Oskarżenia o prorosyjskość pretekstem do cenzury internetu

W świecie, w którym coraz więcej opinii wymyka się spod kontroli politycznych i medialnych elit, powracają próby „uporządkowania” debaty publicznej: od ustaw pozwalających na szybkie blokowanie treści w internecie, po oskarżenia o prorosyjskość kierowane wobec każdego, kto krytykuje liberalny mainstream.
Cenzura w internecie - zdjęcie ilustracyjne
Cenzura w internecie - zdjęcie ilustracyjne / fot. Pixabay

Co musisz wiedzieć:

  • Autor opisuje wieloletnie próby ograniczania debaty publicznej w Polsce i UE, które mają chronić dominujący liberalny "konsensus".
  • Nowe, przedstawiane jako ochrona użytkowników regulacje dotyczące internetu w praktyce dają państwowym organom szerokie narzędzia natychmiastowego blokowania treści, co zdaniem autora grozi cenzurą.
  • Oskarżenia o prorosyjskość stały się polityczną bronią przeciw krytykom zachodniego mainstreamu, co prowadzi do wypaczenia debaty i wzmocnienia nastrojów radykalnych.

 

Knebel w słusznej sprawie

Dla polityków swoboda dyskusji problemem jest tym większym, im mniejszy wpływ na nią mają tradycyjne media, które ze światem polityki w większości żyją w znakomitej symbiozie. W Unii Europejskiej, więc również w Polsce, w szczególny sposób dotyczy to głównego nurtu polityki i dyskusji o polityce. Zbyt szeroka debata publiczna staje się zmorą wszystkich środowisk wyznających neoliberalne dogmaty ekonomiczne, a zarazem wywodzące się z teorii końca historii przekonanie o nieuchronności coraz ściślejszej integracji z UE.
Nic więc dziwnego, że od dawna podejmowane są próby ograniczania pola dyskusji. W Polsce przez lata dokonywano tego dość skutecznie z pomocą nie administracyjnych (co nie znaczy, że nigdzie niezapisanych) norm, zakazów i nakazów dla chcących uzyskać prawo głosu tworzonych przez posiadaczy środków dystrybucji prestiżu.

 

Sterowany wolny rynek

Tuż po upadku PRL kioski pełne były tytułów reprezentujących pełen przekrój poglądów – od postkomunistycznych do skrajnie nacjonalistycznych – jednak większość z nich nie była w stanie utrzymać się na rynku. Do prawicowych gazet, nawet z dużym nakładem, nie trafiały reklamy, co sprawiało, że ich wydawanie było na dłuższą metę nieopłacalne. Kolejne konserwatywne dzienniki („Czas”, „Nowy Świat”, „Wiadomości Dnia”, „Życie”) upadały, a liberałowie tłumaczyli, że stało się to za sprawą wolnego rynku.

Podobnie rzecz wyglądała w segmencie telewizyjnym i radiowym. Wielcy nadawcy prezentowali podobną wizję świata, a próba stworzenia bardziej prawicowej alternatywy w stacji RTL 7 skończyła się wyjaśnianiem zachodnim właścicielom, że na pewne rzeczy w Polsce nie ma po prostu miejsca, i zmianą profilu tego kanału.

„Pierwszą troską towarzyszy założycieli III RP przy budowie «demokratycznego» ładu medialnego było niedopuszczenie, by powstało jakiekolwiek wpływowe medium pozostające w dysonansie z przekazem michnikowszczyzny”

– wspominał na łamach „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz. Symbolem takiej postawy może być los naszego tygodnika, który w wyniku apelu środowiska „Gazety Wyborczej” stracił olbrzymią część czytelników, gdy jego naczelnym został na pewien czas nieakceptowalny dla Czerskiej Jarosław Kaczyński. Wyłom zaczął się od rynku tygodników, bo choć bardzo szybko wykończono nowoczesne w swej formie „Spotkania”, dość szybko wychodzić zaczęła kontynuująca linię dziennika „Nowy Świat” „Gazeta Polska”, swoją niszę miał „Najwyższy Czas”, przez kilka lat jako tygodnik ukazywało się „Nowe Państwo”. Później rynek wzbogaciło „Uważam Rze”, z którego wypączkowały wychodzące do dziś „Do Rzeczy” i „Sieci”.

Największą rewolucją był jednak internet, w którym, gdzieś pod koniec rządów Leszka Millera i Marka Belki eksplodowała blogosfera dająca głos dotychczasowym wykluczonym na platformach w rodzaju Salonu24. Dziś blogi przestały odgrywać dawną rolę, jednak ich autorzy częściowo zasilili media tradycyjne, znajdując też nową przestrzeń w mediach społecznościowych.

