Piotr Skwieciński o negocjacjach w sprawie Ukrainy: Tuska nie zapraszają, a i on woli nic nie robić
Co musisz wiedzieć:
- Nieobecność Polski w rozmowach o przyszłości Ukrainy jest naturalnym skutkiem naszego ograniczonego znaczenia politycznego i braku realnej pozycji wśród europejskich potęg.
- Państwa Zachodu nie chcą wzmacniać roli Warszawy, bo oznaczałoby to podniesienie jej do rangi Niemiec czy Francji, a same polskie elity (zwłaszcza rząd Donalda Tuska) nie wykazują woli, by o miejsce przy stole zdecydowanie zabiegać.
- Premier Tusk unika aktywności w sprawach wschodnich z powodów politycznych i osobistych kalkulacji, co wpisuje się w długotrwały polski problem „imposybilizmu”.
I Tusk nie chce, i Tuska nie chcą
Z tego, że w rokowaniach dotyczących wojny ukraińskiej Polska nie istnieje, w naszym kraju są niezadowoleni – pozornie – wszyscy. Dlaczego pozornie? O tym dalej. Najpierw jednak pewna generalna refleksja. W związku z tą nieobecnością w Polsce panuje rozżalenie, a wielu skłonnych jest uważać, że mamy do czynienia z krzywdą uczynioną nam przez jakąś siłę zewnętrzną. Oczywiście decyzje czynników zewnętrznych są tu kluczowe.
Ale zarazem ta nieobecność jest w jakimś sensie naturalna. Nie jest bowiem tak, jak zdaje się uważać spora część Polaków, że jeśli ktoś jest naprawdę istotny – ogólnie albo w jakiejś konkretnej sprawie – to można tę jego wagę unieważnić za pomocą złośliwego niezauważania. Tak się po prostu nie da. A jeśli jednak tak się stanie, jeśli ktoś do rozmów nad jakimś ważnym problemem nie chce dopuścić jakiegoś kluczowego interesariusza, to ten fakt zauważają wszyscy. I odnotowują to jako czyjąś, jakiegoś podmiotu lub koalicji podmiotów, świadomą decyzję. Słuszną lub niesłuszną, ale zauważalną. Tymczasem nasza nieobecność w negocjujących gronach jest powszechnie przyjmowana jako coś naturalnego, co samo w sobie dowodzi, że wcale nie jesteśmy, jeśli chodzi o Ukrainę, tak kluczowi, jak skłonni bylibyśmy wierzyć.
Nie jest też tak, żeby to „pominięcie” Polski było nowością. I to w niemal dokładnie tej samej sprawie i w podobnej konfiguracji. Przypomnijmy – w roku 2014 Polska odegrała znaczącą rolę dla podtrzymania ukraińskiej Rewolucji Godności, galwanizując poparcie dla niej ze strony Zachodu, a potem – sprzeciw wobec aneksji Krymu i dokonywanej pod maską separatyzmu agresji rosyjskiej w Donbasie. Jednak szybko nastąpiło wygaszenie polskiej aktywności, a gdy w Mińsku rozpoczęły się negocjacje nt. zakończenia konfliktu, naszego kraju przy stole nie było.
Dumna absencja
Też, tak jak dziś, powodowało to rozczarowanie, więc rządzący tłumaczyli to kuluarowo najczęściej w taki sposób, że wszyscy wiedzą, iż siła złego na jednego, te negocjacje muszą się skończyć skrzywdzeniem Ukrainy, my nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić, więc zaznaczamy naszą prawość i przyjaźń dla południowo-wschodniego sąsiada dumną absencją. To jest zresztą i dziś jedno z tłumaczeń. Ujawniające, dodajmy, coś specyficznego – odwołujące się mianowicie do przekonania, iż aktywność państwa na terenie międzynarodowym ma służyć przede wszystkim nie realizowaniu jego interesów, tylko manifestowaniu własnej szlachetności. Jak widać, używający tego tłumaczenia zakładali i zakładają, że jest to pogląd dogłębnie zinternalizowany przez Polaków.
