Piotr Skwieciński o negocjacjach w sprawie Ukrainy: Tuska nie zapraszają, a i on woli nic nie robić

W Polsce powszechnie narasta frustracja z powodu pomijania naszego kraju w międzynarodowych rozmowach o przyszłości Ukrainy. Ta nieobecność nie jest jednak wynikiem wrogich knowań Zachodu, lecz konsekwencją realnego układu sił, wewnętrznych sporów oraz świadomej bierności rządu Donalda Tuska.
Donald Tusk
Donald Tusk / Fotoserwis PAP / fot. Tomasz Gzell

Co musisz wiedzieć:

  • Nieobecność Polski w rozmowach o przyszłości Ukrainy jest naturalnym skutkiem naszego ograniczonego znaczenia politycznego i braku realnej pozycji wśród europejskich potęg.
  • Państwa Zachodu nie chcą wzmacniać roli Warszawy, bo oznaczałoby to podniesienie jej do rangi Niemiec czy Francji, a same polskie elity (zwłaszcza rząd Donalda Tuska) nie wykazują woli, by o miejsce przy stole zdecydowanie zabiegać.
  • Premier Tusk unika aktywności w sprawach wschodnich z powodów politycznych i osobistych kalkulacji, co wpisuje się w długotrwały polski problem „imposybilizmu”.

 

I Tusk nie chce, i Tuska nie chcą

Z tego, że w rokowaniach dotyczących wojny ukraińskiej Polska nie istnieje, w naszym kraju są niezadowoleni – pozornie – wszyscy. Dlaczego pozornie? O tym dalej. Najpierw jednak pewna generalna refleksja. W związku z tą nieobecnością w Polsce panuje rozżalenie, a wielu skłonnych jest uważać, że mamy do czynienia z krzywdą uczynioną nam przez jakąś siłę zewnętrzną. Oczywiście decyzje czynników zewnętrznych są tu kluczowe.

Ale zarazem ta nieobecność jest w jakimś sensie naturalna. Nie jest bowiem tak, jak zdaje się uważać spora część Polaków, że jeśli ktoś jest naprawdę istotny – ogólnie albo w jakiejś konkretnej sprawie – to można tę jego wagę unieważnić za pomocą złośliwego niezauważania. Tak się po prostu nie da. A jeśli jednak tak się stanie, jeśli ktoś do rozmów nad jakimś ważnym problemem nie chce dopuścić jakiegoś kluczowego interesariusza, to ten fakt zauważają wszyscy. I odnotowują to jako czyjąś, jakiegoś podmiotu lub koalicji podmiotów, świadomą decyzję. Słuszną lub niesłuszną, ale zauważalną. Tymczasem nasza nieobecność w negocjujących gronach jest powszechnie przyjmowana jako coś naturalnego, co samo w sobie dowodzi, że wcale nie jesteśmy, jeśli chodzi o Ukrainę, tak kluczowi, jak skłonni bylibyśmy wierzyć.

Nie jest też tak, żeby to „pominięcie” Polski było nowością. I to w niemal dokładnie tej samej sprawie i w podobnej konfiguracji. Przypomnijmy – w roku 2014 Polska odegrała znaczącą rolę dla podtrzymania ukraińskiej Rewolucji Godności, galwanizując poparcie dla niej ze strony Zachodu, a potem – sprzeciw wobec aneksji Krymu i dokonywanej pod maską separatyzmu agresji rosyjskiej w Donbasie. Jednak szybko nastąpiło wygaszenie polskiej aktywności, a gdy w Mińsku rozpoczęły się negocjacje nt. zakończenia konfliktu, naszego kraju przy stole nie było.