 

Samoobrona elit

Warto zauważyć swoisty paradoks: środowiska liberalnego centrum i jego lewicowe bądź konserwatywne skrzydła najwięcej wpływów traciły wtedy, gdy były najsilniejsze politycznie i miały największy wpływ na przekaz dużych mediów – czy to w czasie wspomnianych ostatnich gabinetów lewicy, czy za rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz, czy wreszcie dziś, a więc w chwili, gdy na szczytach władzy dokonuje się ostateczna symbioza liberałów i postkomunistycznej lewicy. Ta utrata kontroli okazuje się bardzo kosztowna, prowadzi bowiem społeczeństwo do wyborów będących dla uzurpujących sobie rząd dusz nie do przyjęcia. By tego uniknąć, powracają pomysły na instytucjonalne „uporządkowanie” debaty publicznej. Lokalne elity znajdują w podobnych planach sojusznika w brukselskich i strasburskich gabinetach: unijni urzędnicy obawiają się, że nastroje społeczne mogą wymknąć się spod kontroli, gdy kolejne kontrowersyjne polityki doprowadzają do zubożenia społeczeństw czy niekontrolowanych kryzysów gospodarczych, migracyjnych, energetycznych itd.

Unia nie od dziś szuka sposobu wpływania na treści zamieszczane na dużych portalach społecznościowych, co jest przedmiotem sporu i z samymi firmami, i z amerykańską administracją. Echa tego sporu znalazły się choćby w pamiętnym wystąpieniu J.D. Vance’a w Monachium. Niedługo po unieważnieniu wyborów prezydenckich w Rumunii pod pretekstem rosyjskiej ingerencji w kampanię Vance mówił do przedstawicieli UE między innymi:

„Kiedy patrzę dziś na Europę, czasami nie jest dla mnie jasne, co się stało ze zwycięzcami zimnej wojny. Patrzę na Brukselę, gdzie komisarze Komisji Europejskiej ostrzegają obywateli, że w czasie niepokojów społecznych zamierzają wyłączyć media społecznościowe w momencie, gdy natkną się na treści, które ich zdaniem są, cytuję, «nienawistne»”.

Słowa Vance’a padały w czasie, gdy wielu ekspertów, również w polskiej debacie publicznej, zupełnie na serio zastanawiało się, czy nie należy ograniczyć dostępu do mediów społecznościowych, a przede wszystkim do należącego do krytycznego wobec UE Elona Muska portalu X.

 

Dla naszego dobra

Na początku tego roku pojawiły się informacje o pracach nad nową ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną, będącą implementacją dyrektywy unijnej z 2022 roku na ten sam temat. W UE głosowali za nią zarówno politycy PO, jak i PiS, jednak krajowy ustawodawca poszedł dużo dalej niż Bruksela. Pozornie przepisy te chronią obywatela przed wieloma zagrożeniami, oszustwami, mobbingiem i rozmaitymi formami przemocy oraz nadużyć, na jakie człowiek narażony jest w sieci. Diabeł, a w tym przypadku urzędnik z cenzorskimi zapędami, ukryty jest jednak w szczegółach.

„Natychmiastowe zablokowanie w internecie treści, które uzna za naruszające «dobra osobiste lub prawa własności intelektualnej, wyczerpujące znamiona czynu zabronionego albo pochwalające lub nawołujące do popełnienia takiego czynu». Każda tego typu sprawa będzie rozpatrywana przez prezesa UKE w czasie postępowania nie dłuższego niż 21 dni, w którym nie będzie mógł uczestniczyć autor treści. Decyzje o zablokowaniu treści będą wykonywane natychmiastowo, bez zgody sądu”

– ostrzegał portal Spider Web, a my na łamach „TS” zastanawialiśmy się, jak takie brzmienie zapisu ma się do konstytucji zabraniającej cenzury prewencyjnej? Według posłów najwyraźniej nijak, skoro ustawę tę nie tak dawno przyjęli.

Współczesna cenzura, czy też groźba cenzury, kryje się na ogół za całkiem szlachetnymi na pierwszy rzut oka założeniami. Według ustawodawców i wspierających ich części organizacji pozarządowych nowe przepisy mają wzmocnić użytkownika w sporze z dostawcami usług, tworząc specjalnego pełnomocnika – krajowego koordynatora usług cyfrowych – który będzie rozstrzygał sprawy związane z usuwaniem treści przez platformy. Jak pamiętamy, w czasach PiS problemu tego nie udało się rozwiązać, choć jego ofiarą często padały osoby związane ze Zjednoczoną Prawicą lub jej sympatycy. Równocześnie jednak ten sam użytkownik będzie w dużo gorszej sytuacji, gdy o usunięciu jego publikacji zdecyduje urzędnik, na wniosek kilku państwowych organów lub monitorujących sieć organizacji. W ramach prac nad ustawą ograniczono co prawda liczbę przesłanek do kasowania treści, pozostawiono jednak wśród nich nieostre pojęcie mowy nienawiści. Ruch należy jednak teraz do prezydenta, a ten raczej ustawy nie podpisze. Świadczą o tym słowa wypowiedziane podczas wykładu w Czechach.