- KRUS wydał komunikat dla rolników
- Pilne doniesienia z granicy. Komunikat Straży Granicznej
- Pilne doniesienia z granicy. Straż graniczna wydała komunikat
- IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka
- Rolnicy oszukani? Mercosur kwestionuje zabezpieczenia obiecane przez Brukselę
- Rząd się przeliczył? Emerytury mogą wzrosnąć inaczej, niż zapowiadano. GUS podał nowe dane
- Wyłączenia prądu w Warszawie. Komunikat dla mieszkańców
- Wyłączenia prądu. Ważny komunikat dla mieszkańców Pomorza
- Ważny komunikat dla mieszkańców Warszawy
- Karol Nawrocki: Polska powinna stanąć na czele obozu reformy Unii Europejskiej
Po co windować Polskę?
Najpopularniejsze jednak wytłumaczenie obecnej polskiej nieobecności jest inne. Brzmi mianowicie: to przez rozbicie wewnętrzne. Premier i szef MSZ walczą z prezydentem (w częstszej wersji: prezydent próbuje odebrać kompetencje rządowi). Zagraniczni partnerzy nie wiedzą, kogo zapraszać, więc wolą nie zapraszać nikogo. Jest w tym coś z prawdy. Bez wątpienia wewnątrzpolska walka kompetencyjna (będąca szczególnym przejawem szerszego zjawiska – eksterminacyjnej wojny politycznej) nie sprzyja zewnętrznej efektywności państwa, co potęguje fakt orientowania się obu zwalczających się ośrodków na inne potęgi (rząd na Unię, Pałac na Trumpa).
Ale tłumaczenie to, samo w sobie nie nieprawdziwe, jest dalekie od pełności. Abstrahuje bowiem od faktu, że – jakby nie patrzeć – siły obu stron są w Polsce nierówne – rząd ma wielokrotnie więcej realnych kompetencji i możliwości prowadzenia polityki zagranicznej. Prezydent ma ich znacznie mniej, a wetować decyzji premiera i MSZ w tej materii przecież nie może. Nie jest więc tak, że partnerzy zagraniczni, gdyby chcieli naszego uczestnictwa, nie wiedzieliby, kogo zapraszać. Przynajmniej ci europejscy i ukraińscy.
Dlatego jeśli nas nie zapraszają, to nie dlatego, że polska sytuacja wewnętrzna ich przerosła, tylko dlatego że nie chcą.
Bo nie chcą (mówię teraz o potęgach europejskich) ewidentnie. Udział Polski w tych działaniach można byłoby przecież postrzegać jako wzrost jej znaczenia do poziomu Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii czy Włoch. Najważniejsi nigdy nie chcieli dzielić się swym statusem, to najzupełniej normalne. Gdyby (jak pisałem wyżej) Polska rzeczywiście dorosła siłą do ich poziomu, byłoby inaczej. Ale nie dorosła, więc po co samemu dobrowolnie zmniejszać swoje znaczenie? Po co kogoś innego samemu podciągać wzwyż?
Ukraina dostrzega ten stosunek zachodnioeuropejskich potęg. A ponieważ one są dla niej z oczywistych względów (Kto finansuje jej budżet i armię, kto przynajmniej nie wyklucza wysłania nad Dniepr swoich żołnierzy? Przecież nie Polska) najważniejsze, nie widzi powodu, aby dopominać się o obecność naszego kraju.
Oczywiście, można sobie wyobrazić scenariusze, w których postawa państw zachodnioeuropejskich w tej sprawie stała się inna. Mogłoby się tak stać na przykład, gdyby czuły one potrzebę windowania pozycji politycznej Donalda Tuska. I bardzo możliwe, że gdyby wszystko działo się przed rokiem, przed polskimi wyborami prezydenckimi, kiedy obecny premier z jednej strony przeżywał apogeum popularności wśród europejskiego establishmentu jako skuteczny pogromca prawicy, jako ktoś, kto – co więcej – może pokazać wszystkim, iż tę prawicę da się nie tylko odsunąć od władzy, ale całkiem i na zawsze wdeptać w ziemię, to obecność naszego kraju w okołoukraińskich pertraktacjach byłaby wręcz celebrowana. Ale zwycięstwo Karola Nawrockiego załamało ten celebrycki status Tuska i zachodnioeuropejscy decydenci nie widzą teraz żadnego powodu, dla którego mieliby mu kadzić.