Dumna absencja

Też, tak jak dziś, powodowało to rozczarowanie, więc rządzący tłumaczyli to kuluarowo najczęściej w taki sposób, że wszyscy wiedzą, iż siła złego na jednego, te negocjacje muszą się skończyć skrzywdzeniem Ukrainy, my nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić, więc zaznaczamy naszą prawość i przyjaźń dla południowo-wschodniego sąsiada dumną absencją. To jest zresztą i dziś jedno z tłumaczeń. Ujawniające, dodajmy, coś specyficznego – odwołujące się mianowicie do przekonania, iż aktywność państwa na terenie międzynarodowym ma służyć przede wszystkim nie realizowaniu jego interesów, tylko manifestowaniu własnej szlachetności. Jak widać, używający tego tłumaczenia zakładali i zakładają, że jest to pogląd dogłębnie zinternalizowany przez Polaków.

 

Po co windować Polskę?

Najpopularniejsze jednak wytłumaczenie obecnej polskiej nieobecności jest inne. Brzmi mianowicie: to przez rozbicie wewnętrzne. Premier i szef MSZ walczą z prezydentem (w częstszej wersji: prezydent próbuje odebrać kompetencje rządowi). Zagraniczni partnerzy nie wiedzą, kogo zapraszać, więc wolą nie zapraszać nikogo. Jest w tym coś z prawdy. Bez wątpienia wewnątrzpolska walka kompetencyjna (będąca szczególnym przejawem szerszego zjawiska – eksterminacyjnej wojny politycznej) nie sprzyja zewnętrznej efektywności państwa, co potęguje fakt orientowania się obu zwalczających się ośrodków na inne potęgi (rząd na Unię, Pałac na Trumpa).

Ale tłumaczenie to, samo w sobie nie nieprawdziwe, jest dalekie od pełności. Abstrahuje bowiem od faktu, że – jakby nie patrzeć – siły obu stron są w Polsce nierówne – rząd ma wielokrotnie więcej realnych kompetencji i możliwości prowadzenia polityki zagranicznej. Prezydent ma ich znacznie mniej, a wetować decyzji premiera i MSZ w tej materii przecież nie może. Nie jest więc tak, że partnerzy zagraniczni, gdyby chcieli naszego uczestnictwa, nie wiedzieliby, kogo zapraszać. Przynajmniej ci europejscy i ukraińscy.
Dlatego jeśli nas nie zapraszają, to nie dlatego, że polska sytuacja wewnętrzna ich przerosła, tylko dlatego że nie chcą.

Bo nie chcą (mówię teraz o potęgach europejskich) ewidentnie. Udział Polski w tych działaniach można byłoby przecież postrzegać jako wzrost jej znaczenia do poziomu Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii czy Włoch. Najważniejsi nigdy nie chcieli dzielić się swym statusem, to najzupełniej normalne. Gdyby (jak pisałem wyżej) Polska rzeczywiście dorosła siłą do ich poziomu, byłoby inaczej. Ale nie dorosła, więc po co samemu dobrowolnie zmniejszać swoje znaczenie? Po co kogoś innego samemu podciągać wzwyż?
Ukraina dostrzega ten stosunek zachodnioeuropejskich potęg. A ponieważ one są dla niej z oczywistych względów (Kto finansuje jej budżet i armię, kto przynajmniej nie wyklucza wysłania nad Dniepr swoich żołnierzy? Przecież nie Polska) najważniejsze, nie widzi powodu, aby dopominać się o obecność naszego kraju.

Oczywiście, można sobie wyobrazić scenariusze, w których postawa państw zachodnioeuropejskich w tej sprawie stała się inna. Mogłoby się tak stać na przykład, gdyby czuły one potrzebę windowania pozycji politycznej Donalda Tuska. I bardzo możliwe, że gdyby wszystko działo się przed rokiem, przed polskimi wyborami prezydenckimi, kiedy obecny premier z jednej strony przeżywał apogeum popularności wśród europejskiego establishmentu jako skuteczny pogromca prawicy, jako ktoś, kto – co więcej – może pokazać wszystkim, iż tę prawicę da się nie tylko odsunąć od władzy, ale całkiem i na zawsze wdeptać w ziemię, to obecność naszego kraju w okołoukraińskich pertraktacjach byłaby wręcz celebrowana. Ale zwycięstwo Karola Nawrockiego załamało ten celebrycki status Tuska i zachodnioeuropejscy decydenci nie widzą teraz żadnego powodu, dla którego mieliby mu kadzić.