– Opowiadamy się za odrzuceniem rozporządzenia Komisji Europejskiej – DSA. Polskiej kulturze politycznej obca jest myśl o jakiejkolwiek cenzurze. Już pod koniec XVI wieku kanclerz wielki koronny i hetman wielki koronny Jan Zamoyski na żądanie posłów moskiewskich Iwana Groźnego, by spalić księgi w złym świetle ukazujące władcę Kremla, odpowiedział: „My tu w tej Rzeczypospolitej ksiąg żadnych pisać nie zakazujemy ani nie nakazujemy”

– mówił Karol Nawrocki w Pradze. Czy jednak nie ma u nas polityków, którzy chcą cenzury internetu?

– Dopóki nie wyszły te środki: internety, […] telefony, to ludzie wierzyli politykom. [Jeśli polityk] mówił ładnie, popierali go, walczyli o niego. Jak teraz te środki przekazały, […] co ci politycy mówią, a co robią, przestali wierzyć politykom. To jest załamanie demokracji w tym wydaniu

– narzekał niedawno Lech Wałęsa. Prof. Władysław T. Bartoszewski zapytany w Radiu Zet, czy jest za cenzurą w sieci, odpowiedział wprost:

– Tak, dlatego że internet został stworzony bez żadnych ograniczeń, nie ma takiej możliwości w normalnych mediach, starych mediach, bo odpowiadają one za to, co piszą, a w internecie internauci, którzy są anonimowi, za to nie odpowiadają.

 

Fałszywe oskarżenia

Choć jeszcze 15 lat temu ówczesny rząd Donalda Tuska prowadził wobec Rosji politykę resetu, będącą w pewnym sensie doświadczeniem geopolitycznym przeprowadzanym przez największych zachodnich graczy, dziś to właśnie ludzie z tej ekipy najchętniej szafują (i szachują) oskarżeniami o prorosyjskość lub wręcz powielanie rosyjskich narracji. Jest to temat zarazem kuszący, jak i trudny. Kuszący, bo znalezienie prorosyjskich zachowań i wypowiedzi dzisiejszych wrogów Moskwy jest dziecięco łatwe. Ot, choćby pozujący na antyputinowskiego jastrzębia Radosław Sikorski nie tak dawno widział Rosję w NATO, doceniał rozwój tamtejszej demokracji, a Putina chwalił za to, że jeśli zabija, to tylko detalicznie. Dziś tropi prorosyjską propagandę i – jak większość przedstawicieli obozu władzy – znajduje ją tam, gdzie jej nie ma.

– To nie jest tak, jak za czasów Związku Radzieckiego, że chciał on [Związek Radziecki], abyśmy go kochali, żebyśmy byli proradzieccy. Dzisiaj Rosja tego nie wymaga, jest bardziej perfidna. Jej wystarczy, że jesteśmy antyzachodni, że rozwalamy sojusz, że rozwalamy Unię od wewnątrz, że powodujemy podziały w naszym własnym kraju. Dla niej ktoś, kto nawet mówi antyrosyjsko, ale w rzeczywistości rozwala jedność Zachodu, jest pożytecznym idiotą

– mówił kilka dni temu Sikorski studentom Uniwersytetu Warszawskiego. Tym samym wszelka krytyka kierunku, w którym zmierza Zachód, automatycznie staje się funkcją prorosyjskości. Jednym z ostatnich głośnych przypadków tego zjawiska jest atak na znanego publicystę Bronisława Wildsteina przeprowadzony przez Patryka Michalskiego z Wirtualnej Polski.

„PiS w ramach wykładów „Myśląc Polska” o dezinformacji i walce z nią zaprasza na wykład Bronisława Wildsteina, który w materiałach programowych na konwencji PiS powielał tezy znane z rosyjskiej propagandy”

– pisze Michalski w serwisie X.

„Wildstein napisał: «Słabość Zachodu podmywanego ideologią emancypacji powoduje, że Rosja zdecydowała się na atak na Ukrainę». Czyli wykład o walce z dezinformacją ma zaczynać osoba, która dezinformowała. No chyba że to wykład o dezinformacji w praktyce”.

