Te cholerne matuzalemy. O problemach ludzi starszych
Co musisz wiedzieć:
- Współczesna kultura propagująca kult młodości i przydatności jest dyskryminująca dla seniorów
- Silversi, czyli urodzeni do połowy lat 60., choć posiwiali, często nadal starają się pozostać aktywni zawodowo ze względu na zbyt niską emeryturę
- W popkulturze osoby starsze nie są traktowane poważnie
Poniżanie za zmarszczki
Jestem boomerką, czyli produktem powojennego wyżu. Moje „najlepsze” lata były najgorsze: ledwo zaczętą aktywność zawodową (na polu sztuki i w mediach) i pierwsze sukcesy sparaliżował na dekadę stan wojenny i jego konsekwencje. A po przełomie 1989 roku trzeba było nauczyć się nowych reguł gry (wcale nie uczciwszych niż PRL-owskie), a także zmierzyć się z konkurencją świeżo opuszczającą uczelnie, podjaraną zachodnimi wzorcami „młodych wilków”. Wbrew sztandarowym hasłom codzienność kapitalizmu to mniej demokracji, a więcej eliminacji: konstytucyjnie gwarantowane równouprawnienie to ściema, a silversi mają przesrane. Z hejtem z racji metryki spotkałam się jeszcze przed emeryturą; wzmagała go moja ideologiczna nieprzystawalność do przewodniej ideologii liberalno-lewicowej. Ale my tu o ageizmie stosowanym. Otóż, jakoś pod koniec pierwszego Tuska przyszła do mnie osoba dziennikarska na wywiad/reportaż. Efektem tegoż był tekst opublikowany w periodyku przeznaczonym dla osób ze środowisk sztuk wizualnych. Zaczynało się tak: „Starość…”. Dalej były rozważania, jak ONA będzie się czuła posunięta w latach, bo jak na razie nie martwi się o zmarszczki. „W temacie” krytyki sztuki zapytała, który ze swych tekstów najbardziej lubię. Nigdy nie poczułam się równie upokorzona, jak po tej publikacji. Dodam, że ta sama osoba nie odważyła się na podobną dezynwolturę wobec (starszej) Andy Rottenberg, o której robiła podobny „reportaż”. Bo niektórzy starzy mają długie pazury.
Spełnianie po kres
Najczęściej słyszy się pełne nienawiści wypowiedzi o wszystkich, którzy „ponadczasowo” pozostają aktywni zawodowo. „Przyspawali się”, zabierają miejsce młodszym. Seniorzy tylko na reklamach śmieją się od ucha do ucha, bo mają za co godnie żyć, a jedynym nękającym ich problemem jest wybór formy samorealizacji – od nauki gry na tamburynie po globtroterstwo. Propagandowa obłuda. Dodatkowa praca podejmowana po przejściu na emeryturę przez przedstawicieli baby boomers (ur. 1946–1964) jawi się milenialsom (roczniki 1980–1996) oraz ich poprzednikom, pokoleniu X (to ci urodzeni 1965–1979), a nade wszystko zetkom (pokolenie 1995–2012), jako kaprys, wręcz wynaturzenie. Młodziaki i średniacy, ci wykształceni z wielkich miast, deklarujący demokratyczne poglądy i akceptację dla każdej formy biologicznego istnienia, jedynie starym ludziom nie przyznają prawa do samodzielnych wyborów. „Co, te dziady mają czelność jeszcze chcieć pracować? Konkurować z młodszymi?”. Tymczasem dorabianie do emerytury przez generację wyżu demograficznego stało się ponurą koniecznością. Zazwyczaj portfel seniora jest za cienki, żeby stać go było na „spełnianie się”. Kreatywnie korzystać z wolnego czasu mogą tylko ci, co przez całe życie zachowali etatową ciągłość i pobory wyższe niż przeciętne. Jednak najmocniej urynkowienie uderzyło po kieszeni ludzi wolnych zawodów. Tych, którzy w PRL-u nie pracowali na etatach, tylko żyli od zlecenia do kolejnego. Jeśli zdołali odłożyć coś „na książeczkę docelową”, skutecznie pozbawiła ich zapasów denominacja roku 1994 (wprowadzona w życie 1 stycznia 1995 roku). Wtedy każdy, kto miał jakiekolwiek oszczędności, z dnia na dzień został ich pozbawiony. Kolejny odpływ gotówki zafundowali prywatni ubezpieczyciele, różne „trzecie filary”, którymi mamiono obywateli RP pod koniec lat 90. Zapewniam – praca tak długo, póki starcza zdrowia i sił, nie jest fanaberią.