 

Obrzydzenie Wschodem

Tym bardziej że – i to jest drugi z najważniejszych punktów – wszystko wskazuje na to, że sam Tusk wcale nie chce usiąść do negocjacyjnego stołu. Zauważmy – kiedy w 2014 roku Polska nagle przerwała swoją proukraińską aktywność, zapadła w sprawach wschodnich w letarg i potem w efekcie nie została zaproszona do udziału w pertraktacjach w Mińsku, też rządził Tusk. Sytuacja po prostu się powtarza. Dlaczego? Z kilku powodów. Wymieńmy najważniejsze.

Po pierwsze, premier znany jest z tego, że sprawy wschodnie tak naprawdę go nie interesują, a ambicje (i osobiste, i kraju, którym przyszło mu rządzić) lokuje gdzie indziej. Opublikowany w 2009 roku, z błogosławieństwem Tuska, artykuł Radosława Sikorskiego (który zawsze podzielał te intuicje i idiosynkrazje swojego szefa) o tym, że nowa (wówczas) ekipa rządząca będzie realizować wizję „Polski piastowskiej” jako przeciwieństwo „jagiellońskiej”, w połączeniu z realizowanym wówczas resetem, nie pozostawiały co do tego wątpliwości. Nie, nie chodzi tu o żadną tam rzekomą prorosyjskość premiera i jego ministra, prorosyjscy oni nigdy nie byli ani nie są – pogardzają natomiast wszystkimi narodami poradzieckimi, Wschodem jako całością się brzydzą i jeśli mogą, to z gestem wielkopańskiej wyższości odwracają się od niego. Dziś też na tyle, na ile mogą, się odwracają.

 

Najlepiej nic nie robić

Dla Tuska charakterystyczne jest beznamiętne odcinanie się od wszelkich działań, które mogłyby zakłócić jego priorytetowe plany. W 2014 roku takim planem było objęcie wysokiego stanowiska w UE. Decydujący o tym politycy zachodni chcieli, aby ówczesny kryzys ukraiński zaklajstrować w sposób dający możliwość powrotu do „business as usual” z Rosją, a ówczesna polska opinia publiczna nastawiona była na czynną antyrosyjskość – Tusk zdecydował więc po prostu o wygaszeniu aktywności w kwestii ukraińskiej, aby i wilk był syty, i owca cała. Podobnie jest teraz – wiadomo, że jakakolwiek stanowcza postawa w rozmowach na temat pokoju na Ukrainie byłaby dla niego wysoce ryzykowna, bo naraziłaby go na falę gniewu któregoś z odłamów polskiej opinii publicznej. A wybory trwają przecież nieustannie…

Dodatkowo polityka międzynarodowa odbywa się dziś we wszechogarniającym cieniu Donalda Trumpa. Tusk, ewentualnie uczestnicząc w pertraktacjach, ryzykowałby narażeniem się albo jemu, albo liderom zachodnioeuropejskim (niechęć do antagonizowania POTUS-a wpływa też oczywiście na bierność ośrodka prezydenckiego, ale jest ona znacznie mniej ważna, bo jak już napisaliśmy, ma on wielokrotnie mniejsze możliwości działań międzynarodowych, a wbrew rządowi – niemal żadne). Lepiej więc nie wchodzić na to pole minowe, nic nie robić i milczeć.