Ukraina staje się więc kolejną wymówką, pretekstem do koncesjonowania debaty i szerzej – obecności w polityce. Blokowanie normalnej dyskusji sprawia, że sympatie obracają się przeciw grupie podlegającej szczególnej ochronie, a kierują się ku radykałom. I dopiero na tym, a nie na krytyce posunięć rządu w Kijowie czy zachowań niektórych Ukraińców w Polsce, zyskuje Rosja. Podobnie jest z krytyką Zachodu i kierunku, w którym zmierza – politycznie, kulturowo, cywilizacyjnie. Niech puentą tego tekstu będzie komentarz Dawida Wildsteina, syna zaatakowanego publicysty, a zarazem dziennikarza mocno angażującego się od lat w pomoc dla Ukrainy.

„Ewolucja oskarżeń o proputinizm jest w zasadzie tożsama z tymi o faszyzm. Na ten moment zostały one wypłukane z jakiejkolwiek treści, można ich używać do właściwie każdej sytuacji. I, jak to zwykle bywa, okazuje się, że najchętniej dziś tego oskarżenia używają ci, którym można zarzuci nie tylko, że latami budowali potęgę Rosji, ale nadal czekają, żeby wrócić do tzw. business as usual. Mowa oczywiście o Niemczech. […] taka pustka semantyczna jest idealną zasłoną, za którą Rosja będzie mogła ukrywać swoje kolejne operacje agenturalne. I to ostatnie jest chyba najgorsze – a właśnie do tego dziś doprowadziły szeroko pojęte unijne środowiska liberalne. Na Kremlu muszą strzelać korki od szampana”.


 

POLECANE
Szefowa KRS: TSUE wykazał się aktywizmem sędziowskim gorące
Szefowa KRS: TSUE wykazał się aktywizmem sędziowskim

„Po pierwsze, NSA zadając pytanie TSUE w sprawie transkrypcji aktu małżeństwa osób jednopłciowych, w świetle traktatu był zoobligowany uwzględnić odpowiedź TSUE, a zatem bezpośrednio to nie NSA wykazał się aktywizmem sędziowskim, ale TSUE” - oceniła na platformie X przewodnicząca Krajowej Rady Sądownictwa Dagmara Pawełczyk-Woicka.

Kosiniak-Kamysz: PSL złoży w Sejmie „poprawioną wersję” projektu prezydenta SAFE 0 proc. z ostatniej chwili
Kosiniak-Kamysz: PSL złoży w Sejmie „poprawioną wersję” projektu prezydenta SAFE 0 proc.

Wicepremier, szef MON i lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział w piątek, że PSL złoży w Sejmie projekt ustawy, która ma być de facto „poprawioną wersją” przedstawionej propozycji prezydenta Karola Nawrockiego o tzw. polskim SAFE 0 proc. Projekt ma trafić do Sejmu w przyszłym tygodniu.

Bosak: Wyrok NSA ws. par tej samej płci jest sprzeczny z Konstytucją gorące
Bosak: Wyrok NSA ws. par tej samej płci jest sprzeczny z Konstytucją

„Wyrok NSA ws. par tej samej płci jest sprzeczny nie tylko z naszą Konstytucją, ale także z utrwalonym orzecznictwem TK, SN i NSA, a przede wszystkim z prawem naturalnym” - napisał na platformie X wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak (Konfederacja).

Metsola wsparła KE: UE sięgnie po oszczędności obywateli tylko u nas
Metsola wsparła KE: UE sięgnie po oszczędności obywateli

Na posiedzeniu Rady Europejskiej przewodnicząca Parlamentu Roberta Metsola poruszyła trzy główne tematy: konkurencyjność, energię i rozwój geopolityczny. Jeżeli ktokolwiek jednak sądził, że UE odejdzie od zielonego szaleństwa, jest w błędzie. Z wypowiedzi przewodniczącej Parlamentu Europejskiego jasno wynika, że UE, oficjalnie dla ratowania gospodarki, sięgnie po oszczędności obywateli.

Źródło: W kuluarach PE mówi się o zmianie szefowej KE. Pogrążyła ją polityka gospodarcza tylko u nas
Źródło: W kuluarach PE mówi się o zmianie szefowej KE. Pogrążyła ją polityka gospodarcza

„W kuluarach mówi się, że mniej więcej za pół roku, kiedy będzie połowa tej kadencji Parlamentu Europejskiego, może dojść do wymiany przewodniczącej Komisji Europejskiej, dlatego że Unia Europejska gospodarczo grzęźnie” - poinformowało portal Tysol.pl źródło w Unii Europejskiej.

