skupu/hurtowni, potem na większą ciężarówkę, następnie jedzie przez pół Europy, parkuje w centrali logistycznej, znowu trafia do mniejszej furgonetki i finalnie do sklepu. A Polska cebula od naszego rolnika? Jeden kurs od rolnika do warzywniaka. To jest dopiero EKO.

Ta sama zasada, a nawet bardziej, tyczy się mięsa. Dodatkowo te pochodzące z mniejszych ubojni jest żywnością zdrowszą, lepszej jakości, bo nie jest produkowana na skalę przemysłową. Tam zwierzęta nie są tak faszerowane sterydami i antybiotykami, wszystko odbywa się bardziej naturalnie. Przez to może być droższe, ale przynajmniej jecie mięso, a nie kurczaka-zombie, który w swoim jednomiesięcznym życiu ani razu trawy nie skubnął, nie widział słońca.

Wiadomo, że wielu warzyw i owoców w Polsce czy Europie się nie uprawia. Nie ma jak pozyskać „lokalnego banana”. Nie chodzi tu o jakiś antyglobalistyczny zamordyzm. Korzystajmy z dóbr cywilizacji i globalizacji, ale warto mieć na uwadze, że choć jedzenie awokado jest modne i wygląda na eko, to bardziej „zielone” jest jednak zjedzenie ziemniaka, który kupiliśmy bezpośrednio od sąsiada wujka co to ma swoją małą rolę. Tylko, że ziemniak nie wygląda tak dobrze na Insta, co nie?

 

Diagnoza dobra, rozwiązanie złe

Tę rzeczywistość nawet dobrze odczytuje postępowy Libleft, ale wyciąga złe wnioski. Bo zamiast promować lokalne rolnictwo, lokalną produkcję, planuje ją kompletnie zaorać, zastępując zamiennikami, których globalna produkcja nie jest tak energochłonna i wysokoemisyjna.

Przemysłowa produkcja mięsa pochłania znaczące ilości wody, zużywa sporo energii, do tego sama w sobie potrzebuje produkcji pasz dla zwierząt. Stąd pomysły, by na naszych talerzach mięso było powoli zastępowane przez robaki, które hodować o wiele taniej. Złośliwi powiedzą, że taki substytut białka w postaci robaków to i na g*wnie można wyhodować. Abstrahując od uprzedzeń do jedzenia owadów, to nie ich smak jest tu najważniejszy, a błędne rozwiązanie realnego problemu.

Mięso produkowane masowo nie jest najzdrowsze, nie jest najsmaczniejsze, a do tego nie jest ekologiczne. Zatem naprawmy jego produkcję, przenieśmy ją na wiele mniejszych, lokalnych gospodarstw, zamiast załamywać ręce, że w Chinach stawia się 26 piętrową chlewnię, która rocznie wypuści 1,2 miliona ubitych świń, które trafią na europejskie talerze.

Niech Unia powie: Nie, my jesteśmy EKO i nie będziemy kupować waszych świń-zombie, będziemy jeść nasze świnie: z Polski, Francji, Rumunii. Zamiast tego Unia uczy Europejczyków jedzenia substytutów mięsa, a jednocześnie wypycha rolnictwo z Europy, bo te jest „nieekologiczne”.

W swoich szczytnych planach unijni urzędnicy i politycy widzą Europę jako region neutralny klimatycznie. Przy obecnych technologiach oznacza to likwidację przemysłu i rolnictwa, które chcąc nie chcąc, muszą zużywać sporo energii i emitować gazy różnej maści. I to jest dopiero cyniczny fasadowy ekologizm. 

Europa może i sama w sobie będzie neutralna dla środowiska, nie będzie emitować gazów cieplarnianych, ale tylko dlatego, bo wszystko co te gazy emituje, zostanie wyoutsource’owane poza Unię.

Przemysł? Przecież gros rzeczy można produkować w Azji przy znacznie niższych kosztach pracowniczych, płacąc pracownikom dosłownie miskę ryżu za wykonaną robotę, za którą w Europie pracownik w związkach zawodowych zażądałby godnej płacy.

Rolnictwo? A nie wystarczy postawić na rolników w Afryce czy Ameryce Południowej? A że technologicznie odstają to nie problem. Zamontujemy u nich europejskie agroholdini, które dostarczą odpowiedni sprzęt, know-how, będą zarządzać całym procesem, a potem w miarę tanio przetransportują owoce tej pracy do Europy.

Tak się teraz myśli w Brukseli.

Lekcja dla Europy

Pandemia i wojna na Ukrainie powinny dla nas wszystkich być lekcją, że długie łańcuchy dostaw łatwo można przerwać, a wtedy zostaje się z niczym. Tak było na początku pandemii, gdy nagle okazało się, że większość sprzętu ochrony sanitarnej i leki produkuje się w Chinach. W niektórych państwach Europy na sklepowych półkach brakowało żywności, bo załamały się łańcuchy eksportu i importu. W Polsce jedzenia nie brakowało, bo mamy silne rolnictwo. Jeszcze.

Naprawdę warto zadbać o siebie, lokalną społeczność, jednocześnie dbając o planetę. W krótkiej perspektywie takie ekologiczne wybory mogą wydawać się droższe, bardziej obciążające nasze portfele, ale w dłuższej zwrócą się nam z nawiązką. A polskie rolnictwo to jest element naszej suwerenności.


 



 

Polecane