Dodajmy do tego, że nasza aktywność – zarówno w czasie pierwszego Majdanu (znacząca wizyta w Kijowie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wraz z ówczesnym prezydentem Litwy, co w Moskwie, czyniąc aluzję do czasów Dymitra Samozwańca, nazwano „polsko-litewską interwencją”), jak i w czasie, po drugim Majdanie (lata 2013–2014) i po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji (lata 2022 i 2023) – doskonale daje się opisać w kategoriach tego, co historycznie wychodzi nam zawsze najlepiej – czyli akcyjności. Przynoszącej czasem sukcesy spektakularne, ale których nie potrafimy utrwalić w dłuższej, mozolnej aktywności. Zwycięskich szarż nieprzynoszących wygranych wojen. I mielibyśmy już opisane główne przyczyny naszej obecnej nieobecności w rozmowach na temat wojny ukraińskiej.

 

***

A wszystko to razem składa się na obraz zjawiska, współcześnie chyba w największej mierze kształtującego pozycję i obraz naszego kraju, czyli zdumiewającego polskiego imposybilizmu, niewytłumaczalnego dla co roztropniejszych cudzoziemskich obserwatorów. Ale cóż. Najwyraźniej po prostu tak mamy.

[Tytuł, niektóre śródtytuły, lead i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]


 

POLECANE
Tajemniczy niedźwiedź pojawił się na Górnym Śląsku. Odwiedził wsie i zrobił porządki w domach z ostatniej chwili
Tajemniczy niedźwiedź pojawił się na Górnym Śląsku. Odwiedził wsie i zrobił porządki w domach

Niecodzienny widok na wsiach Górnego Śląska! W Biadaczu odbyło się tradycyjne „wodzenie niedźwiedzia” – barwny korowód z tytułowym niedźwiedziem w roli głównej odwiedzał domy, tańcząc z gospodyniami i przepędzając zimę. Zwyczaj, który ma kilkaset lat, wciąż cieszy się ogromnym zainteresowaniem.

Nie żyje legenda futbolu Wiadomości
Nie żyje legenda futbolu

Świat piłki nożnej pogrążony w żałobie. Nie żyje mistrzyni Europy i ikona niemieckiego futbolu lat 90. - Anouschka Bernhard. Przegrała walkę z chorobą.

Włosi kpią z wysyłania żołnierzy na Grenlandię. „To jak początek żartu” z ostatniej chwili
Włosi kpią z wysyłania żołnierzy na Grenlandię. „To jak początek żartu”

Premier Włoch Giorgia Meloni i szef MSZ Antonio Tajani oświadczyli w sobotę, że ewentualne decyzje w sprawie wysłania żołnierzy na Grenlandię powinny być podejmowane wyłącznie w ramach NATO. W związku z napięciami wokół wyspy niektóre kraje europejskie postanowiły wysłać tam małe oddziały na ćwiczenia.

Chwalicie się inwestycjami z czasów mojego rządu. Morawiecki ostro odpowiada Tuskowi gorące
"Chwalicie się inwestycjami z czasów mojego rządu". Morawiecki ostro odpowiada Tuskowi

Nowy prom Jantar Unity miał być symbolem sukcesu obecnego rządu, ale szybko stał się kolejnym polem politycznego sporu. Donald Tusk chwali inwestycję zrealizowaną w polskiej stoczni, a Mateusz Morawiecki ripostuje w mediach społecznościowych: to projekt z czasów PiS, a rząd tylko zbiera owoce cudzej pracy.

Kiedy AK-owcy zakończyli walkę o wolną Polskę tylko u nas
Kiedy AK-owcy zakończyli walkę o wolną Polskę

19 stycznia 1945 roku Armia Krajowa została rozwiązana, ale dla tysięcy jej żołnierzy wojna o wolną Polskę wcale się nie skończyła. Zamiast pokoju przyszła nowa okupacja, a zamiast rozkazu – decyzja o dalszej walce. Kiedy naprawdę zakończyła się epopeja AK i dlaczego jej koniec trwał jeszcze lata?