Rzońca: Ursula von der Leyen jest zakładniczką Zielonych i spekulantów na rynkach ETS tylko u nas
Rzońca: Ursula von der Leyen jest zakładniczką Zielonych i spekulantów na rynkach ETS

„Ursula von der Leyen jest zakładniczką Zielonych i spekulantów na rynkach ETS” - mówi portalowi Tysol.pl eurodeputowany PiS Bogdan Rzońca, zapytany, dlaczego szefowa KE nie chce wycofać UE z ETS.

Kontrowersyjna decyzja w kancelarii Tuska. Pracownica odwołana po urodzeniu dziecka Wiadomości
Kontrowersyjna decyzja w kancelarii Tuska. Pracownica odwołana po urodzeniu dziecka

Kilka tygodni po narodzinach dziecka zastępczyni dyrektor Departamentu ds. Równego Traktowania w Kancelarii Premiera została odwołana ze stanowiska. Jak podaje WP, decyzję podjęto 21 października, jednak w oficjalnym piśmie nie wskazano żadnego powodu.

Dariusz Lipiński: Euro jako problem nieekonomiczny tylko u nas
Dariusz Lipiński: Euro jako problem nieekonomiczny

Stosunek do wprowadzenia w Polsce waluty euro (czyli pozbycia się tak istotnego atrybutu niepodległego państwa jak własny pieniądz) – i zresztą stosunek do waluty euro w ogóle – nie jest kwestią ekonomii, lecz poglądów politycznych, a nawet wierzeń ideologicznych. Gdyby było inaczej, wszyscy ekonomiści musieliby mieć z grubsza jednakowy pogląd na sprawę, a tak nie jest. (Swoją drogą, gdyby ekonomiści znali się na pieniądzach, wszyscy musieliby być milionerami, a tak również nie jest).

Nie będzie polsko-litewskiego poligonu na granicy. Rząd Tuska nie wykazał zainteresowania Wiadomości
Nie będzie polsko-litewskiego poligonu na granicy. Rząd Tuska nie wykazał zainteresowania

Polski rząd nie jest zainteresowany budową wspólnego poligonu z Litwą przy granicy - poinformował wiceminister obrony Paweł Bejda. W środę litewski rząd zatwierdził budowę poligonu w Kopciowie, tuż przy granicy z Polską. Litewskie władze planowały, by w przyszłości odbywały się tam również wspólne ćwiczenia z żołnierzami z Polski.

Podwójna gra szefowej KE – nowy europejski człowiek ma być ciemnoskóry tylko u nas
Podwójna gra szefowej KE – nowy europejski człowiek ma być ciemnoskóry

Ursula von der Leyen podczas unijnego szczytu ostrzegła przed wzrostem migracji w związku z konfliktem na Bliskim Wschodzie. Problem w tym, że nie dość, że UE nadal przyjmuje migrantów, to szefowa KE wcześniej wielokrotnie odnosiła się do wizji Richarda Coudenhove-Kalergiego, zgodnie z którą nowy europejski człowiek ma być ciemnoskóry, a elity – białe i wywodzące się ze społeczności żydowskich. Taką wizję Europy von der Leyen chce wcielić w życie.

REKLAMA

Oskarżenia o prorosyjskość pretekstem do cenzury internetu

W świecie, w którym coraz więcej opinii wymyka się spod kontroli politycznych i medialnych elit, powracają próby „uporządkowania” debaty publicznej: od ustaw pozwalających na szybkie blokowanie treści w internecie, po oskarżenia o prorosyjskość kierowane wobec każdego, kto krytykuje liberalny mainstream.
Cenzura w internecie - zdjęcie ilustracyjne
Cenzura w internecie - zdjęcie ilustracyjne / fot. Pixabay

Co musisz wiedzieć:

  • Autor opisuje wieloletnie próby ograniczania debaty publicznej w Polsce i UE, które mają chronić dominujący liberalny "konsensus".
  • Nowe, przedstawiane jako ochrona użytkowników regulacje dotyczące internetu w praktyce dają państwowym organom szerokie narzędzia natychmiastowego blokowania treści, co zdaniem autora grozi cenzurą.
  • Oskarżenia o prorosyjskość stały się polityczną bronią przeciw krytykom zachodniego mainstreamu, co prowadzi do wypaczenia debaty i wzmocnienia nastrojów radykalnych.