Dorabianie do emerytury przez generację wyżu demograficznego stało się ponurą koniecznością. Zazwyczaj portfel seniora jest za cienki, żeby stać go było na „spełnianie się”.
- Mercosur ma ruszyć mimo TSUE. Wojciechowski: Decyzja Rady UE już zapadła
- Nie będzie programu dobrowolnych odejść w tyskim FCA Poland? "S" wszczyna spór zbiorowy
- Gen. Kellogg: Jeśli Ukraina przetrwa zimę, przewaga będzie po jej stronie
- Remigiusz Okraska: Prawa pracownika wciąż do śmietnika
- Żałoba w rodzinie królewskiej. Pilny komunikat
Konstytucyjny fałsz
Teoretycznie w zdrowych demokracjach i wyedukowanych społeczeństwach nie toleruje się różnych form wykluczenia społecznego: rasizmu, seksizmu, homofobii, ksenofobii, antysemityzmu, klasizmu (dyskryminacji z powodu „niskiego” urodzenia), atrakcjonizmu (eliminowania ze względu na wygląd zewnętrzny), ageizmu… Oraz innych sposobów marginalizowania kogoś ze względu na jakąś niepożądaną w danym środowisku cechę. Zwykle osoba marginalizowana nie jest w stanie zmienić/poprawić tego, co ją negatywnie określa: rasy, pochodzenia, wieku. Najłatwiej dokonać tranzycji płci lub skorygować wygląd zewnętrzny, co w niektórych środowiskach przybrało rozmiary „must do”. Jednocześnie wszelkie przejawy udowodnionej dyskryminacji uchodzą za wizerunkowo naganne, a nawet mogą być karane sądownie. Toteż tworzone są pozory równouprawnienia. Ale, jak wiadomo, równość na sztandarach nie sprawdza się w praktyce, vide fałsz w zakresie metrykalnego egalitaryzmu. Silversi, czyli urodzeni do połowy lat 60., choć posiwiali, często nadal starają się pozostać aktywni zawodowo, bo… przekonali się, co znaczy portfel emeryta. Lub po prostu łby wciąż im funkcjonują na wysokich obrotach. Siwki więc nie obcyndalają się i ścigają się z młodszymi pokoleniami, a ich atutem są wiedza, zawodowe doświadczenie i – paradoksalnie – większa odporność na stres. Ba, nawet finansowo żyją na jakim takim poziomie, jeśli mają szansę dorabiać na umowach, kontraktach, pracach zleconych. Brzmi fajnie, prawda?
Tylko… pracodawcy nie palą się do ich zatrudniania. Silversi co i rusz walą białowłosymi głowami w szklany sufit – z powodów, o których było powyżej. No, chyba że staruszka jest wpływowa bądź przy kasie i ma czym opłacić przychylność oraz uwagę młodszych. Z dziadersami jest inaczej. Tu nie metryka decyduje o zaliczeniu do tej kategorii, lecz stan ducha, wygląd, pesymistyczne podejście do świata. Tak przynajmniej uważa mój znajomy psycholog. Trochę mu nie wierzę: w tym określeniu czai się pogarda dla starszych i nie słyszałam, żeby dwudziesto-, trzydziestolatek rzucił dziadersem w twarz komuś ze swego pokolenia. Za to choćby najbardziej aktywna i zadbana osoba, ale z zaawansowaną peselozą, jest obrzucana tym upokarzającym mianem. Czyli – jakiego by nie użyć słowa, to nie jest świat dla starych ludzi. A oni, te cholerne matuzalemy, jak na złość żyją coraz dłużej. Tylko – co to za życie?