Atak rządu Tuska na mec. Bartosza Lewandowskiego. Adwokat zapowiada procesy z ostatniej chwili
Atak rządu Tuska na mec. Bartosza Lewandowskiego. Adwokat zapowiada procesy

Na platformie X doszło do gwałtownej wymiany zdań pomiędzy rzecznikiem rządu Adamem Szłapką, a znanym mecenasem Bartoszem Lewandowskim. Poszło o wpis Szłapki dotyczący listy kancelarii prawniczych, opublikowanych na stronie rosyjskiej ambasady. Mec. Lewandowski zapowiada złożenie sprawy do sądu w celu obrony swojego dobrego imienia.

Atomowa broń Kremla traci siłę? Nowe ustalenia ekspertów Wiadomości
Atomowa broń Kremla traci siłę? Nowe ustalenia ekspertów

Rosyjski Rosatom wciąż buduje elektrownie jądrowe na świecie i unika najostrzejszych sankcji Zachodu. Najnowsza analiza Ośrodka Studiów Wschodnich pokazuje jednak, że za fasadą sukcesu kryje się coraz więcej znaków zapytania.

Wiedzieli wcześniej? Nowe fakty w sprawie gwałtu na policjantce stawiają pytania o reakcję przełożonych Wiadomości
Wiedzieli wcześniej? Nowe fakty w sprawie gwałtu na policjantce stawiają pytania o reakcję przełożonych

Nowe ustalenia dotyczące gwałtu na policjantce w Piasecznie rzucają cień na działania kierownictwa policji. Przełożeni mieli już wcześniej otrzymywać sygnały o niepokojącym zachowaniu funkcjonariusza, który dziś jest podejrzany o brutalne przestępstwo. Sprawą zajmowało się Biuro Spraw Wewnętrznych Policji, a materiały trafiły do prokuratury jeszcze przed zdarzeniem.

Kto dziś rozdaje karty na prawicy? Nawrocki z miażdżącą przewagą z ostatniej chwili
Kto dziś rozdaje karty na prawicy? Nawrocki z miażdżącą przewagą

Wyniki badania pracowni United Surveys na zlecenie Wirtualnej Polski pokazują, że zdecydowanym liderem polskiej prawicy wg Polaków jest prezydent Karol Nawrocki.

Miliony ton bogactwa tuż obok nas. Dlaczego wciąż są nietknięte? gorące
Miliony ton bogactwa tuż obok nas. Dlaczego wciąż są nietknięte?

Marzenia o szybkim bogactwie od wieków rozpalały wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Tymczasem naukowcy ujawnili, że największe „złoże” złota na Ziemi nie znajduje się w kopalniach ani w górach. Chodzi o miejsce, którego nikt się nie spodziewał — i do którego ludzkość wciąż nie potrafi sięgnąć.

REKLAMA

Piotr Skwieciński o negocjacjach w sprawie Ukrainy: Tuska nie zapraszają, a i on woli nic nie robić

W Polsce powszechnie narasta frustracja z powodu pomijania naszego kraju w międzynarodowych rozmowach o przyszłości Ukrainy. Ta nieobecność nie jest jednak wynikiem wrogich knowań Zachodu, lecz konsekwencją realnego układu sił, wewnętrznych sporów oraz świadomej bierności rządu Donalda Tuska.
Donald Tusk
Donald Tusk / Fotoserwis PAP / fot. Tomasz Gzell

Co musisz wiedzieć:

  • Nieobecność Polski w rozmowach o przyszłości Ukrainy jest naturalnym skutkiem naszego ograniczonego znaczenia politycznego i braku realnej pozycji wśród europejskich potęg.
  • Państwa Zachodu nie chcą wzmacniać roli Warszawy, bo oznaczałoby to podniesienie jej do rangi Niemiec czy Francji, a same polskie elity (zwłaszcza rząd Donalda Tuska) nie wykazują woli, by o miejsce przy stole zdecydowanie zabiegać.
  • Premier Tusk unika aktywności w sprawach wschodnich z powodów politycznych i osobistych kalkulacji, co wpisuje się w długotrwały polski problem „imposybilizmu”.