 

Knebel w słusznej sprawie

Dla polityków swoboda dyskusji problemem jest tym większym, im mniejszy wpływ na nią mają tradycyjne media, które ze światem polityki w większości żyją w znakomitej symbiozie. W Unii Europejskiej, więc również w Polsce, w szczególny sposób dotyczy to głównego nurtu polityki i dyskusji o polityce. Zbyt szeroka debata publiczna staje się zmorą wszystkich środowisk wyznających neoliberalne dogmaty ekonomiczne, a zarazem wywodzące się z teorii końca historii przekonanie o nieuchronności coraz ściślejszej integracji z UE.
Nic więc dziwnego, że od dawna podejmowane są próby ograniczania pola dyskusji. W Polsce przez lata dokonywano tego dość skutecznie z pomocą nie administracyjnych (co nie znaczy, że nigdzie niezapisanych) norm, zakazów i nakazów dla chcących uzyskać prawo głosu tworzonych przez posiadaczy środków dystrybucji prestiżu.

 

Sterowany wolny rynek

Tuż po upadku PRL kioski pełne były tytułów reprezentujących pełen przekrój poglądów – od postkomunistycznych do skrajnie nacjonalistycznych – jednak większość z nich nie była w stanie utrzymać się na rynku. Do prawicowych gazet, nawet z dużym nakładem, nie trafiały reklamy, co sprawiało, że ich wydawanie było na dłuższą metę nieopłacalne. Kolejne konserwatywne dzienniki („Czas”, „Nowy Świat”, „Wiadomości Dnia”, „Życie”) upadały, a liberałowie tłumaczyli, że stało się to za sprawą wolnego rynku.

Podobnie rzecz wyglądała w segmencie telewizyjnym i radiowym. Wielcy nadawcy prezentowali podobną wizję świata, a próba stworzenia bardziej prawicowej alternatywy w stacji RTL 7 skończyła się wyjaśnianiem zachodnim właścicielom, że na pewne rzeczy w Polsce nie ma po prostu miejsca, i zmianą profilu tego kanału.

„Pierwszą troską towarzyszy założycieli III RP przy budowie «demokratycznego» ładu medialnego było niedopuszczenie, by powstało jakiekolwiek wpływowe medium pozostające w dysonansie z przekazem michnikowszczyzny”

– wspominał na łamach „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz. Symbolem takiej postawy może być los naszego tygodnika, który w wyniku apelu środowiska „Gazety Wyborczej” stracił olbrzymią część czytelników, gdy jego naczelnym został na pewien czas nieakceptowalny dla Czerskiej Jarosław Kaczyński. Wyłom zaczął się od rynku tygodników, bo choć bardzo szybko wykończono nowoczesne w swej formie „Spotkania”, dość szybko wychodzić zaczęła kontynuująca linię dziennika „Nowy Świat” „Gazeta Polska”, swoją niszę miał „Najwyższy Czas”, przez kilka lat jako tygodnik ukazywało się „Nowe Państwo”. Później rynek wzbogaciło „Uważam Rze”, z którego wypączkowały wychodzące do dziś „Do Rzeczy” i „Sieci”.

Największą rewolucją był jednak internet, w którym, gdzieś pod koniec rządów Leszka Millera i Marka Belki eksplodowała blogosfera dająca głos dotychczasowym wykluczonym na platformach w rodzaju Salonu24. Dziś blogi przestały odgrywać dawną rolę, jednak ich autorzy częściowo zasilili media tradycyjne, znajdując też nową przestrzeń w mediach społecznościowych.

 

Samoobrona elit

Warto zauważyć swoisty paradoks: środowiska liberalnego centrum i jego lewicowe bądź konserwatywne skrzydła najwięcej wpływów traciły wtedy, gdy były najsilniejsze politycznie i miały największy wpływ na przekaz dużych mediów – czy to w czasie wspomnianych ostatnich gabinetów lewicy, czy za rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz, czy wreszcie dziś, a więc w chwili, gdy na szczytach władzy dokonuje się ostateczna symbioza liberałów i postkomunistycznej lewicy. Ta utrata kontroli okazuje się bardzo kosztowna, prowadzi bowiem społeczeństwo do wyborów będących dla uzurpujących sobie rząd dusz nie do przyjęcia. By tego uniknąć, powracają pomysły na instytucjonalne „uporządkowanie” debaty publicznej. Lokalne elity znajdują w podobnych planach sojusznika w brukselskich i strasburskich gabinetach: unijni urzędnicy obawiają się, że nastroje społeczne mogą wymknąć się spod kontroli, gdy kolejne kontrowersyjne polityki doprowadzają do zubożenia społeczeństw czy niekontrolowanych kryzysów gospodarczych, migracyjnych, energetycznych itd.