Obrzydzenie Wschodem
Tym bardziej że – i to jest drugi z najważniejszych punktów – wszystko wskazuje na to, że sam Tusk wcale nie chce usiąść do negocjacyjnego stołu. Zauważmy – kiedy w 2014 roku Polska nagle przerwała swoją proukraińską aktywność, zapadła w sprawach wschodnich w letarg i potem w efekcie nie została zaproszona do udziału w pertraktacjach w Mińsku, też rządził Tusk. Sytuacja po prostu się powtarza. Dlaczego? Z kilku powodów. Wymieńmy najważniejsze.
Po pierwsze, premier znany jest z tego, że sprawy wschodnie tak naprawdę go nie interesują, a ambicje (i osobiste, i kraju, którym przyszło mu rządzić) lokuje gdzie indziej. Opublikowany w 2009 roku, z błogosławieństwem Tuska, artykuł Radosława Sikorskiego (który zawsze podzielał te intuicje i idiosynkrazje swojego szefa) o tym, że nowa (wówczas) ekipa rządząca będzie realizować wizję „Polski piastowskiej” jako przeciwieństwo „jagiellońskiej”, w połączeniu z realizowanym wówczas resetem, nie pozostawiały co do tego wątpliwości. Nie, nie chodzi tu o żadną tam rzekomą prorosyjskość premiera i jego ministra, prorosyjscy oni nigdy nie byli ani nie są – pogardzają natomiast wszystkimi narodami poradzieckimi, Wschodem jako całością się brzydzą i jeśli mogą, to z gestem wielkopańskiej wyższości odwracają się od niego. Dziś też na tyle, na ile mogą, się odwracają.
Najlepiej nic nie robić
Dla Tuska charakterystyczne jest beznamiętne odcinanie się od wszelkich działań, które mogłyby zakłócić jego priorytetowe plany. W 2014 roku takim planem było objęcie wysokiego stanowiska w UE. Decydujący o tym politycy zachodni chcieli, aby ówczesny kryzys ukraiński zaklajstrować w sposób dający możliwość powrotu do „business as usual” z Rosją, a ówczesna polska opinia publiczna nastawiona była na czynną antyrosyjskość – Tusk zdecydował więc po prostu o wygaszeniu aktywności w kwestii ukraińskiej, aby i wilk był syty, i owca cała. Podobnie jest teraz – wiadomo, że jakakolwiek stanowcza postawa w rozmowach na temat pokoju na Ukrainie byłaby dla niego wysoce ryzykowna, bo naraziłaby go na falę gniewu któregoś z odłamów polskiej opinii publicznej. A wybory trwają przecież nieustannie…
Dodatkowo polityka międzynarodowa odbywa się dziś we wszechogarniającym cieniu Donalda Trumpa. Tusk, ewentualnie uczestnicząc w pertraktacjach, ryzykowałby narażeniem się albo jemu, albo liderom zachodnioeuropejskim (niechęć do antagonizowania POTUS-a wpływa też oczywiście na bierność ośrodka prezydenckiego, ale jest ona znacznie mniej ważna, bo jak już napisaliśmy, ma on wielokrotnie mniejsze możliwości działań międzynarodowych, a wbrew rządowi – niemal żadne). Lepiej więc nie wchodzić na to pole minowe, nic nie robić i milczeć.
Dodajmy do tego, że nasza aktywność – zarówno w czasie pierwszego Majdanu (znacząca wizyta w Kijowie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wraz z ówczesnym prezydentem Litwy, co w Moskwie, czyniąc aluzję do czasów Dymitra Samozwańca, nazwano „polsko-litewską interwencją”), jak i w czasie, po drugim Majdanie (lata 2013–2014) i po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji (lata 2022 i 2023) – doskonale daje się opisać w kategoriach tego, co historycznie wychodzi nam zawsze najlepiej – czyli akcyjności. Przynoszącej czasem sukcesy spektakularne, ale których nie potrafimy utrwalić w dłuższej, mozolnej aktywności. Zwycięskich szarż nieprzynoszących wygranych wojen. I mielibyśmy już opisane główne przyczyny naszej obecnej nieobecności w rozmowach na temat wojny ukraińskiej.
***
A wszystko to razem składa się na obraz zjawiska, współcześnie chyba w największej mierze kształtującego pozycję i obraz naszego kraju, czyli zdumiewającego polskiego imposybilizmu, niewytłumaczalnego dla co roztropniejszych cudzoziemskich obserwatorów. Ale cóż. Najwyraźniej po prostu tak mamy.
[Tytuł, niektóre śródtytuły, lead i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