 

I Tusk nie chce, i Tuska nie chcą

Z tego, że w rokowaniach dotyczących wojny ukraińskiej Polska nie istnieje, w naszym kraju są niezadowoleni – pozornie – wszyscy. Dlaczego pozornie? O tym dalej. Najpierw jednak pewna generalna refleksja. W związku z tą nieobecnością w Polsce panuje rozżalenie, a wielu skłonnych jest uważać, że mamy do czynienia z krzywdą uczynioną nam przez jakąś siłę zewnętrzną. Oczywiście decyzje czynników zewnętrznych są tu kluczowe.

Ale zarazem ta nieobecność jest w jakimś sensie naturalna. Nie jest bowiem tak, jak zdaje się uważać spora część Polaków, że jeśli ktoś jest naprawdę istotny – ogólnie albo w jakiejś konkretnej sprawie – to można tę jego wagę unieważnić za pomocą złośliwego niezauważania. Tak się po prostu nie da. A jeśli jednak tak się stanie, jeśli ktoś do rozmów nad jakimś ważnym problemem nie chce dopuścić jakiegoś kluczowego interesariusza, to ten fakt zauważają wszyscy. I odnotowują to jako czyjąś, jakiegoś podmiotu lub koalicji podmiotów, świadomą decyzję. Słuszną lub niesłuszną, ale zauważalną. Tymczasem nasza nieobecność w negocjujących gronach jest powszechnie przyjmowana jako coś naturalnego, co samo w sobie dowodzi, że wcale nie jesteśmy, jeśli chodzi o Ukrainę, tak kluczowi, jak skłonni bylibyśmy wierzyć.

Nie jest też tak, żeby to „pominięcie” Polski było nowością. I to w niemal dokładnie tej samej sprawie i w podobnej konfiguracji. Przypomnijmy – w roku 2014 Polska odegrała znaczącą rolę dla podtrzymania ukraińskiej Rewolucji Godności, galwanizując poparcie dla niej ze strony Zachodu, a potem – sprzeciw wobec aneksji Krymu i dokonywanej pod maską separatyzmu agresji rosyjskiej w Donbasie. Jednak szybko nastąpiło wygaszenie polskiej aktywności, a gdy w Mińsku rozpoczęły się negocjacje nt. zakończenia konfliktu, naszego kraju przy stole nie było.

Dumna absencja

Też, tak jak dziś, powodowało to rozczarowanie, więc rządzący tłumaczyli to kuluarowo najczęściej w taki sposób, że wszyscy wiedzą, iż siła złego na jednego, te negocjacje muszą się skończyć skrzywdzeniem Ukrainy, my nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić, więc zaznaczamy naszą prawość i przyjaźń dla południowo-wschodniego sąsiada dumną absencją. To jest zresztą i dziś jedno z tłumaczeń. Ujawniające, dodajmy, coś specyficznego – odwołujące się mianowicie do przekonania, iż aktywność państwa na terenie międzynarodowym ma służyć przede wszystkim nie realizowaniu jego interesów, tylko manifestowaniu własnej szlachetności. Jak widać, używający tego tłumaczenia zakładali i zakładają, że jest to pogląd dogłębnie zinternalizowany przez Polaków.

 

Po co windować Polskę?

Najpopularniejsze jednak wytłumaczenie obecnej polskiej nieobecności jest inne. Brzmi mianowicie: to przez rozbicie wewnętrzne. Premier i szef MSZ walczą z prezydentem (w częstszej wersji: prezydent próbuje odebrać kompetencje rządowi). Zagraniczni partnerzy nie wiedzą, kogo zapraszać, więc wolą nie zapraszać nikogo. Jest w tym coś z prawdy. Bez wątpienia wewnątrzpolska walka kompetencyjna (będąca szczególnym przejawem szerszego zjawiska – eksterminacyjnej wojny politycznej) nie sprzyja zewnętrznej efektywności państwa, co potęguje fakt orientowania się obu zwalczających się ośrodków na inne potęgi (rząd na Unię, Pałac na Trumpa).