Unia nie od dziś szuka sposobu wpływania na treści zamieszczane na dużych portalach społecznościowych, co jest przedmiotem sporu i z samymi firmami, i z amerykańską administracją. Echa tego sporu znalazły się choćby w pamiętnym wystąpieniu J.D. Vance’a w Monachium. Niedługo po unieważnieniu wyborów prezydenckich w Rumunii pod pretekstem rosyjskiej ingerencji w kampanię Vance mówił do przedstawicieli UE między innymi:

„Kiedy patrzę dziś na Europę, czasami nie jest dla mnie jasne, co się stało ze zwycięzcami zimnej wojny. Patrzę na Brukselę, gdzie komisarze Komisji Europejskiej ostrzegają obywateli, że w czasie niepokojów społecznych zamierzają wyłączyć media społecznościowe w momencie, gdy natkną się na treści, które ich zdaniem są, cytuję, «nienawistne»”.

Słowa Vance’a padały w czasie, gdy wielu ekspertów, również w polskiej debacie publicznej, zupełnie na serio zastanawiało się, czy nie należy ograniczyć dostępu do mediów społecznościowych, a przede wszystkim do należącego do krytycznego wobec UE Elona Muska portalu X.

 

Dla naszego dobra

Na początku tego roku pojawiły się informacje o pracach nad nową ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną, będącą implementacją dyrektywy unijnej z 2022 roku na ten sam temat. W UE głosowali za nią zarówno politycy PO, jak i PiS, jednak krajowy ustawodawca poszedł dużo dalej niż Bruksela. Pozornie przepisy te chronią obywatela przed wieloma zagrożeniami, oszustwami, mobbingiem i rozmaitymi formami przemocy oraz nadużyć, na jakie człowiek narażony jest w sieci. Diabeł, a w tym przypadku urzędnik z cenzorskimi zapędami, ukryty jest jednak w szczegółach.

„Natychmiastowe zablokowanie w internecie treści, które uzna za naruszające «dobra osobiste lub prawa własności intelektualnej, wyczerpujące znamiona czynu zabronionego albo pochwalające lub nawołujące do popełnienia takiego czynu». Każda tego typu sprawa będzie rozpatrywana przez prezesa UKE w czasie postępowania nie dłuższego niż 21 dni, w którym nie będzie mógł uczestniczyć autor treści. Decyzje o zablokowaniu treści będą wykonywane natychmiastowo, bez zgody sądu”

– ostrzegał portal Spider Web, a my na łamach „TS” zastanawialiśmy się, jak takie brzmienie zapisu ma się do konstytucji zabraniającej cenzury prewencyjnej? Według posłów najwyraźniej nijak, skoro ustawę tę nie tak dawno przyjęli.

Współczesna cenzura, czy też groźba cenzury, kryje się na ogół za całkiem szlachetnymi na pierwszy rzut oka założeniami. Według ustawodawców i wspierających ich części organizacji pozarządowych nowe przepisy mają wzmocnić użytkownika w sporze z dostawcami usług, tworząc specjalnego pełnomocnika – krajowego koordynatora usług cyfrowych – który będzie rozstrzygał sprawy związane z usuwaniem treści przez platformy. Jak pamiętamy, w czasach PiS problemu tego nie udało się rozwiązać, choć jego ofiarą często padały osoby związane ze Zjednoczoną Prawicą lub jej sympatycy. Równocześnie jednak ten sam użytkownik będzie w dużo gorszej sytuacji, gdy o usunięciu jego publikacji zdecyduje urzędnik, na wniosek kilku państwowych organów lub monitorujących sieć organizacji. W ramach prac nad ustawą ograniczono co prawda liczbę przesłanek do kasowania treści, pozostawiono jednak wśród nich nieostre pojęcie mowy nienawiści. Ruch należy jednak teraz do prezydenta, a ten raczej ustawy nie podpisze. Świadczą o tym słowa wypowiedziane podczas wykładu w Czechach.

– Opowiadamy się za odrzuceniem rozporządzenia Komisji Europejskiej – DSA. Polskiej kulturze politycznej obca jest myśl o jakiejkolwiek cenzurze. Już pod koniec XVI wieku kanclerz wielki koronny i hetman wielki koronny Jan Zamoyski na żądanie posłów moskiewskich Iwana Groźnego, by spalić księgi w złym świetle ukazujące władcę Kremla, odpowiedział: „My tu w tej Rzeczypospolitej ksiąg żadnych pisać nie zakazujemy ani nie nakazujemy”

– mówił Karol Nawrocki w Pradze. Czy jednak nie ma u nas polityków, którzy chcą cenzury internetu?