Radośni staruszkowie, czyli SuperAgers
Ale bywa, że seniorzy nagle stają się dla twórców ciekawym tematem – czytaj: dochodowym. Powstają filmy i spektakle o egzystencjonalnych problemach lub pogodnych stronach „jesieni” życia. Czasem humor miesza się z kryminałem – jak włoska „Babcia w zamrażarce” (2018), brytyjska „Odlotowa babcia” (2022) czy francuska „Babcia Gandzia” (2012). Gdy obsada jest gwiazdorska, z dziadków można się też pośmiać – jak w amerykańskiej komedii „W starym, dobrym stylu” (2017) z Michaelem Caine’em i Morganem Freemanem. O dramatach seniorów mało kto odważa się opowiadać: to źle się sprzedaje. Są wprawdzie reżyserzy, którzy spróbowali i wygrali – David Lynch („Prosta historia”), Dorota Kędzierzawska („Pora umierać”), Michael Haneke („Miłość”), Paolo Sorrentino („Młodość”)… Do puli najbardziej poruszających filmów o starości trzeba dołączyć „Bulwar Zachodzącego Słońca” (1950) z genialną Glorią Swanson, w reżyserii Billa Wildera, i „Sierpniowe wieloryby” (1987) Lindsaya Andersona z dwiema mega gwiazdami, jeszcze od czasów niemego kina: Lillian Gish i Bette Davis. Ale najbardziej chodliwy towar to brytyjskie komedie o zaradnych staruszkach, jak „Dziewczyny z kalendarza” (2003), „Hotel Marigold” (2011) i jego sequel „Drugi Hotel Marigold” (2015) czy ubiegłoroczny szlagier „Czwartkowy Klub Zbrodni” (2025). We wszystkich tych (i innych produkcjach) o atrakcyjnych, zasobnych, pogodnych i aktywnych seniorach pojawia się wciąż ten sam zestaw aktorów w kwiecie wieku: Helen Mirren, Judi Dench, Maggie Smith (zanim nie zeszła), Richard Gere, Bill Nighy, Pierce Brosnan. W tej kategorii sukces odniósł też amerykański serial „Grace i Frankie” (2015–2022) z takimi gwiazdami, jak Jane Fonda i Lily Tomlin, urodziwymi na swój wiek i pod każdym względem pełnosprawnymi. No właśnie – kiedyś nie zatrudniano w filmie starców, lecz postarzano charakteryzacją znacznie młodszych – jak choćby 57-letniego Arta Carneya uhonorowanego Oscarem za rolę 72-latka w filmie „Harry and Tonto” (1972).
Czasem w socpopkulturze seniorów przedstawiano naiwnie, jak śląskiego „starzyka”, co grzał kości przy piecu, pykał fajeczkę i karmił gołąbki, jako że na leniuchowanie zasłużył pracowitym życiem w kopalni
Starsi przed czasem
W PRL-u nie znano terminu „ageizm”, ale… nie było takiej potrzeby. W życiu codziennym nie wykluczano starszych i na ogół darzono ich estymą. Owszem, nierzadko zwracano się do obcej starszej osoby per „babciu” czy „dziadku”, co było na porządku dziennym, zwłaszcza na prowincji. Jednak w tej nadmiernej poufałości tliła się odrobina ciepła, sympatii i szacunku, co wyrażało się w drugiej osobie liczby mnogiej – bo do starszego nie zwracano się na „ty”, lecz per „wy”. Czasem w socpopkulturze seniorów przedstawiano naiwnie, jak śląskiego „starzyka”, co grzał kości przy piecu, pykał fajeczkę i karmił gołąbki, jako że na leniuchowanie zasłużył pracowitym życiem w kopalni – a chór młodzików śpiewał mu: „Nie jesteście dziadku sami, nasze serca są wciąż z wami”. W miastach obowiązywały tradycyjne formy savoir-vivre’u, w tym te dotyczące zachowań w obecności ludzi starszych. Hołdowali im nawet partyjniacy, jeśli nie chcieli uchodzić za prostactwo. Ale najbardziej wpływowymi „influencerami” bon tonu, i to w międzypokoleniowym zakresie, okazał się Kabaret Starszych Panów. Ubrani w „jaskółki” (żakiety), kamizelki i sztuczkowe spodnie, z cylindrami w dłoniach, Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski zachowywali się, jakby komunizm ich się nie imał. Co więcej – byli chyba jedynymi, którym udała się metrykalna „ucieczka do przodu”, kiedy jeszcze byli w swych latach średnich. Sami usytuowali się jako nieszkodliwi, popijający herbatkę obserwatorzy, z perspektywy kanapy dający odpór PRL-owskiej rzeczywistości.