Ale tłumaczenie to, samo w sobie nie nieprawdziwe, jest dalekie od pełności. Abstrahuje bowiem od faktu, że – jakby nie patrzeć – siły obu stron są w Polsce nierówne – rząd ma wielokrotnie więcej realnych kompetencji i możliwości prowadzenia polityki zagranicznej. Prezydent ma ich znacznie mniej, a wetować decyzji premiera i MSZ w tej materii przecież nie może. Nie jest więc tak, że partnerzy zagraniczni, gdyby chcieli naszego uczestnictwa, nie wiedzieliby, kogo zapraszać. Przynajmniej ci europejscy i ukraińscy.
Dlatego jeśli nas nie zapraszają, to nie dlatego, że polska sytuacja wewnętrzna ich przerosła, tylko dlatego że nie chcą.

Bo nie chcą (mówię teraz o potęgach europejskich) ewidentnie. Udział Polski w tych działaniach można byłoby przecież postrzegać jako wzrost jej znaczenia do poziomu Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii czy Włoch. Najważniejsi nigdy nie chcieli dzielić się swym statusem, to najzupełniej normalne. Gdyby (jak pisałem wyżej) Polska rzeczywiście dorosła siłą do ich poziomu, byłoby inaczej. Ale nie dorosła, więc po co samemu dobrowolnie zmniejszać swoje znaczenie? Po co kogoś innego samemu podciągać wzwyż?
Ukraina dostrzega ten stosunek zachodnioeuropejskich potęg. A ponieważ one są dla niej z oczywistych względów (Kto finansuje jej budżet i armię, kto przynajmniej nie wyklucza wysłania nad Dniepr swoich żołnierzy? Przecież nie Polska) najważniejsze, nie widzi powodu, aby dopominać się o obecność naszego kraju.

Oczywiście, można sobie wyobrazić scenariusze, w których postawa państw zachodnioeuropejskich w tej sprawie stała się inna. Mogłoby się tak stać na przykład, gdyby czuły one potrzebę windowania pozycji politycznej Donalda Tuska. I bardzo możliwe, że gdyby wszystko działo się przed rokiem, przed polskimi wyborami prezydenckimi, kiedy obecny premier z jednej strony przeżywał apogeum popularności wśród europejskiego establishmentu jako skuteczny pogromca prawicy, jako ktoś, kto – co więcej – może pokazać wszystkim, iż tę prawicę da się nie tylko odsunąć od władzy, ale całkiem i na zawsze wdeptać w ziemię, to obecność naszego kraju w okołoukraińskich pertraktacjach byłaby wręcz celebrowana. Ale zwycięstwo Karola Nawrockiego załamało ten celebrycki status Tuska i zachodnioeuropejscy decydenci nie widzą teraz żadnego powodu, dla którego mieliby mu kadzić.

 

Obrzydzenie Wschodem

Tym bardziej że – i to jest drugi z najważniejszych punktów – wszystko wskazuje na to, że sam Tusk wcale nie chce usiąść do negocjacyjnego stołu. Zauważmy – kiedy w 2014 roku Polska nagle przerwała swoją proukraińską aktywność, zapadła w sprawach wschodnich w letarg i potem w efekcie nie została zaproszona do udziału w pertraktacjach w Mińsku, też rządził Tusk. Sytuacja po prostu się powtarza. Dlaczego? Z kilku powodów. Wymieńmy najważniejsze.