– Dopóki nie wyszły te środki: internety, […] telefony, to ludzie wierzyli politykom. [Jeśli polityk] mówił ładnie, popierali go, walczyli o niego. Jak teraz te środki przekazały, […] co ci politycy mówią, a co robią, przestali wierzyć politykom. To jest załamanie demokracji w tym wydaniu

– narzekał niedawno Lech Wałęsa. Prof. Władysław T. Bartoszewski zapytany w Radiu Zet, czy jest za cenzurą w sieci, odpowiedział wprost:

– Tak, dlatego że internet został stworzony bez żadnych ograniczeń, nie ma takiej możliwości w normalnych mediach, starych mediach, bo odpowiadają one za to, co piszą, a w internecie internauci, którzy są anonimowi, za to nie odpowiadają.

 

Fałszywe oskarżenia

Choć jeszcze 15 lat temu ówczesny rząd Donalda Tuska prowadził wobec Rosji politykę resetu, będącą w pewnym sensie doświadczeniem geopolitycznym przeprowadzanym przez największych zachodnich graczy, dziś to właśnie ludzie z tej ekipy najchętniej szafują (i szachują) oskarżeniami o prorosyjskość lub wręcz powielanie rosyjskich narracji. Jest to temat zarazem kuszący, jak i trudny. Kuszący, bo znalezienie prorosyjskich zachowań i wypowiedzi dzisiejszych wrogów Moskwy jest dziecięco łatwe. Ot, choćby pozujący na antyputinowskiego jastrzębia Radosław Sikorski nie tak dawno widział Rosję w NATO, doceniał rozwój tamtejszej demokracji, a Putina chwalił za to, że jeśli zabija, to tylko detalicznie. Dziś tropi prorosyjską propagandę i – jak większość przedstawicieli obozu władzy – znajduje ją tam, gdzie jej nie ma.

– To nie jest tak, jak za czasów Związku Radzieckiego, że chciał on [Związek Radziecki], abyśmy go kochali, żebyśmy byli proradzieccy. Dzisiaj Rosja tego nie wymaga, jest bardziej perfidna. Jej wystarczy, że jesteśmy antyzachodni, że rozwalamy sojusz, że rozwalamy Unię od wewnątrz, że powodujemy podziały w naszym własnym kraju. Dla niej ktoś, kto nawet mówi antyrosyjsko, ale w rzeczywistości rozwala jedność Zachodu, jest pożytecznym idiotą

– mówił kilka dni temu Sikorski studentom Uniwersytetu Warszawskiego. Tym samym wszelka krytyka kierunku, w którym zmierza Zachód, automatycznie staje się funkcją prorosyjskości. Jednym z ostatnich głośnych przypadków tego zjawiska jest atak na znanego publicystę Bronisława Wildsteina przeprowadzony przez Patryka Michalskiego z Wirtualnej Polski.

„PiS w ramach wykładów „Myśląc Polska” o dezinformacji i walce z nią zaprasza na wykład Bronisława Wildsteina, który w materiałach programowych na konwencji PiS powielał tezy znane z rosyjskiej propagandy”

– pisze Michalski w serwisie X.

„Wildstein napisał: «Słabość Zachodu podmywanego ideologią emancypacji powoduje, że Rosja zdecydowała się na atak na Ukrainę». Czyli wykład o walce z dezinformacją ma zaczynać osoba, która dezinformowała. No chyba że to wykład o dezinformacji w praktyce”.

Ukraina staje się więc kolejną wymówką, pretekstem do koncesjonowania debaty i szerzej – obecności w polityce. Blokowanie normalnej dyskusji sprawia, że sympatie obracają się przeciw grupie podlegającej szczególnej ochronie, a kierują się ku radykałom. I dopiero na tym, a nie na krytyce posunięć rządu w Kijowie czy zachowań niektórych Ukraińców w Polsce, zyskuje Rosja. Podobnie jest z krytyką Zachodu i kierunku, w którym zmierza – politycznie, kulturowo, cywilizacyjnie. Niech puentą tego tekstu będzie komentarz Dawida Wildsteina, syna zaatakowanego publicysty, a zarazem dziennikarza mocno angażującego się od lat w pomoc dla Ukrainy.

„Ewolucja oskarżeń o proputinizm jest w zasadzie tożsama z tymi o faszyzm. Na ten moment zostały one wypłukane z jakiejkolwiek treści, można ich używać do właściwie każdej sytuacji. I, jak to zwykle bywa, okazuje się, że najchętniej dziś tego oskarżenia używają ci, którym można zarzuci nie tylko, że latami budowali potęgę Rosji, ale nadal czekają, żeby wrócić do tzw. business as usual. Mowa oczywiście o Niemczech. […] taka pustka semantyczna jest idealną zasłoną, za którą Rosja będzie mogła ukrywać swoje kolejne operacje agenturalne. I to ostatnie jest chyba najgorsze – a właśnie do tego dziś doprowadziły szeroko pojęte unijne środowiska liberalne. Na Kremlu muszą strzelać korki od szampana”.



 

Polecane