Po pierwsze, premier znany jest z tego, że sprawy wschodnie tak naprawdę go nie interesują, a ambicje (i osobiste, i kraju, którym przyszło mu rządzić) lokuje gdzie indziej. Opublikowany w 2009 roku, z błogosławieństwem Tuska, artykuł Radosława Sikorskiego (który zawsze podzielał te intuicje i idiosynkrazje swojego szefa) o tym, że nowa (wówczas) ekipa rządząca będzie realizować wizję „Polski piastowskiej” jako przeciwieństwo „jagiellońskiej”, w połączeniu z realizowanym wówczas resetem, nie pozostawiały co do tego wątpliwości. Nie, nie chodzi tu o żadną tam rzekomą prorosyjskość premiera i jego ministra, prorosyjscy oni nigdy nie byli ani nie są – pogardzają natomiast wszystkimi narodami poradzieckimi, Wschodem jako całością się brzydzą i jeśli mogą, to z gestem wielkopańskiej wyższości odwracają się od niego. Dziś też na tyle, na ile mogą, się odwracają.

 

Najlepiej nic nie robić

Dla Tuska charakterystyczne jest beznamiętne odcinanie się od wszelkich działań, które mogłyby zakłócić jego priorytetowe plany. W 2014 roku takim planem było objęcie wysokiego stanowiska w UE. Decydujący o tym politycy zachodni chcieli, aby ówczesny kryzys ukraiński zaklajstrować w sposób dający możliwość powrotu do „business as usual” z Rosją, a ówczesna polska opinia publiczna nastawiona była na czynną antyrosyjskość – Tusk zdecydował więc po prostu o wygaszeniu aktywności w kwestii ukraińskiej, aby i wilk był syty, i owca cała. Podobnie jest teraz – wiadomo, że jakakolwiek stanowcza postawa w rozmowach na temat pokoju na Ukrainie byłaby dla niego wysoce ryzykowna, bo naraziłaby go na falę gniewu któregoś z odłamów polskiej opinii publicznej. A wybory trwają przecież nieustannie…

Dodatkowo polityka międzynarodowa odbywa się dziś we wszechogarniającym cieniu Donalda Trumpa. Tusk, ewentualnie uczestnicząc w pertraktacjach, ryzykowałby narażeniem się albo jemu, albo liderom zachodnioeuropejskim (niechęć do antagonizowania POTUS-a wpływa też oczywiście na bierność ośrodka prezydenckiego, ale jest ona znacznie mniej ważna, bo jak już napisaliśmy, ma on wielokrotnie mniejsze możliwości działań międzynarodowych, a wbrew rządowi – niemal żadne). Lepiej więc nie wchodzić na to pole minowe, nic nie robić i milczeć.

Dodajmy do tego, że nasza aktywność – zarówno w czasie pierwszego Majdanu (znacząca wizyta w Kijowie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wraz z ówczesnym prezydentem Litwy, co w Moskwie, czyniąc aluzję do czasów Dymitra Samozwańca, nazwano „polsko-litewską interwencją”), jak i w czasie, po drugim Majdanie (lata 2013–2014) i po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji (lata 2022 i 2023) – doskonale daje się opisać w kategoriach tego, co historycznie wychodzi nam zawsze najlepiej – czyli akcyjności. Przynoszącej czasem sukcesy spektakularne, ale których nie potrafimy utrwalić w dłuższej, mozolnej aktywności. Zwycięskich szarż nieprzynoszących wygranych wojen. I mielibyśmy już opisane główne przyczyny naszej obecnej nieobecności w rozmowach na temat wojny ukraińskiej.

 

***

A wszystko to razem składa się na obraz zjawiska, współcześnie chyba w największej mierze kształtującego pozycję i obraz naszego kraju, czyli zdumiewającego polskiego imposybilizmu, niewytłumaczalnego dla co roztropniejszych cudzoziemskich obserwatorów. Ale cóż. Najwyraźniej po prostu tak mamy.

[Tytuł, niektóre śródtytuły, lead i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]



 

Polecane